Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekonstrukcja historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekonstrukcja historyczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 czerwca 2015

Ręczne szycie skraca życie ;)

Czy da radę uszyć ręcznie prostą histeryczną koszulinę w jeden wieczór? Albo giezło?

Ano da się spokojnie jak się okazuje :D

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

No to wracamy do reko :)

I kolejny większy kupon nawleczony :)
Tym razem będzie zwykły skośny 2/2, z jasnej osnowy i marzannowego wątku :)

A tak to wygląda zanim stanie się tkaniną :)



piątek, 16 stycznia 2015

Próba techniczna rekonstrukcji tkanin :) cz.1

Tym razem z mojego malutkiego krosienka, zeszło równe 6mb tkaniny o szerokości 42cm :)
Padłam na pysk ;|

Garść danych technicznych
Splot: jodełka- falka 2/2 
 - Osnowa pojedyncza, niebarwiona, niebielona 100% wełna o grubości 250tex. Gęstość osnowy to 55 nitek na 10cm co daje jakieś 6 nitek na 1cm na surowo i około 9-10 nitek na 1cm po zdjęciu z krosna i wypraniu w pralce na programie "wełna 40 stopni" :) Gdybym dała wyższą temperaturę to zapewne skurcz byłby większy, i podfolowałoby się mocniej. ja jednak chciałam zachować widoczny raport wzoru :)
- Wątek, który w dużej mierze odpowiadał za spore sfolowanie we w sumie niewielkiej temperaturze i delikatnym programie prania, to 100% pojedynczej, bardzo lekko skręconej wełny z owiec górskich. Przędzę zabarwiłam we wrotyczu, jeszcze latem, dosyc długo czekała na wykorzystanie :)
Ponieważ tkanina miała być z założenia bliska "z wyglądu" i techniki wykonania tkaninom wykopaliskowym, stąd to zastosowanie dwóch różnych gatunków wełny - porządna i mocno skręcona "lepsza" na osnowę i lekko skręcona, na puchato na wątek.
Efekt całkiem mi się podoba.






Powyżej widać jak wygląda pełen wałek na małym krośnie. To jeden z najpoważniejszych problemów, ze stołówką, bo po prostu nie da rady zmieścić na niej naprawdę dużych i porządnych nastawów. A przez to tkanie ilości potrzebnych na zestaw ciuchów, to już horror kilkukrotnego osnuwania. W dodatku powyższa tkanina ma zaledwie 42cm szerokości. Jest tak tylko dlatego, że chciałam sprawdzić wydajność tkania na optymalnej szerokości. Możecie zapytać dlaczego nie osnułam na pełną szerokość czyli te 65cm. No to wyjaśniam - przy tej konstrukcji krosna, przesmyk jaki się robi podczas podnoszenia nicielnic jest bardzo niski i mały.  A w dodatku obszar w jakim można pracować w miarę rytmicznie to pomiędzy 5 a 7cm pośrodku obszaru pracy. Poniżej bidło nie dobija wątku jak należy, a powyżej przesmyk jest po prostu zbyt mały i czółenko trzeba przez niego przeciskać a nie przerzucać. Zresztą to przeciskanie jest sporym problemem także w niby "optymalnej" strefie pracy, bo przesmyk jest (jak zresztą napisałam wcześniej) bardzo ciasny w ogóle i przy szerokościach większych niż te czterdzieści parę centymetrów ciężko przerzucić czółenko, zamiast je mozolnie holować :/ A to wpływa na rytm, szybkość i komfort tkania. Kiepsko wpływa na niego także to, że właściwie co chwila trzeba wstawać i kręcić wałami, by nawinąć już gotową tkaninę i zrobić sobie miejsce do dalszej pracy. Dodatkowo pracę spowalnia konieczność operowania klawiszami za pomocą rąk, a nie pedałów (na co mam pewien pomysł, ale na razie nie zdołałam się wybrać do sklepu by zakupić potrzebne utensylia do apgrejdu). Tak więc te nędzne 6mb męczyłam około półtora miesiąca.  Gdybym była zawodową tkaczką, która ma czas siedzieć pełne dniówki przy krośnie to myślę że razem z osnuwaniem zajęłoby mi to 4 może 5 dni :/ A tak na raty to się pochlastać można co najwyżej :/

Co nie zmienia faktu, że jestem w miarę zadowolona.

Teraz jedyny problem jest taki że jest za zimno i nie chce mi się dygać znowu pomiędzy drzewami  żeby zrobić nową osnowę, na kolejny projekt.
Siedem metrów do przodu i siedem metrów do tyłu, pilnując równego napięcia nici, licząc przeloty i klnąc na czym świat stoi ;)
I tak około 360 razy żeby osnuć krosno na pełną szerokość ;|
A to dopiero wstęp do całej operacji ;|
Sama sobie współczuję...

A z tego będzie ciuch.
Jaki jeszcze nie wiem, albo kiecka dla mnie albo tunika dla Blondiego.
Trza w końcu zadać szyku w nowym sezonie,  bo jak do tej pory nic poza małą torbą, własnoręcznie utkanego nie miałam :/


Kontrola Jakości ;-)
A tu po rozwinięciu - oczywiście Inspektor od Spraw Nieważnych na posterunku :)
Był zachwycony tym co spadło na ziemię i dokonał bardzo dokładnej kontroli jakości ;)

wtorek, 14 października 2014

WIELKIE PRANIE!

Dawno nic stricte rekonstrukcyjnego tu nie było!
W ogóle dawno nic tu nie było.
Ale szkoda żeby cytując moją współrozmówczynię "taki dobry jad się zmarnował" ;)

No to jedziemy

Mamy fotkę

źródło: fejsbuk Bogdanov Andrey


Fajna no nie? Taka klimatyczna ;)
Na polskiego fejsika została udostępniona z podpisem "ciekawe kiedy nasze kobiety będą robić takie reko"

Hmmmm chyba nigdy bo przy reko to nie stało, niestety.
Tak to fajna lanserska fotka, ślicznie wyfotoszopowana kobita w wodzie, widac łydki i kawałek cycków ;) Aaaaa i koszula tak cudnie zmoczona lekko przylega do ciała ;) Ładnie podmalowane oko i ta fryzura ala "frantic romantic" ;)

No cóż.
Nasz fotograf zapomniał chyba jednak ująć paru szczegółów, które niestety są przypisane do zawodu praczki.
Pierwszy z nich to paskudnie sprierzchnięte, czerwone i takie "wymoczone" (you know what I mean ;)) dłonie. Ktoś z was prał kiedyś w zimnej wodzie w rzece? Nieeeee?!
Ooooops?! No to informuję że mniej więcej po trzech czy czterech takich kilkugodzinnych sesjach rączki robią się niczym rosochate konary w bardzo twarzowym czerwonym kolorze. Nóżki zresztą też. Rewelacyjnie na taki look pomaga również podstawowy detergent używany wtedy.
No bo ta Pani nie pierze wełny.
To co ma w misce to raczej len lub bawełna.
A to oznacza, tadaaaaam - ŁUG!
Dla niezorientowanych to substancja żrąca,  jeszcze do międzywojnia podstawowy środek czystości stosowany w każdym przyzwoitym domu ;)
Ja prania nie zaliczyłam, zaliczyłam natomiast kilkukrotne mycie garów w rzece popiołem. W grudniu.
Moje ręce udało mi się doprowadzić do jako takiego stanu po jakichś dwóch tygodniach stosowania różnych maseczek, parafin i inszych kremów.
Po powrocie do ciepłego domu :/
Myślicie że w zimie się nie prało?!

Ciekawe też w sumie jak wyglądały stawy zawodowej praczki, po paru latach całorocznych zabiegów w rzecznym spa kriogenicznym :/ Reumatyzm gwarantowany a powykręcane i zgrabiałe ręce i stawy raczej nie są zbyt romantyczne
Oj chyba aż tak ciekawe nie jesteśmy :/

Pastwimy się dalej?!

No to niezłe muskuły musi mieć ta Pani.
Bo trzyma metalową balię, pełną MOKRYCH tkanin ;|
Ręka do góry kto z czytelników zwijał kiedyś mokry lniany namiot?
Albo nawet bawełniany?
Nie mam więcej pytań.
No i gdzie towarzyszka naszej praczki?
Ta druga potrzebna do wyżęcia mokrej bielizny?
No bo wirówek wtedy nie mieli, kobity szły nad wodę parami ponieważ po pierwsze zanosiły tam ciężką balię pełną bielizny, potem po młócce kijankami, deptaniu i inszymi zabiegami pralniczymi (swoją drogą też niezłą kondycję trzeba było do tego mieć) należało ten cały majdan jakoś donieść z powrotem.
A chwilę wczesniej bieliznę wyżąć - składa się taką płachtę jedna chwyta za jeden koniec, druga za drugi i kręęęęęcą :)
Walenie kijankami zresztą też niezłej krzepy i kondycji wymagało.
Nie chciałabym od wprawnej praczki dostać w ucho, naprawdę ;)


No to teraz fryzura.
Jak myślicie jak długo utrzymałby się przy solidnym wysiłku fizycznym taki lekko spięty koczek czy co to tam jest na głowie? O makijażu litościwie nie wspomnę ;)
Na moje to 90% przedstawień praczek z większości epok, pokazuje że używały one mało romantycznego zawojka z kategorii "pani woźna" ;) Albo przynajmniej jakiegoś kapturka żeby włosy przy machaniu kijanką nie właziły w oczy.
To samo dotyczy braku stanika, czy też porządnie trzymającej "te rejony" koszuli. Kto ma cycki ten zrozumie co tu mam na myśli, odnośnie niewystępowania tej części bielizny też mogłabym dyskutować (choćby ostatnie znalezisko ze Austrii bodaj z końcówki XVw czy przedstawienia rzymianek).Przy tak intensywnym wysiłku jak pranie w rzece, piersi po prostu bolą. I jakoś muszą być złapane, bez względu czy będzie to mocno sznurowana koszula czy jakaś wersja "stanika"

Jeszcze pewnie parę rzeczy mogłybyśmy tu wymyślić.
Ale chyba nam się nie chce.

Bo pytanie z pierwszego akapitu - "czy u nas będzie takie reko" to wyraźnie mówimy że nie będzie.
Bo to nie reko, tylko bardzo uromantyczniona lans fotka.
Całkiem ładna, choć ja akurat specjalistką nie jestem, ale potrafię dostrzec jej urok.
Tylko to tak nie wyglądało, po prostu.
Chłopaki, naprawdę chcecie żeby wasze dziewczyny niszczyły sobie ręce (a potem naprawdę trudno takie zmiany skórne zlikwidować) w imię czegoś tam?
Tym bardziej że raczej na pewno nie będą przy praniu wyglądać jak Pani na tej fotce.
Raczej tak:

Ta pani nie ma tak źle, powiedziałabym że to full wypas bo nie stoi po kolana w zimnej wodzie i ma stolik więc nie musi się schylać nad rzeką!


Bo to ciężka i naprawdę niewdzięczna praca fizyczna była, żaden romantyzm :/

I pewnie jedyne czego by się wasze dziewczyny, doczekały po takim poświęceniu, to wymiana na nowszy i mniej "uszkodzony" model ;) Bo takie prawdziwe "reko" niestety nie będzie ładne. Będzie za to bolało.
I nie piszemy tego z czystej złośliwości (no może trochę bo mamy ostatnio znowu chandrę), ale po to żeby pamiętać przy  oglądaniu takich fotek, że pomiędzy rekonstrukcją, a wizją artysty może ziać przepaść nie do zasypania. I tylko od nas zależy czy się zachłyśniemy praczkowym chanson de geste, czy tą wredną archeologią doświadczalną, która zrobi naszym wyobrażeniom kuku ;)

|I na razie  tyle, jesteśmy dziś w nastroju bojowym więc z niecierpliwością czekamy na polemikę ;)

Rosamar&Shigella de Shige

:D

piątek, 15 sierpnia 2014

Zaległości - koce z Hallstatt

Tak se przejrzałam ostatnie posty i właśnie uzmysłowiłam  sobie że w ogóle nie pokazywałam tutaj dwóch największych  robótek z ostatnich miesięcy!
Czyli kocyków dla Celtów :)

Bardziej to stylizacja i inspiracja niż stricte rekonstrukcja (wykonanie na krośnie poziomym, użycie grubej dwojonej wełny, itp), ale chłopakom chyba  podpasowało :)
No i ja sama jestem w miarę zadowolona,  bo jakoś technicznie dałam radę, pomimo zdecydowanie nie  przystosowanych do tego krosien i różnych niedociągnięć.
Ot na przykład, przy robieniu pierwszego z kocy, zasugerowałam  się pewną fotką z netu, tą poniżej dokładnie:

Zdjęcie Lessing Photo Archive 07-01-01/26 HALLSTATT CULTURE TEXTILES

A tu moja wersja :/  textil 74 z kopalni soli w Hallstatt



No i co?! 
No i dupa, bo to moje to też jest KRATA.
Tylko jej nie widać, bo patrząc na rekonstrukcję zasugerowałam się nią i również zrobiłam te cienkie paski wzdłużnie, podczas gdy wzdłuż powinny być te grube  :/ W dodatku zestaw kolorystyczny nie sprzyjał dobremu wyciąganiu kolorków w  tej kratce. No cóż, człowiek uczy się na błędach, właścicielowi to nie przeszkadzało a ja gdy zabierałam się za drugi z kocyków, już lepiej wiedziałam co  i jak zrobić żeby odpowiedni efekt osiągnąć :)
I wyszedł koc nr.2  textile 91  z Halstatt

Wygląda tak:




Tutaj sama już dobrałam kolory i wzór, tak by wyszła ładna i wyraźna kratka :)

Więcej tych świetnie zachowanych wzorków, możecie sobie obejrzeć na poniższym zestawieniu:


No i odrobinę wytłumaczenia technicznego. Otóż powyżej widać krosno z robotą w toku. Moja maleńka Viktoria, nigdy nie była przewidziana do tego typu zastosowań, to hobbystyczne krosno do robienia szalików i  ma za małą szerokość by odpowiedni koc utkać w jednym kawałku. Więc po prostu robię jak mogę - czyli tkam podwójną długość i zszywam. Dopilnowanie by kratki się nie rozjeżdżały to wyższa szkoła jazdy, w obu przypadkach udało mi się to gdzieś w 85% ;) Poza tym przy drugim kocyku, udało mi się już nieco apgrejdować ;) technikę wciskania długich osnów na malutkie wały. Przy pierwszym kocyku zrobiłam po prostu dwie osobne, identyczne osnowy z wszystkimi tego rozwiązania konsekwencjami (jak na przykład podwójne osnuwanie :/),  a przy drugim poszłam po rozum do głowy i stwierdziłam że przecie listewki, jako przekładki zajmują sporo miejsca, na  filmikach na youtube kobitki często używają do przekładania zwykły papier, który przecie jest cieńszy niż listewki i może uda się wcisnąć więcej osnowy z tym papierem. Wysłałam więc Nieuczesanego do Ikei, gdzie dostał prikaz by nabyć w dziale dziecięcym rolkę papieru do rysowania Mala.  Rozwiązanie to mogę spokojnie polecić, papier sprawdził się nieźle, na wały wcisnęłam jedną dwa razy dłuższą osnowę niż z listewkami :D   Co sprawiło, że miałam jedno przeciąganie tych przeklętych nitek mniej! Jedno wiem, do kocy potrzebne jest duże krosno, najlepiej o dużej szerokości z mechanizmem przerzutowym :( Ehh marzenia, na razie po prostu staram się łatać dziury i tyle. 

I wbrew pozorom nie narzekam na moją Viki, o nie! To naprawdę bardzo dobre krosno, tylko chyba żadnemu z jego konstruktorów nie śniło się nawet, że ktoś może próbować na nim tkać grube koce z dywanówki :/ No cóż, jak widać  się da choć bywa to kłopotliwe ;)
Reasumując, jestem zadowolona, chłopaki chyba też, mam nadzieję że się teraz miło lansują na Dymarkach Świętokrzyskich :) 
A ja za chwilę postaram się ogarnąć kolejne zaległości i może wreszcie uda mi się wyjść z czarnejdupy to poopisuję kolejne eksperymenty :/
A może nie... 

niedziela, 10 sierpnia 2014

Obrusiki lniane :)

Moje obrusiki już gotowe, po wypraniu  mają niezłą grubość, nieoczekiwaną (jak na tak siermiężny i zasyfiony len) miękkość i wymiary  75x35 i 95x35  :)
Za wielkie nie wyszły, ale to po prawdzie tylko próbka była, zadziwiająco udana, bo pracowało się przyjemnie, nitki mi nie strzelały (ani jedna nie poszła!)  a i efekt  całkiem fajny.
Splot skośny sprawił że tkanina jest miękka i gruba, nadałaby się na ręczniki gdyby  nie została natychmiast rozdrapana przez rodzinę, która zamierza je z honorami rozłożyć na stole w salonie ;)
Cóż.....

Kwestie techniczne:
Przędza - surowy, grubo przędziony, pojedynczy len z wyczesków (to znaczy taki brzydki sort workowy). Efekt pt. "co kto lubi", mnie osobiście się podoba bo lubię takie siermiężne tkaniny. Zwolennikom pięknych, cienkich i absolutnie nieskażonych rzeczy nie spodoba się w ogóle  ;) (tym bardziej, że w  pośpiechu osnuwania nie uniknęłam źle przewleczonych i zgubionych nitek, których nie chciało mi się potem poprawiać).
Tkało się przyjemnie, poza jednym  problemem - odpadowy len pełny jest  słomek, drobinek i paździerzy, które doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Na szczęście dało się większości pozbyć w tkaniu, sporo wypadło podczas prania a resztę wydłubałam już na wykończeniówce. Niemniej to wybieranie maku z popiołu. Królestwo dla tego co mi znajdzie taką  grubą przędzę, ale z pełnowartościowej czesanki a nie ze zmiotek z zakładu ;)

A tak się prezentowały jeszcze przed praniem





Z tematów gospodarczych, to  zdecydowałam się jednak oznaczać  zdjęcia nazwą bloga. Bo pseudonim  to jednak mało kto kojarzy, a tak od razu widać skąd zdjęcie pochodzi :) 

sobota, 5 lipca 2014

Cedynia 2014

Dużo by  pisać, ale Cedynia to obowiązkowa pozycja dla nas, i chyba najlepsza impreza  w sezonie!

Wreszcie doczekaliśmy  się galerii - dzięki Klarysie, która w tym roku robiła za naszego paparazzi :D

Galeria Klarysy

I  kilka fotek dla tych którym nie chce się przeglądać tych prawie pięciuset zdjęć ;)































niedziela, 2 marca 2014

Filcowy Dywanik

Coś  mi ostatnio seria z warsztatu schodzi.
I potem pewnie znowu będzie długo  długo nic.

Ale ponieważ dywanik jaki jest, każdy widzi to i jego pokażę.
Dawno temu robiłam próbki w  temacie filcowania dywanów w stylu  wschodnim, ale ciężko szło (bo to jednak dosyć ciężka fizyczna praca) i sprawę odłożyłam "na później".
I tak to se leżało w lamusie, aż pewnego dnia nie natrafiłam na artykuł na stronie Patrimonium Europae , w którym opisane było właśnie filcowanie takiego dywanika!
Sięgnęłam więc do zakurzonych notatek i z szaleństwem w oczach zabrałam się do roboty.
Sprawę znakomicie ułatwiła mi ostatnia dostawa zgręplowanych prymitywów
I tak powstał pierwszy próbny dywanik. Oczywiście nieco krzywy, ale  na początek to cieszę się  przede wszystkim, że wzór mi się nie rozjechał.
Do sprawy na pewno jeszcze  wrócę, tym bardziej że pasuje to do mojego koczowniczych planów ;D

0,7kg wełny 

Wzór  jest ułożony z runa wrzosówki, tło  ze świniarki.
Motyw wzięłam z niezastąpionego "Hand Felting in Europe and Asia" Ireny Turnau - oryginał pochodzi z północnego Kaukazu z XIX wieku. 


I tyle, następnym razem spróbuję jakiś bardziej skomplikowany wzorek, może nawet wielokolorowy.


No i na koniec chciałabym się pochwalić jaki prezent dostałam od pewnej szalonej kobiety  ;D 


A w paczce same skarby -  Leicester Longwool, Swaledale, Quessant, Ryeland i HEBRIDEAN! O książeczce ;) i poszeweczkach nie wspomnę :D
Dziękuję Aldonko!

piątek, 3 stycznia 2014

Świniarkowe szaleństwo cz.1

Po pierwsze spóźnione życzenia noworoczne - oby 2014 nie był gorszy od poprzednika 

  A dalej już normalnie  :D

Tuż przed świętami zostałam dosłownie zarzucona wełną.
Głownie wełną owcy świniarki, która przybyła  w przerażającej ilości 24kg
Oczywiście po przesortowaniu została mi mniej więcej połowa (no odrobinkę więcej), ale nadal jest to dużo.
Świniarka jest bardzo mało znaną i najwyraźniej niedocenianą rasą. A także dosyć rzadką, zdobycie jej runa graniczy z niemożliwością. Ale mnie udało się dokonać niemożliwego i runo nie dosyć że zakupiłam, to jeszcze część kolportowałam dalej, w imię popularyzacji tej ciekawej rasy. Dodam tylko że jest to rasa prymitywna, ale ze względu na jasną  barwę wełny świetnie nadaje się do farbowania :) czyli jest alternatywą dla szarych wrzosówek. 
Jeśli ktoś byłby zainteresowany wyrobami z  tej kolekcjonerskiej owieczki to zapraszam!

Zdjęcie podlinkowane ze strony  http://www.bioroznorodnosc.izoo.krakow.pl/node/27 


A tak wyglądało sortowanie:



Kilka słów o wełnie - świniarka jest rasą prymitywną, co oznacza że jej wełna zawiera pewną ilość włosów ościstych. Ile tych włosów jest to już zależy od konkretnego osobnika - w mojej dostawie trafiły się zarówno ładne owieczki, które miały piękne miękkie runo z niewielką ilością "igieł", jak i włosienica z którą nie bardzo właściwie wiadomo co zrobić. Jacyś chętni  na poumartwianie się?! ;)

Jednak z drugiej strony zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona -  nawet te sztywniejsze  kosmyki są całkiem  miękkie   i lejące w dotyku.  Jakościowo, są znacznie lepsze niż "drutopodobna"  wełna z góralskich cakli, z którymi ją porównywałam (a którą z pewnością  kojarzycie z "góralskich skarpet"). Oczywiście ostateczny pogląd będę mogła sobie wyrobić dopiero po przerobieniu tej wełenki na przędzę i filc  :)  Ale zapowiada się nieźle.


Po lewej  widać kosmyk z takiej  "prymitywniejszej  owieczki", po prawej z nieco "lepszej  jakościowo". Te sztywne włosy ościste to tzw. KEMP. Zwykle występują głównie od zaplecza owcy ;) ale  osobnik, którego miałam w paczce miał praktycznie całe runo  tego typu. Oczywiście runa zostały posortowane i te sztywne części pooddzielałam.



Najcenniejsze do przerobu  są kawałki takie jak po prawej stronie. Mają mało włosów ościstych, i są dosyć długie - mają po około 20cm długości. To całkiem sporo, a  dodatkowo takich ładnych kawałków udało mi się przebrać wystarczająco dużo, by pobawić się w próbę przygotowania prawdziwej nitki osnowowej - czyli czesanej na grzebieniach z wyselekcjonowanych  partii runa :) Jest to możliwe tylko dlatego że dostałam runa w całości i można było je podzielić w oparciu o historyczne metody. Opis eksperymentu na pewno pokażę w osobnej notce, podobnie jak próby  filcowania i wygląd gotowej przedzy  :)
I  niniejszym zamierzam docelowo wprowadzić runo z świniarek do mojej stałej oferty, w imię zwiększania poziomu historyczności ;D Już niedługo  część wełenki pojedzie do gręplarni i zamierzam zastąpić  nią wełnę z czarnogłówki, jako bardziej historyczną.

A na razie to tyle i zabieram się za przerób

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Nowa koncpecja czapkowa

Ostatnio znalazł się odważny, by zamówić i przetestować nową koncepcję czapkową.
No bo przyjrzyjcie się kilku obrazkom:

Na początek dwie pierwsze z brzegu Norymberskie Księgi Domowe:



Fajne te kapelutki no nie?

No to jeszcze Godzinki Księcia Du Berry - Decembre, patrzeć na czapkę pana w niebieskiej robe po prawej




I bezczelnie podwędzone ze strony Owki , Vox Clamantis, Johna Gowera


A także flamandzkie Godzinki NMP - pasterz w szarej czapeczce



I na koniec wykopalisko z XIVw  znalezione w Bargerfehn - wzięłam z Hand-Felting in Europe and Asia, Ireny Turnau


Tego typu czapek jest mnóstwo w ikonografii, ciągle się przewijają tylko nikt jakoś nie zwrócił na nie uwagi.

A co je łączy?

Ano to że nie są "gładkie jak pupcia niemowlaka" tylko mają wierzch jakby z futerka.
Ktokolwiek widział taką rekonstrukcję na żywo na jakiejś naszej imprezie? No ja nie widziałam. 
 A szkoda bo wygląda bajerancko ;D





Uzyskuje się to przez wyczesanie wierzchu gotowej filcowej czapeczki. Podobnie robi się "runo" na tzw. tkaninach drapanych.

Ta czapka jest wyczesana bardzo szczodrze, to moja pierwsza tego typu robota więc paru błędów się nie ustrzegłam, ale ogólnie jest nieźle.
Wełna to wrzosówka, ręcznie obrabiana od runa potnego.

I teraz trza by się zastanowić dlaczego w polskim ryry ten rodzaj wykończenia jest tak niepopularny? A właściwie nie istnieje? Bo ja się jeszcze nie spotkałam z włochatą czapeczką na imprezach. A z częstotliwości występowania i w znaleziskach i ikonografii to ewidentnie widać iż było to dosyć popularne. Nawet na tak w sumie schematycznych rysunkach jak przedstawienia filczarzy w hausbuchach wyraźnie widać że praktycznie wszystkie czapy są wyczesane.
Może wynika to z tego co między innymi pisze Irena Turnau - filce były robione z gorszych jakościowo wełen, a na pewno nie  z najcenniejszej czesanki jak my to dziś mamy w zwyczaju. Taka czesanka była zarezerwowana raczej do przędzenia i tkactwa, a do filcowania używano jedynie gorszych sortów.  I taka wełna  prymitywna, zawierała sporo włosów ościstych, które tworzą najefektowniejszy element "futerka". Często stosowane przez dzisiejszych filczarzy, czesanki z merynosów (czyli wełen całkowicie puchowych) sprawia że efekt wyczesania, nie jest zbyt ładny (próbowałam). I strasznie się sypią :/, włosy są po prostu za słabe.

Za wyczesaniem przemawia także aspekt  praktyczny - prawdopodobnie deszcz będzie spływał z tak wyczesanych czapeczek jak po przysłowiowej kaczce :) Bo te włoski tworzą rewelacyjną warstwę ochronną.

Zaznaczam, że nie zaprzeczam istnieniu także gładkich czapek, raczej oba rodzaje egzystowały sobie jednocześnie. Ale w naszej rekonstrukcji jest ewidentny deficyt włochatości ;)
Konkluzja jest taka, że jeśli ktoś ma ochotę zostać pionierem i wyfasować sobie bajerancką i lansiarską ;) futrzaną czapeczkę to zapraszam ;D  Idealne zwłaszcza dla odtwarzających niższe warstwy społeczne, gdyż raczej trzeba użyć prymitywnej wełny z pewną ilością włosów ościstych.