Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny barwierskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny barwierskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2015

Sukces! Wyszło mi barwienie urzetem (Isatis tinctoria)

Od wiosny trzęsłam się i plątałam nad sporą ilością najpierw nasionek, potem siewek i w końcu sadzonek urzetu barwierskiego. Z jednej strony wielkie nadzieje, z drugiej poczucie że raczej nie wyjdzie, bo jakoś temat barwienia tą rośliną jest u nas trudny.
A dla niezorientowanych jest to podstawowa roślina w naszym klimacie by otrzymać jakieś sensowne niebieskie odcienie. I w dodatku kompletnie wytępiona, moi rodzice aż kręcili głowami jak im w ogródku zasadziłam chwasty i się nad nimi  trzęsłam ;)
No ale bylam zadowolona, że w ogóle udało mi się nasionka wykiełkować i potem pikowane wyrosły już w dorosłe rośliny.
Siewki urzetu tuż przed pikowaniem na wiosnę


wtorek, 3 września 2013

Idzie zima...

A z nią kompletny brak wszelkiego farbiarskiego zielska.
No więc w tym roku poszłam po rozum do głowy i po zielsko na pole ;)
Skrzynka wrotyczu już ususzona, suszą się liście brzozy i aronia małymi partiami.
Aronię dodatkowo zrobiłam też na świeżo - baniak wina, a to co nie weszło to do gara i barwimy :D Aronia jest podobno zamiennikiem czarnych jagód (hamerykańskim ale zbraku laku i kit dobry). Jagód w tym roku, jak na lekarstwo i drogie, a poza tym aż żal pośladki ściska marnować je do barwienia wełny. Natomiast aronii mam w tym roku nadpodaż (matula aż płacze że się pomarnuje) więc z czystym sumieniem trochę zużyłam na eksperyment barwierski
Wyszło tak:
W rzeczywistości kolor wyszedł bardziej atramentowy niż fioletowy, ale to już ogólny problem z odwzorowywaniem barw na monitorach. Pośrodku jako baza kawałek standardowego niebieskiego jeansu, ale też mi go przekłamało. Próbowałam jakoś przerobić w programie graficznym, ale nie wyszło, więc wrzucam jak leci.

Wełna to 200g dosyć białej (nie kremowej) owcy Skudde (ta uprzędziona) i jako druga kąpiel - taśma zgrzeblona z Poltopsu. Z wywaru spokojnie bym jeszcze wyciągnęła co najmniej jedną kąpiel, ale nie chciało mi się i nie potrzebowałam wypłowiałych szarawych, które jak mi mówi doświadczenie, wychodzą z takich ostatków.
Aronii było  około 1kg, podgrzewałam dosyć długo, starając się nie dopuścić do wrzenia, bo te barwniki bardzo łatwo psują się gdy temperatura będzie zbyt wysoka. Aronię starannie rozgniatałam, a gdy już uznałam że wystarczy, wyłowiłam ją sitkiem. Do wywaru wsypałam łyżeczkę sody oczyszczonej  (dla uzyskania zasadowego roztworu) i łyżeczkę ałunu.
Teraz krótka dygresja  o barwieniu i utrwalaniu - ph roztworu ma spory wpływ na barwę jaką osiągniemy. Z barwników antocyjanowych przy kwasowym ph wyjdą kolory bardziej bordowo-czerwonawe. W zasadowym bardziej niebieskie i szarawe. Więc przy barwieniu wełny (która lubi kwas) w roztworze zasadowym dobrze jest ją przygotować. Ja robię to mocząc ją przez godzinkę w letniej wodzie z mydłem lub płynem do naczyń. Chodzi o to by otworzyć łuski włosa, by barwnik miał gdzie wniknąć. I teraz kolejny problem - nie należy kąpieli zasadowej utrwalać octem bo zepsujemy sobie kolor. Najlepiej po prostu cierpliwie poczekać aż wełna ostygnie, lub nawet wyschnie bez płukania, łuski się zamkną samoistnie i będzie ją można spokojnie wyprać w zimnej wodzie. Dlatego cierpliwość zalecana ;) Koniec dygresji ;P
W przyszłym tygodniu znowu zerwę trochę aronii i zrobię dla porównania kąpiel kwasową. Sama jestem ciekawa jak wyjdzie.
A oprócz aronii w tym momencie jest jeszcze sezon na czarny bez - też podobne właściwości więc polecam poeksperymentować :)

Poniżej jeszcze zaległe utkańce - chyba nie miały jeszcze okazji się tu prezentować

Kram na Oblężeniu Słupska - jedyne sensowne zdjęcie zielono-białego utkańca jakie znalazłam.

Zielono-biały utkaniec - wrotycz i naturalnie biała wełna góralska, splot diament w różnych konfiguracjach
Zielono biały utkaniec przeznaczony jest na torby :) Powinny wyjść dwie, tylko muszę jeszcze utkać paski. Podoba mi się efekt zmian kolorów w kratkę :)

Szal Burzowe Niebo

A powyższy szalik, chyba też nie był prezentowany.
Zrobiony jest na bawełnianej osnowie, splotem 2/1, z jakiejś mieszanki wełny z plastikiem, którą za bezcen (jeszcze z metkami) kupiłam w lumpeksie. Ale wyszedł piękny, ma ładne przejścia kolorystyczne, i znalazł już swój nowy dom u Klaryssy
Mam nadzieję że będzie się dobrze nosił :D

A za oknem zimno i wieje, jesień przyszła w jedną noc. Już nawet liście lecą z drzew.
I już tradycyjnie nic  mi się nie chce.
Zmuszam się do jakichś bardziej konstruktywnych działań, bo siedzenie i gapienie się w monitor to nic dobrego. Nawet serowarnię uruchomiłam i przetestowałam nowe przepisy :) Ale i tak mam jakieś dziwne poczucie, że siedzę i nic nie robię.
To chociaż pójdę zrobić obiad ;)

czwartek, 27 grudnia 2012

Jeszcze o kolorach...

Parę rzeczy się złożyło na to, że wyciągnęłam moje garnki i odczynniki i zabrałam się za barwienie marzanną. Jednym z powodów był projekt abażuru do lampy, który planuję z tej wełny zrobić (o tym napiszę więcej jak już powstanie i będzie się czym pochwalić), a drugi to przywiezienie dwóch baniaczków wody, z filtra odwróconej osmozy, które napełniłam u mojej babci. Potrzebna mi była ta woda głównie do eksperymentu z koszenilą - wcześniej w tym poście opisywałam różnicę jaka była między wełnami farbowanymi w kranówce i wodzie demineralizowanej. Na wodę demineralizowaną można pójść z torbami  - okazuje się jednak w dużym skrócie, że woda z filtra daje radę, a babcia posiadająca ów filtr jest na wagę złota ;-D
Wynik farbowania koszenilą był zadowalający, ale że został mi jeszcze drugi pełny baniak, to postanowiłam spróbować także z marzanną.
Kłopot jest taki, że we wszystkich książkach i receprturach, czerwień z marzanny jest opisywana jednym słowem - "makowa". W moim przypadku oznacza to zwykle oczojebny pomarańcz, lub jego coraz jaśniejsze wersje aż do łososiowego. I ciężko klientom zamawiającym jakieś fanty wyjaśnić, że to co oni rozumieją mówiąc "czerwony" , nie jest tym co ja jestem w stanie osiągnąć a pomocą barwienia naturalnego. A jestem w stanie zaproponować albo żarówiastą "amarantową" czerwień z koszenili, albo właśnie "makowy"  marzanny. Absolutnie czystej czerwieni nie udało mi się uzyskać, a najbardziej zbliżony odcień powstał z połączenia marzanny i koszenili, czyli podwójnego farbowania :-/
Postanowiłam więc zastosować standadowy przepis, tym razem z użyciem  wody filtrowanej, z myślą że może zmieni to, otrzymywane efekty tak jak w przypadku koszenili.Niestety niewiele pomogło -  efekt widać na zdjęciu i niestety ciągle pomarańczowo.
Dodam tylko, że jednoczesnie wrzucałam do kolejnych kąpieli (poza drugą turą gdzie mi się zapomniało), dwa rodzaje czesanek - moją standardową polską 28mc i bieloną hiszpańską 24mc. Bielona wyszła jakby nieco czerwieńsza, a mniej pomarańczowa, ale efekt, choć widoczny to ciągle nie to.
Zrobiłam pięć kąpieli -  jest to rewelacyjny sposób, na stworzenie sobie palety barw, z jednego koloru, które całkowicie do siebie pasują i  współgrają.
Oznaczyłam kolejne kąpiele numerkami, a literkami: P - polską a H hiszpańską czesankę.
Paleta z marzanny barwierskiej 
Za każdym razem zadziwia mnie wydajność tego barwnika - zrobiłam 5 kolejnych kąpieli i całkowita waga wełny wyniosła około 150g. Wyszłaby mi jeszce jedna kąpiel, ale już bardzo jaśniutka. Ilość suszonej marzanny w garze to 15g.
Przepis jest prosty - ważę  marzannę i pakuje do skarpety antygwałty, żeby się nie przylepiały te drobiny, bo potem strasznie ciężko to wytrzepać  z czesanki. Zalewam  zimną wodą i zostawiam na około godzinę (można na dłużej, ale osobiście nie widzę żadnych różnic). Następnie wstawiam na gaz i jakiś czas pozwalam się pogotować, ale raczej nie przekraczam temperatury wrzenia tylko tak na 80 stopni. Jak już uznam na oko, będzie dobrze to dorzucam ałun, kamień winny i ocet (też na oko) a następnie wełnę. Czasem jeśli mam cierpliwość to czekam aż wywar wystygnie, czasem wrzucam od razu - trzeba tylko pamiętać by w przypadku wkładania do gorącego, wełna była już wypłukana w mocno ciepłej wodzie, żeby nie robić zbytnich różnic temperatur, bo się sfilcuje. Gdy wywar z wełną się już pogotuje w tych 80 stopniach i uznam, że osiągnęła apogeum koloru, to wyłączam,  pozwalam ostygnąć i dopiero wtedy wyjmuję odciskam i płuczę w wodzie z octem. Do wywaru wrzucam kolejną partię wełny i na abarot gotujemy dalej. Kolejne gotowania można robić tak długo jak efekt nas zadowala.
Dodam tylko, że próbowałam już różnych opcji by uzyskać czerwień - tworzyłam środowisko alkaliczne, dosypywałam otręby, wrzucałam wełnę suchą, mokrą, bejcowaną i niebejcowaną. I choćbym nie wiem co robiła, zawsze wychodzi pomarańczowy.
Tak więc nie komplikuję już sobie życia i robię po najmniejszej linii oporu, skoro i tak wyjdzie jak zawsze ;-)

Następny w kolejce czeka suszony wrotycz i paleta zieleni jaką można z iego uzyskać. Ciekawa jestem jak sprawdzi się susz, bo dotąd wypróbowałam jedynie świeży chwast.
Ale to już po Nowym Roku.

Aaaa no i na koniec pochwalę się, że wreszcie "hamerykę" odkryłam i po obejrzeniu tysiąca tutoriali, załapałam wreszcie o co chodzi w skręcaniu typu navajo :-D Pierwsza wełna się suszy - wygląda koszmarnie, bo nie potrafię jeszcze opanować płynnego przekładania i dociągania, a i mój Gwidon nie ułatwia mi pracy (pracuje szarpnięciami i nie można go porządnie wyregulować). Ale o co chodzi już wiem i dalej będzie z górki ;-)

piątek, 29 czerwca 2012

Kampesz, campeche wood, logwood, blauholz...

Zakochałam się w kampeszu :-D
Szczerze powiedziawszy to zamówiłam go niejako na doczepkę do koszenili i w pewnym momencie się zastanawiałam się, czy się nie wycofać, ale teraz bardzo się cieszę że jednak wzięłam ten barwnik.
Nazwy tego ustrojstwa są różne - przykładowe w temacie. Generalnie jest to pochodzące z Ameryki Południowej drewno. Jak na "niebieskie drewno" przystało, wiórki są czerwone ;-D
Po przewertowaniu internetu względem receprtur (polecam zwłaszcza nieśmiertelne Wild Colours), zdecydowałam się pierwszą próbę zrobić na ałunie z niewielkim dodatkiem kamienia winnego. Polecano dawać około 50g  drewna na 100g wełny, ale mi się sypnęło niecałe 60g. Wyszedł z tego mały kubeczek. Zapakowałam w antygwałtkę i zalałam wodą a roztwór przybrał śliczny szkarłatny kolor. Zmełłam w ustach parę brzydkich słów i nastawiłam na gaz. Stwierdziłam że może przynajmniej zrobi się jakaś ładna czerwień. Jakie było moje zdumienie, gdy po wrzuceniu odczynników, kąpiel zaczęła stopniowo ciemnieć, aż osiągnęła kolor atramentu. Pod światło miała barwę jak gencjana. Pogotowałam z godzinę i zostawiłam do ostygnięcia. Potem wrzuciłam wełnę (około 100g),  wcześniej wymoczoną w ałunie i kamieniu winnym. To co wyszło widać na zdjęciu (pierwsze od prawej) - ładny dosyć ciemny i nasycony fiolet.


Kąpiel była nadal ciemna więc zdecydowałam że jadę dalej. Po wystygnięciu machnęłam ręką na czesankę i wrzuciłam 130g motek, własnoręcznie przędzionego doubla, który i tak chciałam pofarbować na jakiś tam kolor i stwierdziłam że jasny fiolet (który teoretycznie powinien wyjść z drugiej kąpieli), będzie ładny na czapkę albo rękawiczki. Po wyjęciu ze zdumieniem odkryłam dosyć ciemny atramentowy granat. Fioletowy poblask prawie zniknął, a pozostała niebieskość 8-D


Podrapałam się w głowę i wrzuciłam (oczywiście po wystygnięciu) kolejną 100g partię czesanki. Zadowoliłby mnie jasny szaro-atramentowy, ale wyszedł kolejny atrament, choć nieco jaśniejszy niż poprzedni.

Kąpiel wyczerpała się dopiero gdzieś po szóstym razie. A raczej wyczerpała się moja cierpliwość bo ostatnia (szósta) setka wełny wyszła już po prostu jasnoszara. Przypuszczam że jeszcze by co nieco wyciągnął, ale już mi się nie chciało. Od mniej więcej czwartego razu wychodziło bardziej szaro niż granatowo.
Na fotce widać kolejne barwienia kolejno od prawej do lewej (brak ostatniego, który jeszcze się moczy a nie chciało mi się czekać aż wyschnie)

Jedynym minusem tego barwnika jaki zauważyłam, jest to iż pochodzi zza morza i jest kompletnie niehistoryczny na czasokres w Europie jaki mnie interesuje. Ale i tak zamierzam go używać (choć z zastrzeżeniami żeby nie było że oszukuję), zamiast indygowca (który mi kompletnie nie wychodzi) i urzetu (którego nigdzie nie można dostać, albo kosztuje horrendalne pieniądze).
Podobno bywa też różnie z jego światłotrwałością - czas pokaże.
Niemniej jednak jest chyba sensowną alternatywą w tworzeniu palety barw. Straszliwie mi brakowało tych wszystkich niebieskości. A po głowie już chodzą mi pomysłý jak by tu pobawić się mieszaniem z koszenilą lub żółciami i uzyskać zupełnie nowe kolory :-D

O koszenili zresztą też  niedługo
PS: Fotki na moim monitorze wyszły nieco jaśniejsze niż w rzeczywistości, no ale to normalny problem przy oddawaniu kolorów via fotografie :-/

środa, 30 maja 2012

Farbowanie naturalne - liście brzozy

Powoli otwiera się znowu sezon na farbowanie naturalne. Inauguracja to oczywiście liście brzozy :-)
Ale plany barwierskie w tym roku mam nieco bardziej ambitne, bo chcę po raz kolejny nastawić indygo. Z powodów zapachowo-toksycznych muszę to robić na balkonie, albo najlepiej w ogóle gdzieś daleko od cywilizacji. Zobaczymy czy tym razem przełamię złą passę.
Natomiast liście brzozy jak zwykle idą mi znakomicie. Każdy kto się zajmuje barwieniem naturalnym, ma chyba jakieś swoje ulubione barwniki, takie które mu wychodzą i jest w stanie z nimi cuda zdziałać. Dla mnie są to właśnie liście brzozy. Farbowanie nimi idzie mi lekko i zadziwiająco powtarzalnie, to znaczy zwykle wiem co wyjmę z kotła i nie ma niespodzianek.
Wczoraj barwiłam na zamówienie czapkę na żywą oliwkę, a że nie lubię marnować wywaru barwiącego to po wyjęciu czapki wrzuciłam do kotła jeszcze 200g czesanki wełnianej. Na zdjęciu doskonale widać różnice w barwie. Czapka wyszła dosyć nasycona, natomiast wełna bardziej przygaszona i szarawa. Wbrew pozorom nie zależy to od siły wywaru tylko od kolejności dodanych odczynników.
Jest bowiem tak iż jeśli do wywaru z liści brzozy, wrzuci się ałun i siarczan miedzi i do tego włoży materiał to po wyjęciu na chwilę wystarczy dorzucić ciupkę żelaza i wrzucić materiał, a wyjdzie ładny żywy kolor. Jeśli natomiast wrzuci się wszystkie odczynniki na raz to wychodzą barwy przygaszone, szarozielone. I tak właśnie było z tą wełną, bo wrzuciłam ją do wywaru już pełnego. Jeśli więc chce się uzyskać żywsze kolory to trzeba niestety zrobić tzw. kąpiel rozwijaną. Więcej na ten temat można sobie poczytać w niezastąpionej Tuszyńskiej :-)
Dodam tylko iż te zasady można stosować także do innych barwników - ciekawe efekty daje również marzanna. Dlatego warto poeksperymentować z różnymi kombinacjami :-)
Teraz będę musiała marzannę zamówić bo mi się skończyła niestety - wtedy wrzucę zestaw barw jaki mi się z niej udało uzyskać i może kilka receprtur.

Aha i moja rada jest taka by sobie zapisywać co i w jakiej kolejności się wrzuca, bo potem chcemy wrócić do jakiejś barwy a tu klops. Ja muszę sobie wreszcie zrobić porządny segregator bo mój notes pęka w szwach :-/ Idę się więc zastosować do własnej rady :-D

niedziela, 31 lipca 2011

Wszystkie odcienie kupy... ;-D

Moje eksperymenty barwierskie nadal trwają.
Co ciekawe to próby wychodzą mi często zgoła inaczej niż innym osobom prezentującym swe barwienia na różnych blogach. Ponadto niektóre rośliny mnie "lubią" a inne nie. To znaczy że liście brzozy we wszystkich konfiguracjach wychodzą mi pięknie a kora dębu prawie w ogóle :-/ Sporo sobie obiecywałam po zielonych orzechach włoskich a jak zwykle wyszła kupa. W ogóle odcienie kupy wychodzą mi wspaniale. Bardzo żywe i pięknie brązowe ale nadal są odcieniami kupy i ogólnie nie mieszczą się w pojmowaniu koloru określanego jako "brązowy" przez moich klientów. Bo wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do czystych chemicznych barw,  które można sobie pięknie mieszać i wybierać. A w barwieniu naturalnym zawsze pozostaje element zaskoczenia - czy czapka którą wyjmę z kolejnej kąpieli nie będzie miała nacieków i przebarwień? Czy złapie równo? I czy roślina zebrana w miejskim parku będzie barwić podobnie jak ta ze wsi?
Ale wytłumacz to ludziom którzy pokazują mi palcem - zobacz da się. A ja oczywiście że się da, ale jak ma się 20 lat doświadczenia, ogródek barwierski po babci i dostęp do importowanych roślin. Bo ja opieram się na najprostszych i rosnących u nas. W dodatku wszystko to jest mocno sezonowe i jak mi na ten przykład jagody nie obrodziły to ładny kawałek palety barw mi diabli wzięli. Ale co zrobić. Teraz czekam na bez czarny i lilaki z niego osiągalne. A także mam zaplanowaną wyprawę po orzechy do ciotki.
Indygo nadal leży i kwiczy, o urzecie nie wspomnę bo nawet nie raczył zakiełkować.
A jeśli robię coś na zlecenie to staram się przedstawiać do wyboru wyłącznie te barwy które potrafię w MIARĘ powtórzyć. Choć i tak nigdy nie będą idealnie takie same.
Na fotce 48 godzinny solar z orzechów włoskich. Dwa kawałki czesanki i szpulka nici. Kawałek czesanki w prawym górnym rogu jest z owcy wrzosówkopodobnej (byłam ciekawa jak złapie bo jest koloru szarego), a większy po lewej z białej czesanki 30mc.  O dziwo złapało nawet w miarę równo.
No i dzięki temu eksperymentowi mam nowy odcień kupy... ;-)