Koleny post z cyklu nadrabianie zaległości
Kaptur dziergany, kształt inspirowany kapturami średniowiecznymi :)
Jaki jest, kazdy widzi ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ręcznie przędziona wełna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ręcznie przędziona wełna. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 17 marca 2016
wtorek, 16 czerwca 2015
Obróbka runa - ciąg dalszy po wypraniu
Czasem rozmowy z innymi Prządkami uświadamiają mi pewne rzeczy.
Na przykład to, że coś do czego kiedyś tam doszłam może się przydać i innym :) A że niekoniecznie o wszystkich "oczywistościach" pamiętam napisać, to póki mam to w głowie postanowiłam to przedstawić tutaj na blogu :)
Tutaj podziękujcie Dehaef za dzisiejszą pogaduszkę i to co mi uświadomiła mówiąc "no i właśnie takich rzeczy mi brakuje do czytania"
Kwestia o której mówiłyśmy to kolejny "myk" z obróbką surowego runa.
Pisałam już o tym co robimy zwykle po przybyciu do nas wspaniałego wora śmierdzącego, zasyfionego, zapiaszczonego, pełnego siana, kup, rzepów i czego nie tylko. A do tego żółtego od tłuszczopotu i sików.
Na przykład to, że coś do czego kiedyś tam doszłam może się przydać i innym :) A że niekoniecznie o wszystkich "oczywistościach" pamiętam napisać, to póki mam to w głowie postanowiłam to przedstawić tutaj na blogu :)
Tutaj podziękujcie Dehaef za dzisiejszą pogaduszkę i to co mi uświadomiła mówiąc "no i właśnie takich rzeczy mi brakuje do czytania"
Kwestia o której mówiłyśmy to kolejny "myk" z obróbką surowego runa.
Pisałam już o tym co robimy zwykle po przybyciu do nas wspaniałego wora śmierdzącego, zasyfionego, zapiaszczonego, pełnego siana, kup, rzepów i czego nie tylko. A do tego żółtego od tłuszczopotu i sików.
niedziela, 22 marca 2015
Trzy odsłony czekolady :D
Jakiś czas temu przygotowałam trzy motki, które nazwałam "czekoladki", pod konkretny projekt dziewiarski :)
Wot chciałam sprawdzić jak moja maszyna dziewiarska "łyknie" taką rustykalną, ręcznie przędzioną włóczkę
No i okazuje się że peerelowska myśl techniczna górą i Moda 23 spokojnie daje radę pracować także i na trudniejszym materiale. Trudniejszym, bo nieco kłaczącym i nierównym, sprzędzionym nie z tasmy czy dobrej jakości battów ale z krotkich upierdliwych włókienek.
Zresztą sami zobaczcie, moteczki wyglądały tak:
Wot chciałam sprawdzić jak moja maszyna dziewiarska "łyknie" taką rustykalną, ręcznie przędzioną włóczkę
No i okazuje się że peerelowska myśl techniczna górą i Moda 23 spokojnie daje radę pracować także i na trudniejszym materiale. Trudniejszym, bo nieco kłaczącym i nierównym, sprzędzionym nie z tasmy czy dobrej jakości battów ale z krotkich upierdliwych włókienek.
Zresztą sami zobaczcie, moteczki wyglądały tak:
poniedziałek, 25 listopada 2013
Kołowrotek i wrzeciono czyli jak to z tym kręceniem było
Na pokazach, zwykle przędąc opowiadamy dzieciom bajkę o Śpiącej Królewnie, która ukłuła się wrzecionem :) Standardowy scenariusz jest taki, że do prządki przy kołowrotku podchodzą stada dzieci i dorosłych i wtedy rodzice czują się w obowiązku uświadomić dzieci że właśnie tym urządzeniem ukłuła się Królewna. Upewnia ich w tym jakaś upierdliwa maniera, żeby bajkę tę w różnych wydaniach, ilustrować właśnie rysunkiem dziewczynki przy kołowrotku. A to przecież bzdura, bo jak niby miała się ukłuć drewnianą maszyną jaką jest kołowrotek? Królewna ukłuła się wrzecionem a nie kołowrotkiem. Ale dzisiejsza wiedza powszechna utożsamia te dwa różne urządzenia ze sobą.
Jak to więc było?
Wiem, że większość moich miłych obserwatorów już wie co i jak, ale zacznijmy od początku :)
Sławetne wrzeciono, czyli najprostszy, najbardziej prymitywny ale i najbardziej popularny aż do XIX wieku przyrząd do skręcania włókien (wełny, lnu, konopii, bawełny i czego tam tylko sobie nie wymyślicie), czyli przędzenia, wygląda tak:
Jak widać skomplikowana konstrukcja ;D składająca się z kijka i obciążnika ;D nazywanego prząślikiem. Prząślik mógł być wykonany z czegokolwiek, drewna, gliny, znajdowano i burszynowe i łupkowe. A w ciężkich czasach można było kartofla czy jabłko nabić na kijek i też się dawało pracować :)
Technik przędzenia jest mnóstwo, nam wystarczy tu wyjaśnienie, że clue wszystkiego jest wprowadzenie kijka w ruch wirowy i dzięki obciążnikowi (przęślikowi) całość kręci się stabilnie wokół własnej osi i skręca włókna podawane przez prządkę. Ale że trudno to wyjaśnić słowami, a większość ludzi jest jednak wzrokowcami to zapraszam do obejrzenia filmiku z youtube (hasło: "spindle spinning")
Źródło youtube, użytkownik videojugartscraft
Można też odwrotnie (choć ja tego sposobu nie lubię):
Źródło youtube, użytkownik: WEBS
Przędza uzyskana z tego, w sumie prymitywnego urządzenia, jest bardzo dobrej jakości. Nie ma w tym procesie punktów krytycznych, które mechanicznie mogłyby osłabiać nić, prządka całkowicie panuje nad skrętem nici, wrzeciono jest małe, lekkie, bez problemu można zapakować w kieszeń i iść z nim na ploty ;) do płota albo sąsiadki, a prostota sprawia, że samemu można sobie takowe zmajstrować w trymiga z byle czego. Same plusy :)
Niestety minusy są także. Po pierwsze z autopsji - boli ręka którą wyciąga się w górę (ta z czesanką), mi wysiadł bark gdy miałam okres, że dużo przędłam. Poza tym jest wolne - średnia wydajność jest bardzo niewielka. Pozwolę sobie podlinkować tabelkę, w którą wraz z innymi prządkami z Klubu Prządki na fejsbuku, wpisywałyśmy wyniki naszych pomiarów wydajności na 1 godzinę przędzenia. Są tam i wrzeciona i bardzo różne kołowrotki i różne techniki , ale daje to pogląd na to ile metrów przędzy była w stanie wyprodukować prządka. Z ekonomicznego punktu widzenia masowe wykorzystanie przędzy wrzecionowej miało sens, gdy właściwie wszystkie kobiety przędły przez cały czas. I robiły to właściwie od dziecka. A także wtedy gdy już, na przykład nie były w stanie wykonywać innych cięższych prac. Ich praca była tania, ponieważ zajmowały się tym ciągle, niejako przy okazji i mimochodem. I stąd były w stanie wyprodukować ilości przędzy ,wystarczające do praktycznego wykorzystania w tkactwie. A ilości tkackie to już są rzędu tysięcy metrów.
Dlatego pracę prządek próbowano przyspieszyć i usprawnić.
Można było to zrobić na przykład stosując inną technikę - poniższa znana jest gdzieniegdzie jako ruska, a gdzie indziej opisuje się ją jako tybetańską, zresztą nieważne. Wymaga nieco innego wrzeciona, o takim bardziej "wrzecionowatym" ;) kształcie, które wygląda tak:
Zdjęcie należy do Pani Eli Reglińskiej z Pracowni na Kaszubach, która zezwoliła mi na jego użycie (za co niniejszym bardzo dziękuję). Niestety moje ruskie wrzeciono chyba amba zżarła i nie mogłam własnego zdjęcia wykorzystać. A zresztą galerię Pani Eli serdecznie polecam - jest tam zatrzęsienie pięknych zdjęć zabytkowych narzędzi przędzalniczych i tkackich :)
A poniżej filmik jak wygląda praca na wrzecionie ruskim (hasło: "russian spindle"):
Źródło youtube, użytkownik soozagee
Fajnie tej Pani w filmiku idzie, ja niestety nie jestem tak sprawna. Główna różnica pomiędzy przędzeniem grawitacyjnym (drop) a właśnie tym jest taka, że tu się wysnuwa jedną ręką (tą samą, która trzyma czesankę), podczas gdy druga ciągle wprawia w ruch wrzeciono. I nie dowiązuje się do kijka, przez co nawijanie idzie bardziej automatycznie. I sporo szybciej.
Minusy - jest to trudniejsze i wymaga sporo wprawy a także przędza taka jest nieco słabsza i nie tak gładka jak dobrze "dociśnięta" przędza z wrzeciona "rzucanego".
I w tym miejscu dochodzimy do pierwszego kołowrotka :)
Wyobraźcie sobie teraz że takie wrzecionko umieści się poziomo na podpórce i z boku dołoży duże koło, połączy to wszystko zamkniętym sznurkiem i voila! Mamy pierwszy kołowrotek!
Średniowieczne przedstawienia kołowrotków wyglądały mniej więcej tak:
Powyższe zdjęcia pochodzą z the 'Smithfield Decretals' z British Library
oraz z The Luttrell Psalter
Takie kołowrotki datuje się mniej więcej chyba od XIIw, ale gdzieś tam czytałam że nawet wcześniej bywały. Na pewno na daleeeekim wschodzie, ale to nas w tym momencie aż tak nie interesuje.
Jak się dobrze przyjrzeć to działało to w ten sposób, że koło kręcone jedną ręką przez prządkę, poruszało "wrzeciono" a w drugiej ręce trzymany był zwitek wełny i wysnuwany zupełnie jak podczas przędzenia na wrzecionie ruskim.
Najlepiej widać tradycyjnie na filmiku (hasło "great wheel")
Źródło youtube, użytkownik Tracy Miles
Wszystkim rekonstruktorom, którzy interesują się choć trochę tematem, gdzieś tam przemknęły pewnie informacje, iż kołowrotek był wyklęty, prządki niechętnie "przesiadały" się z wrzeciona na kołowrotki i że jeszcze do XVIII-XIX wieku ZAKAZANE było stosowanie przędzy kołowrotkowej na OSNOWĘ TKANINY. Bo była po prostu za słaba, przecierała się a zawodowa prządka potrafiła wyciągnąć porównywalną wydajność na wrzecionie, przy znacznie lepszej jakości uzyskiwanej przędzy.
Oczywiście próbowano omijać zakazy i nierzadko oszukiwać, o czym donoszą nam źródła historyczne, ale tak naprawdę to dominacji wrzeciona, kołowrotek mógł zagrozić dopiero jak kompletnie zmieniono konstrukcję. Albowiem kołowrotek "nowoczesny" miał dwa usprawnienia które sprawiły że stał się szybszy i wydajniejszy od wrzeciona, a jednocześnie można uzyskać było przędzę o porównywalnej jakości. Były to napęd nożny i stworzenie zespołu wrzeciona czyli szpulki i skrzydełka.
Wygląda to z grubsza tak:
I teraz trochę niestety muszę namieszać, bo nie chcę kraść zdjęć z internetu, a po prostu nie dysponuję kołowrotkiem z podwójnym napędem jak bozia przykazała w tym XIXw ;) żeby zrobić fotkę. Mój kołowrotek, widoczny na powyższym zdjęciu, ma nieco inną konstrukcję niż kiedyś, bo posiada tylko jedno kółeczko i pojedyńczy sznurek napędu. W oryginale powinny być dwa kółeczka o RÓŻNYCH ŚREDNICACH (jedno dla szpulki i jedno dla skrzydełka), na które założony był JEDEN sznurek, zwinięty w ósemkę i złożony na pół.
Widać to na filmiku (jakas 20sta sekunda):
Źródło youtube, użytkownik shieladixon
Przez różnice w średnicy kółeczek, duże koło napędza każde z nich z różną prędkością przez co szpulka skręcała nić, a wirujące skrzydełko nawijało ją na szpulkę. Cała tajemnica tkwi właśnie w tych różnych prędkościach obracania się szpulki i skrzydełka. W moim kołowrotku (napęd nazywa się Irish Tension), napędzana jest jedynie szpulka, natomiast skrzydełko jest hamowane (z prawej strony widać skórkę- hamulec), by stworzyć tą różnicę prędkości. Często można też spotkać nowoczesne kołowrotki z napędem gdzie z kolei koło napędza skrzydełko a szpulka jest hamowana (Scotch Tension) i też to działa bez problemów :) I teraz poprzez dobre wyliczenie średnicy dużego koła i małych kółeczek, można było z dużą dokładnością zautomatyzować i zbalansować skręcanie nici i nawijanie jej na szpulkę. A to że prządka nie musi przerywać pracy by ręcznie nawinąć nić, oszczędza mnóstwo czasu. No i jakościowo przędza jest bardzo dobra, bo prządka ma obie ręce wolne (kręci nóżką) i może pilnować żeby nie było glutów i obiema rączkami pracować nad jakością i gładkością nici :)
Nie myślcie jednak, że kołowrotek całkowicie i bezpowrotnie wyparł wrzeciono. Zrobiła to raczej rewolucja przemysłowa, która stworzyła maszyny i przemysł tekstylny, a oba narzędzia zostały po prostu wypchnięte z użycia powszechnego do chłopskich zagród i biedniejszych gospodarstw domowych. I wszędzie tam, gdzie ciągle opłacało się wykorzystywać ręcznie przędzione nici do tkactwa i innego przerobu, głównie na własne potrzeby. I funkcjonowały jeszcze długo - nawet moja babcia wspomina że jej mama przędła na wrzecionie jeszcze po IIWŚ i mam nawet pamiątkę, bolerko z królików angorskich, które prababcia strzygła, przędła na wrzecionie i wydziergała dla mojej babci :)
Jaki z tego morał dla rekonstruktorów?
Ano taki, że nie ma sensu czepiać się kwestii różnicy pomiędzy jakością przędzy z wrzeciona i współczesnego kołowrotka. Jest przeważnie nierozróżnialna na oko. Różnica owszem, była ale pomiędzy wrzecionem a "great wheel", a tego w Polsce to jeszcze nie widziałam w działaniu, a na pewno nikt go nie stosuje masowo w rekonstrukcji. Wprawdzie konstrukcja współczesnego kołowrotka sprawia że są podczas przędzenia "punkty tarcia", które mogą nieco osłabiać jakość, ale i tak jest to nieporównywalne z przędzą z "great wheel" i łatwo ten problem rozwiązać za pomocą prostych trików typu natłuszczanie lub po prostu dobre przygotowanie włókna. Podstawowa sprawa czyli możliwość uprzędzenia bardzo mocnej i gładkiej nici, zdatnej na osnowę tkacką, jest spełniona całkowicie. A oprócz tego można równocześnie, jedynie zmieniając technikę przędzenia, przygotować także przędze bardziej puchate (lepiej izolujące na wyroby dziane), szybko i sprawnie skręcać z dwóch lub więcej nitek i stosować sporo zaawansowanych technik przędzalniczych :)
I dla mnie (pomijając już nawet współczesne zastosowania) to jest to sensowny kompromis. Bo kopany kołowrotek bardzo oszczędza czas i jest po prostu wygodniejszy w pracy. A ja nie jestem kobietą z średniowiecza, jedną z wielu które zajmowały się przędzeniem niejako zawodowo i gdybym przędła wyłącznie na wrzecionie, to nie miałabym czasu by robić cokolwiek innego.
I stąd to właśnie kołowrotek nożny jest moim głównym narzędziem pracy :)
Oczywiście w powyższym tekście uprościłam pewne rzeczy, ale proszę o wyrozumiałość - teks jest przeznaczony raczej dla osób początkujących, które chciałyby się dowiedzieć nieco więcej, ale niekoniecznie wgłębiać w temat całkowicie. Dlatego pewne sprawy uprościłam inne pominęłam, może kiedyś pokuszę się o uzupełnienie, ale na razie wystarczy bo znowu wyszedł mi elaborat jak na pracę dyplomową ;)
Jak to więc było?
Wiem, że większość moich miłych obserwatorów już wie co i jak, ale zacznijmy od początku :)
Sławetne wrzeciono, czyli najprostszy, najbardziej prymitywny ale i najbardziej popularny aż do XIX wieku przyrząd do skręcania włókien (wełny, lnu, konopii, bawełny i czego tam tylko sobie nie wymyślicie), czyli przędzenia, wygląda tak:
| Wrzeciono z prząślikiem drewnianym |
| Moje samoroby z prząślikami glinianymi |
Jak widać skomplikowana konstrukcja ;D składająca się z kijka i obciążnika ;D nazywanego prząślikiem. Prząślik mógł być wykonany z czegokolwiek, drewna, gliny, znajdowano i burszynowe i łupkowe. A w ciężkich czasach można było kartofla czy jabłko nabić na kijek i też się dawało pracować :)
Technik przędzenia jest mnóstwo, nam wystarczy tu wyjaśnienie, że clue wszystkiego jest wprowadzenie kijka w ruch wirowy i dzięki obciążnikowi (przęślikowi) całość kręci się stabilnie wokół własnej osi i skręca włókna podawane przez prządkę. Ale że trudno to wyjaśnić słowami, a większość ludzi jest jednak wzrokowcami to zapraszam do obejrzenia filmiku z youtube (hasło: "spindle spinning")
Źródło youtube, użytkownik videojugartscraft
Można też odwrotnie (choć ja tego sposobu nie lubię):
Źródło youtube, użytkownik: WEBS
Przędza uzyskana z tego, w sumie prymitywnego urządzenia, jest bardzo dobrej jakości. Nie ma w tym procesie punktów krytycznych, które mechanicznie mogłyby osłabiać nić, prządka całkowicie panuje nad skrętem nici, wrzeciono jest małe, lekkie, bez problemu można zapakować w kieszeń i iść z nim na ploty ;) do płota albo sąsiadki, a prostota sprawia, że samemu można sobie takowe zmajstrować w trymiga z byle czego. Same plusy :)
Niestety minusy są także. Po pierwsze z autopsji - boli ręka którą wyciąga się w górę (ta z czesanką), mi wysiadł bark gdy miałam okres, że dużo przędłam. Poza tym jest wolne - średnia wydajność jest bardzo niewielka. Pozwolę sobie podlinkować tabelkę, w którą wraz z innymi prządkami z Klubu Prządki na fejsbuku, wpisywałyśmy wyniki naszych pomiarów wydajności na 1 godzinę przędzenia. Są tam i wrzeciona i bardzo różne kołowrotki i różne techniki , ale daje to pogląd na to ile metrów przędzy była w stanie wyprodukować prządka. Z ekonomicznego punktu widzenia masowe wykorzystanie przędzy wrzecionowej miało sens, gdy właściwie wszystkie kobiety przędły przez cały czas. I robiły to właściwie od dziecka. A także wtedy gdy już, na przykład nie były w stanie wykonywać innych cięższych prac. Ich praca była tania, ponieważ zajmowały się tym ciągle, niejako przy okazji i mimochodem. I stąd były w stanie wyprodukować ilości przędzy ,wystarczające do praktycznego wykorzystania w tkactwie. A ilości tkackie to już są rzędu tysięcy metrów.
Dlatego pracę prządek próbowano przyspieszyć i usprawnić.
Można było to zrobić na przykład stosując inną technikę - poniższa znana jest gdzieniegdzie jako ruska, a gdzie indziej opisuje się ją jako tybetańską, zresztą nieważne. Wymaga nieco innego wrzeciona, o takim bardziej "wrzecionowatym" ;) kształcie, które wygląda tak:
Zdjęcie należy do Pani Eli Reglińskiej z Pracowni na Kaszubach, która zezwoliła mi na jego użycie (za co niniejszym bardzo dziękuję). Niestety moje ruskie wrzeciono chyba amba zżarła i nie mogłam własnego zdjęcia wykorzystać. A zresztą galerię Pani Eli serdecznie polecam - jest tam zatrzęsienie pięknych zdjęć zabytkowych narzędzi przędzalniczych i tkackich :)
A poniżej filmik jak wygląda praca na wrzecionie ruskim (hasło: "russian spindle"):
Źródło youtube, użytkownik soozagee
Fajnie tej Pani w filmiku idzie, ja niestety nie jestem tak sprawna. Główna różnica pomiędzy przędzeniem grawitacyjnym (drop) a właśnie tym jest taka, że tu się wysnuwa jedną ręką (tą samą, która trzyma czesankę), podczas gdy druga ciągle wprawia w ruch wrzeciono. I nie dowiązuje się do kijka, przez co nawijanie idzie bardziej automatycznie. I sporo szybciej.
Minusy - jest to trudniejsze i wymaga sporo wprawy a także przędza taka jest nieco słabsza i nie tak gładka jak dobrze "dociśnięta" przędza z wrzeciona "rzucanego".
I w tym miejscu dochodzimy do pierwszego kołowrotka :)
Wyobraźcie sobie teraz że takie wrzecionko umieści się poziomo na podpórce i z boku dołoży duże koło, połączy to wszystko zamkniętym sznurkiem i voila! Mamy pierwszy kołowrotek!
Średniowieczne przedstawienia kołowrotków wyglądały mniej więcej tak:
Powyższe zdjęcia pochodzą z the 'Smithfield Decretals' z British Library
Takie kołowrotki datuje się mniej więcej chyba od XIIw, ale gdzieś tam czytałam że nawet wcześniej bywały. Na pewno na daleeeekim wschodzie, ale to nas w tym momencie aż tak nie interesuje.
Jak się dobrze przyjrzeć to działało to w ten sposób, że koło kręcone jedną ręką przez prządkę, poruszało "wrzeciono" a w drugiej ręce trzymany był zwitek wełny i wysnuwany zupełnie jak podczas przędzenia na wrzecionie ruskim.
Najlepiej widać tradycyjnie na filmiku (hasło "great wheel")
Źródło youtube, użytkownik Tracy Miles
Wszystkim rekonstruktorom, którzy interesują się choć trochę tematem, gdzieś tam przemknęły pewnie informacje, iż kołowrotek był wyklęty, prządki niechętnie "przesiadały" się z wrzeciona na kołowrotki i że jeszcze do XVIII-XIX wieku ZAKAZANE było stosowanie przędzy kołowrotkowej na OSNOWĘ TKANINY. Bo była po prostu za słaba, przecierała się a zawodowa prządka potrafiła wyciągnąć porównywalną wydajność na wrzecionie, przy znacznie lepszej jakości uzyskiwanej przędzy.
Oczywiście próbowano omijać zakazy i nierzadko oszukiwać, o czym donoszą nam źródła historyczne, ale tak naprawdę to dominacji wrzeciona, kołowrotek mógł zagrozić dopiero jak kompletnie zmieniono konstrukcję. Albowiem kołowrotek "nowoczesny" miał dwa usprawnienia które sprawiły że stał się szybszy i wydajniejszy od wrzeciona, a jednocześnie można uzyskać było przędzę o porównywalnej jakości. Były to napęd nożny i stworzenie zespołu wrzeciona czyli szpulki i skrzydełka.
Wygląda to z grubsza tak:
I teraz trochę niestety muszę namieszać, bo nie chcę kraść zdjęć z internetu, a po prostu nie dysponuję kołowrotkiem z podwójnym napędem jak bozia przykazała w tym XIXw ;) żeby zrobić fotkę. Mój kołowrotek, widoczny na powyższym zdjęciu, ma nieco inną konstrukcję niż kiedyś, bo posiada tylko jedno kółeczko i pojedyńczy sznurek napędu. W oryginale powinny być dwa kółeczka o RÓŻNYCH ŚREDNICACH (jedno dla szpulki i jedno dla skrzydełka), na które założony był JEDEN sznurek, zwinięty w ósemkę i złożony na pół.
Widać to na filmiku (jakas 20sta sekunda):
Źródło youtube, użytkownik shieladixon
Przez różnice w średnicy kółeczek, duże koło napędza każde z nich z różną prędkością przez co szpulka skręcała nić, a wirujące skrzydełko nawijało ją na szpulkę. Cała tajemnica tkwi właśnie w tych różnych prędkościach obracania się szpulki i skrzydełka. W moim kołowrotku (napęd nazywa się Irish Tension), napędzana jest jedynie szpulka, natomiast skrzydełko jest hamowane (z prawej strony widać skórkę- hamulec), by stworzyć tą różnicę prędkości. Często można też spotkać nowoczesne kołowrotki z napędem gdzie z kolei koło napędza skrzydełko a szpulka jest hamowana (Scotch Tension) i też to działa bez problemów :) I teraz poprzez dobre wyliczenie średnicy dużego koła i małych kółeczek, można było z dużą dokładnością zautomatyzować i zbalansować skręcanie nici i nawijanie jej na szpulkę. A to że prządka nie musi przerywać pracy by ręcznie nawinąć nić, oszczędza mnóstwo czasu. No i jakościowo przędza jest bardzo dobra, bo prządka ma obie ręce wolne (kręci nóżką) i może pilnować żeby nie było glutów i obiema rączkami pracować nad jakością i gładkością nici :)
Nie myślcie jednak, że kołowrotek całkowicie i bezpowrotnie wyparł wrzeciono. Zrobiła to raczej rewolucja przemysłowa, która stworzyła maszyny i przemysł tekstylny, a oba narzędzia zostały po prostu wypchnięte z użycia powszechnego do chłopskich zagród i biedniejszych gospodarstw domowych. I wszędzie tam, gdzie ciągle opłacało się wykorzystywać ręcznie przędzione nici do tkactwa i innego przerobu, głównie na własne potrzeby. I funkcjonowały jeszcze długo - nawet moja babcia wspomina że jej mama przędła na wrzecionie jeszcze po IIWŚ i mam nawet pamiątkę, bolerko z królików angorskich, które prababcia strzygła, przędła na wrzecionie i wydziergała dla mojej babci :)
Jaki z tego morał dla rekonstruktorów?
Ano taki, że nie ma sensu czepiać się kwestii różnicy pomiędzy jakością przędzy z wrzeciona i współczesnego kołowrotka. Jest przeważnie nierozróżnialna na oko. Różnica owszem, była ale pomiędzy wrzecionem a "great wheel", a tego w Polsce to jeszcze nie widziałam w działaniu, a na pewno nikt go nie stosuje masowo w rekonstrukcji. Wprawdzie konstrukcja współczesnego kołowrotka sprawia że są podczas przędzenia "punkty tarcia", które mogą nieco osłabiać jakość, ale i tak jest to nieporównywalne z przędzą z "great wheel" i łatwo ten problem rozwiązać za pomocą prostych trików typu natłuszczanie lub po prostu dobre przygotowanie włókna. Podstawowa sprawa czyli możliwość uprzędzenia bardzo mocnej i gładkiej nici, zdatnej na osnowę tkacką, jest spełniona całkowicie. A oprócz tego można równocześnie, jedynie zmieniając technikę przędzenia, przygotować także przędze bardziej puchate (lepiej izolujące na wyroby dziane), szybko i sprawnie skręcać z dwóch lub więcej nitek i stosować sporo zaawansowanych technik przędzalniczych :)
I dla mnie (pomijając już nawet współczesne zastosowania) to jest to sensowny kompromis. Bo kopany kołowrotek bardzo oszczędza czas i jest po prostu wygodniejszy w pracy. A ja nie jestem kobietą z średniowiecza, jedną z wielu które zajmowały się przędzeniem niejako zawodowo i gdybym przędła wyłącznie na wrzecionie, to nie miałabym czasu by robić cokolwiek innego.
I stąd to właśnie kołowrotek nożny jest moim głównym narzędziem pracy :)
Oczywiście w powyższym tekście uprościłam pewne rzeczy, ale proszę o wyrozumiałość - teks jest przeznaczony raczej dla osób początkujących, które chciałyby się dowiedzieć nieco więcej, ale niekoniecznie wgłębiać w temat całkowicie. Dlatego pewne sprawy uprościłam inne pominęłam, może kiedyś pokuszę się o uzupełnienie, ale na razie wystarczy bo znowu wyszedł mi elaborat jak na pracę dyplomową ;)
środa, 20 lutego 2013
Kręci się...
Rustykalnego, prymitywnego Coburgera, sklęłam do nieprzyzwoitości podczas przędzenia, będąc całkowicie pewną, że go nie lubię i odgrażając się zrobieniem z niego skarpet dla najgorszego wroga. Ale po wypraniu, wymłóceniu i wyschnięciu jestem zaskoczona, bo gotowa włóczka zupełnie się zmieniła. Ma taki miły i lekko gryzący pazurek, ale poza tym jest świetna, puchata, grubiutka i na oko bardzo ciepła. Więc w tym momencie nie potrafię się zdecydować czy lubię lisią owcę czy nie. Jak zmajstruję z niej jakąś dzianinę to może zdecyduję gdzie to zakwalifikować.
Wygląda to mniej więcej tak:
| Coburger |
Potem z absolutnie prymitywnego i niekulturnego liska, przesiadłam się do pierwszej ligi - Blue Faced Leicester. Trochę naczytawszy się wcześniej o tym porsche wśród wełen, człowiek zwykle spodziewa się nie wiadomo czego. No i choć efekt końcowy faktycznie jest cudny, to przędło mi się to "dziwnie". Nie jakoś źle, tylko po prostu inaczej niż wełny, z którymi miałam do czynienia wcześniej. Ale ja w ogóle jestem spaczona miłością do wełenek prymitywnych, więc moje zdanie nie jest wiarygodne ;D
No i w końcu zabrałam się za alpakę na mój planowany sweterek. Miałam tego 600g, po odjęciu nieco odpadów, podstrzyżeń i kawałków łąki to wyszło mi 560g. I już wiem że będzie za mało, bo chciałabym, taki porządny sweterek za tyłek, co by se nery móc ogrzać. Tak więc zamierzam dokupić trochę więcej i doprząść.
Przędłam to dosyć grubo, bo i sweter ma być z tych siermiężnych. Bardzo przyjemnie mi się pracowało - po prostu lubię grube włóczki :) A ta wyszła wybitnie tłúściutka - około 65-70m dwojonej nici w 100g :)
| Alpaka |
| Alpaka |
No a w tym momencie kołowrotek w odstawce, bo został w Trójmieście, podczas gdy my z dzieciakami jesteśmy wyjechani do dziadków na wieś. I to na calutki tydzień. Wzięłam sobie za to inne robótki, bo kiedy moja Bea nie kusi, mam szansę nadrobić inne plany. Ale o tym następnym razem.
A widok z okna mamy tym razem taki
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Docieramy się :)
Tak jak w tytule docieramy się z moją Beą :-)
Skrzydełko było gotowe już w piątek i od tego dnia, jak tylko mam chwilkę, to siedzę i kręcę.
I nadal jestem zachwycona, co chwila odkrywam jak dobrze zaprojektowana jest to maszynka. Ma mnóstwo smaczków i detali, które dopiero podczas pracy pokazują swoją funkcję. Jeszcze trochę pewnie wełny przejedzie zanim się zupełnie dogadamy, ale jest dobrze :-)
Po początkowych partiach próbnych, wrzuciłam więc 100g merynosa hiszpańskiego 24mc z Poltopsu, ufarbowanego w zestaw który nazwałam "Letni świt"
Drugi w kolejce był zestaw "Cisza przed burzą" , który przehandlowałam barterem za cudny naszyjnik, z Ritą (to ten drugi) i którego skręciłam we fraktala. Idealny fraktal to nie jest, bo kolory mi się za bardzo rozlały podczas farbowania, ale i tak uważam, że się ładnie poukładały i wymieszały :-)
Oba, jeszcze jako czesanki pokazywałam tutaj
Obie włóczki są niebiańsko miękkie i puchate. Nie starałam się ich jakoś specjalnie cienko prząść, wręcz przeciwnie przędłam dosyć grubo, gdyż uważam, że ładniej wtedy widać przejścia i mieszanki kolorystyczne. No i gruba, puchata wełenka lepiej się nadaje na różne czapki i kominy. Przy takich miksach kolorystycznych, raczej stosuje się gładkie ściegi, bo wzorów i tak nie będzie widać. A grube druty i puchatość sprawiają, że w dzianinie chowa się dodatkowa izolująca warstwa powietrza, przez co jest cieplej :-)
Mam nadzieję że Ricie się spodoba jej burzowy mix i będzie zadowolona :-D
Ostatnie kręcenie to próbka białej alpaki, którą dostałam gratis od Asi Appolinar. Pierwszy raz przędłam alpakę, bo nie chciałam jej wcześniej psuć szarpiącym Gwidonem. I robiło się ją bardzo przyjemnie. Idzie leciutko i miękko. Ale niestety chyba zwiedziona radami na necie, przekręciłam ją za bardzo. Bo po skręceniu w navajo zrobił mi się sznurek. Cóż teraz będę mądrzejsza i postaram się tak mocno nie skręcać :-) Zdjęcia nie mam - suszy się dopiero.
A na koniec jeszcze ostatnia farbowanka. Nosi nazwę "Ziemia i Niebo"
Zrobiłam ją tylko dlatego, by wykorzystać pozostałe barwniki, które mi blokowały butelki. Zamówiłam sobie nowe barwniki, innej firmy i nie chcę ich mieszać z motylkami. Z tych resztek powstał właśnie ten zestaw. Farbowałam metodą "w garze" i wyszło super, kolory wymieszały się umiarkowanie i może z tego wyjść ciekawy fraktal w przyszłości :-) No i teraz mam namacalny dowód, że i czesanki da się tą metodą farbować . Co znaczy że już nie będę się musiała szarpać z folią. Mi osobiście po prostu bardziej leży ten sposób i tyle :-)
W kolejce czekają już kolejne wełenki :-)
Więc zabieram się do roboty.
Skrzydełko było gotowe już w piątek i od tego dnia, jak tylko mam chwilkę, to siedzę i kręcę.
I nadal jestem zachwycona, co chwila odkrywam jak dobrze zaprojektowana jest to maszynka. Ma mnóstwo smaczków i detali, które dopiero podczas pracy pokazują swoją funkcję. Jeszcze trochę pewnie wełny przejedzie zanim się zupełnie dogadamy, ale jest dobrze :-)
Po początkowych partiach próbnych, wrzuciłam więc 100g merynosa hiszpańskiego 24mc z Poltopsu, ufarbowanego w zestaw który nazwałam "Letni świt"
Drugi w kolejce był zestaw "Cisza przed burzą" , który przehandlowałam barterem za cudny naszyjnik, z Ritą (to ten drugi) i którego skręciłam we fraktala. Idealny fraktal to nie jest, bo kolory mi się za bardzo rozlały podczas farbowania, ale i tak uważam, że się ładnie poukładały i wymieszały :-)
Oba, jeszcze jako czesanki pokazywałam tutaj
| Merynos 24mc, 2ply |
| Merynos 24mc, fraktal |
Mam nadzieję że Ricie się spodoba jej burzowy mix i będzie zadowolona :-D
Ostatnie kręcenie to próbka białej alpaki, którą dostałam gratis od Asi Appolinar. Pierwszy raz przędłam alpakę, bo nie chciałam jej wcześniej psuć szarpiącym Gwidonem. I robiło się ją bardzo przyjemnie. Idzie leciutko i miękko. Ale niestety chyba zwiedziona radami na necie, przekręciłam ją za bardzo. Bo po skręceniu w navajo zrobił mi się sznurek. Cóż teraz będę mądrzejsza i postaram się tak mocno nie skręcać :-) Zdjęcia nie mam - suszy się dopiero.
A na koniec jeszcze ostatnia farbowanka. Nosi nazwę "Ziemia i Niebo"
Zrobiłam ją tylko dlatego, by wykorzystać pozostałe barwniki, które mi blokowały butelki. Zamówiłam sobie nowe barwniki, innej firmy i nie chcę ich mieszać z motylkami. Z tych resztek powstał właśnie ten zestaw. Farbowałam metodą "w garze" i wyszło super, kolory wymieszały się umiarkowanie i może z tego wyjść ciekawy fraktal w przyszłości :-) No i teraz mam namacalny dowód, że i czesanki da się tą metodą farbować . Co znaczy że już nie będę się musiała szarpać z folią. Mi osobiście po prostu bardziej leży ten sposób i tyle :-)
W kolejce czekają już kolejne wełenki :-)
Więc zabieram się do roboty.
wtorek, 23 października 2012
Farbowanki
Wszyscy wrzucają jakieś ładne fotki farbowanek to i ja wrzucę :-)
To ostatnie kłębki wełny barwionej kolejno w:
- koszenili (jasno liliowa)
- orzechach włoskich (brąz - jupii wreszcie coś co nie jest kolorem kupy ;-) )
- marzannie (makowo-czerwony - nie mam pojęcia dlaczego nie wychodzi mi z marzanny taka porządna prawdziwa czerwień, o której słyszałam że powinna...)
Poza tym trochę robię tego, trochę tamtego.
Ulepiłam dwa nowe naczynia z gliny i wreszcie wyczesałam szarą wrzosówkę. Przesortowałam i wyprałam także czarną wrzosówkę - teraz po wysuszeniu czeka mnie czesanie ;-|
Dobrym pomysłem okazało się wyjęcie co drugiego gwoździa z czesaka - jednak były za gęsto i teraz jest lepiej.
A Jesienne Wyzwanie Prząśniczki wyszło mi jak zwykle na abarot ;-) Specjalnie uprzędłam prawie 200g "autystycznego" singla i pofarbowałam metodą "entropii totalnej" ;-)
Wyszło tak:
Niestety po wrzuceniu na druty i zrobieniu kawałka przestał mi się ten plan podobać.
Jakoś to po prostu nie wyglądało jak należy:
Stwierdziłam też, że przecież właściwie nie lubię takich grubych szalisk, na swojej szyi, preferuję cienkie jedwabne lub ażurowe. No więc postanowiłam twórczo podejść do sprawy i pomyślałam że nie będę robić czegoś, czego i tak nie będę nosić, więc zrobiłam tadaaam - getry.
To przecież prawie że otulacze - co za różnica, że na nogi a nie na szyję ;-D
Zdjęcię nie wrzucam bo się wstydzę. To była moja pierwsza praca na drutach i w dodatku robiłam je jak skarpety, na pięciu drutach, więc wyszły brzydkie i krzywe. Ale są cieplutkie i używam je jak mi się zrobi zimno w stopy :-)
A na kołowrotku ostatnio kolejna partia wełenki - tym razem zamierzam ufarbować w kampeszu a jeszcze kolejną w liściach brzozy, których trochę mam ususzonych :)
I powoli przymierzam się żeby sobie zamówić na próbę jakieś fajne wełenki typu BFL czy alpaki. Chyba dojrzałam żeby spróbować czegoś nowego :-D
czwartek, 19 kwietnia 2012
Sznurki, linki
Trolle udało się poskromić, ogłuszyć i zapędzić do łóżek ;-D , więc mam chwilkę czasu żeby zaległe posty wrzucić ;-D
Stąd wrzucam tylko informację i przykładowe zdjęcia sznurków i linek, które jak ktoś mi ostatnio uświadomił, również mogą być interesujące dla osób związanych z rekonstrukcją historyczną.
Preferuję dwie techniki - lucet i (jak ją sobie określam) "na pół". Znam jeszcze kilka innych ale w tych dwóch czuję się na tyle pewnie że mogę je zaoferować zainteresowanym.
Sznurki wykonuję albo z wełny ręcznie przędzionej, albo z kupnej podhalańskiej.
Standardowo można sobie zamówić barwienie naturalne lub chemiczne.
A tutaj dwie fotki poglądowe:
Powyżej technika "na pół" - sznurki na zdjęciu są używane i to dosyć długo (około trzech lat), i dlatego wyglądają na lekko sterane. O ich trwałości świadczy fakt, nie cackam się z nimi, bo dwa górne służą jako części uprzęży końskich (gryzący pot, deszcz, gnojówka, itd ;-)) , a ostatni jako odciąg mojej wiatki na wyprawach i obozach. Poza tym te konkretne sznurki są wykonane z resztek wełen (co mi tam akurat zostało i nie dało się wykorzystać inaczej to wrzucam w takie właśnie rzeczy, żeby nie leżało i się nie marnowało), ale oczywiście nie ma problemu by zrobić je jak należy z normalnego pełnowartościowego materiału :-)
A tutaj powyżej to sznurki z lucetki. Szary jest z wełny podhalańskiej "od górali" w kolorze naturalnym (nie jest barwiony), natomiast biały to próbny kawałek z grubego double przędzionego na "Gwidonie".
Zapraszam jeśli ktoś jest zainteresowany na priv lub email rosamar(at)wp.pl
Stąd wrzucam tylko informację i przykładowe zdjęcia sznurków i linek, które jak ktoś mi ostatnio uświadomił, również mogą być interesujące dla osób związanych z rekonstrukcją historyczną.
Preferuję dwie techniki - lucet i (jak ją sobie określam) "na pół". Znam jeszcze kilka innych ale w tych dwóch czuję się na tyle pewnie że mogę je zaoferować zainteresowanym.
Sznurki wykonuję albo z wełny ręcznie przędzionej, albo z kupnej podhalańskiej.
Standardowo można sobie zamówić barwienie naturalne lub chemiczne.
A tutaj dwie fotki poglądowe:
Powyżej technika "na pół" - sznurki na zdjęciu są używane i to dosyć długo (około trzech lat), i dlatego wyglądają na lekko sterane. O ich trwałości świadczy fakt, nie cackam się z nimi, bo dwa górne służą jako części uprzęży końskich (gryzący pot, deszcz, gnojówka, itd ;-)) , a ostatni jako odciąg mojej wiatki na wyprawach i obozach. Poza tym te konkretne sznurki są wykonane z resztek wełen (co mi tam akurat zostało i nie dało się wykorzystać inaczej to wrzucam w takie właśnie rzeczy, żeby nie leżało i się nie marnowało), ale oczywiście nie ma problemu by zrobić je jak należy z normalnego pełnowartościowego materiału :-)
A tutaj powyżej to sznurki z lucetki. Szary jest z wełny podhalańskiej "od górali" w kolorze naturalnym (nie jest barwiony), natomiast biały to próbny kawałek z grubego double przędzionego na "Gwidonie".
Zapraszam jeśli ktoś jest zainteresowany na priv lub email rosamar(at)wp.pl
Kręci się kręci...
Gwidon furkocze aż miło.
Po iluś tam przerobionych szpulkach stwierdzam jednak, że nie jest realnie szybszy niż normalne kopane kołowrotki, a to z powodu iż operowanie pedałem do maszyny i równa ciągła praca jest dosyć trudne. Pedał działa skokowo, grzeje się niemiłosiernie a ja na szybszych obrotach nie jestem w stanie podawać szybko czesanki. Dodatkowo, cały system napędowy przy większych prędkościach staje dęba i spada z mocowania,więc muszę wymyślić jakieś blokadki. Może za jakiś czas dojdę do wprawy i wykorzystam szybkość przełożenia maszyny, ale na razie nie nadążam po prostu. Niemniej jednak w porównaniu do wrzeciona, idzie mi znacznie sprawniej :-)
Na niezastąpionej Prząśniczce znalazłam wpis o kołowrotkach elektrycznych czyli radzieckiej myśli technicznej, ale po przyjrzeniu się zdjęciom stwierdziłam że mój się nieco różni. No bo po pierwsze tamte nie mają chyba pedału a jedynie włącznik. Po drugie podobno pracują cichutko a nie jak lokomotywa ;-) A po trzecie posiadają przełącznik kierunku skrętu, który jest ważny przy skręcaniu wielu nitek. W przypadku silnika z maszyny do szycia, może i istnieje jakiś sposób żeby tam pogrzebać i zmienić kierunek, ale ja nie jestem elektrykiem i prądu boję się bardziej niż diabeł święconej wody, więc problem ten rozwiązałam łopatologicznie. Po prostu zakładam wtedy pasek napędu na "ósemkę", dzięki czemu maszyna kręci w tą samą stronę co zawsze, ale cały system napędowy idzie w drugą :-D Działa to nieźle a zmiana zajmuje 10 sekund.
Dowód widać na zdjęciu - dwa warkocze po lewej to double ukręcone już tą metodą :-) Biały zrobiłam specjalnie grubiej kręcony do naalbindingu (gdyż odkryłam że lepiej się robi igłą jak wełna jest grubsza, bo nie zostają wtedy takie wielkie dziury w dzianinie), a drugi to skręcone dwa różnobarwne single (mam z tego zamiar zrobić sobie jakiś współczesny komplet na szydełku lub ewentualnie odsprzedać jeśli znajdzie się chętny ).
Ogólnie nadal jestem zadowolona z tego że jednak nie porąbałam ;-) tego ustrojstwa bo na razie próby dostrojenia drewnianego kołowrotka spaliły na panewce. Ale wierzę że za jakiś czas po prostu olśni mnie tak jak z Gwidonem i w końcu zaskoczy :-) A na razie bawię się nowymi możliwościami.
Po iluś tam przerobionych szpulkach stwierdzam jednak, że nie jest realnie szybszy niż normalne kopane kołowrotki, a to z powodu iż operowanie pedałem do maszyny i równa ciągła praca jest dosyć trudne. Pedał działa skokowo, grzeje się niemiłosiernie a ja na szybszych obrotach nie jestem w stanie podawać szybko czesanki. Dodatkowo, cały system napędowy przy większych prędkościach staje dęba i spada z mocowania,więc muszę wymyślić jakieś blokadki. Może za jakiś czas dojdę do wprawy i wykorzystam szybkość przełożenia maszyny, ale na razie nie nadążam po prostu. Niemniej jednak w porównaniu do wrzeciona, idzie mi znacznie sprawniej :-)
Na niezastąpionej Prząśniczce znalazłam wpis o kołowrotkach elektrycznych czyli radzieckiej myśli technicznej, ale po przyjrzeniu się zdjęciom stwierdziłam że mój się nieco różni. No bo po pierwsze tamte nie mają chyba pedału a jedynie włącznik. Po drugie podobno pracują cichutko a nie jak lokomotywa ;-) A po trzecie posiadają przełącznik kierunku skrętu, który jest ważny przy skręcaniu wielu nitek. W przypadku silnika z maszyny do szycia, może i istnieje jakiś sposób żeby tam pogrzebać i zmienić kierunek, ale ja nie jestem elektrykiem i prądu boję się bardziej niż diabeł święconej wody, więc problem ten rozwiązałam łopatologicznie. Po prostu zakładam wtedy pasek napędu na "ósemkę", dzięki czemu maszyna kręci w tą samą stronę co zawsze, ale cały system napędowy idzie w drugą :-D Działa to nieźle a zmiana zajmuje 10 sekund.
Dowód widać na zdjęciu - dwa warkocze po lewej to double ukręcone już tą metodą :-) Biały zrobiłam specjalnie grubiej kręcony do naalbindingu (gdyż odkryłam że lepiej się robi igłą jak wełna jest grubsza, bo nie zostają wtedy takie wielkie dziury w dzianinie), a drugi to skręcone dwa różnobarwne single (mam z tego zamiar zrobić sobie jakiś współczesny komplet na szydełku lub ewentualnie odsprzedać jeśli znajdzie się chętny ).
Ogólnie nadal jestem zadowolona z tego że jednak nie porąbałam ;-) tego ustrojstwa bo na razie próby dostrojenia drewnianego kołowrotka spaliły na panewce. Ale wierzę że za jakiś czas po prostu olśni mnie tak jak z Gwidonem i w końcu zaskoczy :-) A na razie bawię się nowymi możliwościami.
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Owca pomorska - się ukręciła na włochato
Ostatni tydzień bawiłam się ze "straszliwą" owcą pomorską w ramach wyzwania na Prząśniczce. Miałam ją gotową do obróbki, to znaczy wypraną i wyczesaną, a ponieważ do filcowania zdecydowanie się nie nadawała, to zdecydowałam się ja uprząść. Dużo tego nie było (około 200g) ale sprawiło mi mnóstwo kłopotów. No bo pomijając już to, że kupując dziś wełnę od rolnika, dostaje się gratis ;-) sporo "dodatków" typu kołtuny, bobki, ziarno, źdźbła traw, słoma itp, to akurat moja wełna była kiepsko przechowywana (zwalona w hałdy na strychu) i nie dało się jej sensownie posortować. Tak więc nawet po wyczesaniu miała wśród ładnych włókien, mnóstwo zanieczyszczeń, krótszych kłaczków i takich mini kołtuników, które gluciły mi skręt i utrudniały równe wyciąganie. Dlatego też wyszła mocno nierówna, gdzieniegdzie "artystyczna" i włochata, bo wszystko sterczy w poprzek. Chcąc to jakoś uładzić, skręciłam ją podwójnie (co niestety niespecjalnie pomogło) i na ten moment wyszło mi około 90mb włóczki. Drugie tyle suszy się i czeka na skręcenie - zrobię to dziś lub jutro.
Na razie wszystko sobie schnie a ja zastanawiam się nad doborem kolorów. I czy barwić naturalnie czy chemicznie? Na razie sama nie wiem, ale na pewno pochwalę się jak już coś wymyślę.
No i stwierdziłam że zdecydowanie muszę sobie sprawić motowidło, bo nawijanie na różne elementy wyposażenia domu robi się męczące. Marzą mi się też szpulki do nawijania, działający kołowrotek i różne inne przydasie, ale niestety jest to finansowo nieosiągalne. Może kiedyś.
| Single |
| Po lewej - double przed zdjęciem z wrzeciona; po prawej single |
| Nawinięte: dół double, góra single |
No i stwierdziłam że zdecydowanie muszę sobie sprawić motowidło, bo nawijanie na różne elementy wyposażenia domu robi się męczące. Marzą mi się też szpulki do nawijania, działający kołowrotek i różne inne przydasie, ale niestety jest to finansowo nieosiągalne. Może kiedyś.
środa, 21 grudnia 2011
Nici - cienizny ;-)
Dzisiaj wrzucam wreszcie zdjęcia kolorówki nici do szycia i haftu. Tylko kilka kolorów, ale będę się starała uzupełniać paletę w miarę robienia próbek. Te nici akurat są z wełny barwionej chemicznie. Paletę naturalną dopiero zaczynam - przędzenie niestety jest czasochłonne.
Kolorki oczywiście mocno poglądowe. Dla oceny grubości wrzuciłam dodatkowy motek standardowej muliny, żeby był punkt odniesienia. Zaznaczam też, że specyfika ręcznego przędzenia zakłada, że może się zdarzyć nitka miejscami lekko nierówna i ze zgrubieniami. Idealnie równe to tylko w fabryce ;-)
Grubiej wygląda również tam gdzie jest załamana, ale to złudzenie optyczne - po wyprostowaniu nie ma różnic.
Aha i nici są zahartowane w gorącej wodzie - skręt jest utrwalony i nie rozsnuwają się.
I na dorzutkę kapciuszki - te konkretne to prezent dla Babci narzekającej na zimne stopy, ale nic nie stoi na przeszkodzie w zrobieniu kapci według wzorów historycznych. Zresztą polecam nawet do chodzenia po domu. Sama takich używam i bardzo sobie chwalę :-)
Kolorki oczywiście mocno poglądowe. Dla oceny grubości wrzuciłam dodatkowy motek standardowej muliny, żeby był punkt odniesienia. Zaznaczam też, że specyfika ręcznego przędzenia zakłada, że może się zdarzyć nitka miejscami lekko nierówna i ze zgrubieniami. Idealnie równe to tylko w fabryce ;-)
Grubiej wygląda również tam gdzie jest załamana, ale to złudzenie optyczne - po wyprostowaniu nie ma różnic.
Aha i nici są zahartowane w gorącej wodzie - skręt jest utrwalony i nie rozsnuwają się.
I na dorzutkę kapciuszki - te konkretne to prezent dla Babci narzekającej na zimne stopy, ale nic nie stoi na przeszkodzie w zrobieniu kapci według wzorów historycznych. Zresztą polecam nawet do chodzenia po domu. Sama takich używam i bardzo sobie chwalę :-)
środa, 30 listopada 2011
Nici i przędze - eksperyment krajkowy
Nie jestem wprawną tkaczką, choć temat bardzo mnie interesuje już od dłuższego czasu. Niestety tkanie na tabliczkach przerasta mnie logistycznie, na bardku wzory nie wychodzą zbyt interesujące, a warsztatu tkackiego z prawdziwego zdarzenia nawet nie miałabym gdzie wstawić. Tak więc eksperymenty ograniczają się do próbek z wykorzystaniem własnoręcznie uprzędzionych nici. Przeważnie na bardku jako najbardziej kompaktowym warsztaciku.
Ostatnio zanotowałam pewną wenę twórczą, osnułam bardko, cienkimi nićmi w dwóch kolorach, i utkałam kawałek czegoś co w przypływie optymizmu można nazwać krajką. Ma to około 2cm szerokości, 140cm długości i jest w kolorach rdzawo (marzanna) oliwkowych (liście brzozy). Brzegi miejscami są nierówne, niektóre za luźne, inne za mocno ściągnięte, ale jak już mówiłam to raczej kwestia wprawy niż surowca. Nici które użyłam są pojedyńczo skręcone, raczej z tych cieńszych.
Tak więc wszystkich zainteresowanych, mogę z czystym sumieniem zapewnić że zarówno nici, jak i grubsze przędze doskonale nadają się do tkania. Muszę też powiedzieć że tkało się całkiem przyjemnie i nie zaobserwowałam problemu który miałam w przypadku podwójnie skręcanych włóczek, że rozkręcały mi się lub rozłaziły podczas pracy.
A poniżej fotki nici - chciałam się pochwalić że potrafię zrobić całkiem cienkie i równe, nadające się nawet do szycia i haftu na cienkich tkaninach :-)
Grubsza to zwykła nić do szycia wełny, szyję takimi normalne spotykane w rr tkaniny, no i tkałam z niej próbnikową krajkę.
Natomiast cieńsza to dla kontrastu, żeby pokazać co można osiągnąć z dobrze dobranym wrzecionem. Jest grubości bardzo cienkich nici lnianych, oczywiście nie aż tak cienka jak maszynowe ale naprawdę niewiele jej brakuje :)
Ostatnio zanotowałam pewną wenę twórczą, osnułam bardko, cienkimi nićmi w dwóch kolorach, i utkałam kawałek czegoś co w przypływie optymizmu można nazwać krajką. Ma to około 2cm szerokości, 140cm długości i jest w kolorach rdzawo (marzanna) oliwkowych (liście brzozy). Brzegi miejscami są nierówne, niektóre za luźne, inne za mocno ściągnięte, ale jak już mówiłam to raczej kwestia wprawy niż surowca. Nici które użyłam są pojedyńczo skręcone, raczej z tych cieńszych.
Tak więc wszystkich zainteresowanych, mogę z czystym sumieniem zapewnić że zarówno nici, jak i grubsze przędze doskonale nadają się do tkania. Muszę też powiedzieć że tkało się całkiem przyjemnie i nie zaobserwowałam problemu który miałam w przypadku podwójnie skręcanych włóczek, że rozkręcały mi się lub rozłaziły podczas pracy.
A poniżej fotki nici - chciałam się pochwalić że potrafię zrobić całkiem cienkie i równe, nadające się nawet do szycia i haftu na cienkich tkaninach :-)
Grubsza to zwykła nić do szycia wełny, szyję takimi normalne spotykane w rr tkaniny, no i tkałam z niej próbnikową krajkę.
Natomiast cieńsza to dla kontrastu, żeby pokazać co można osiągnąć z dobrze dobranym wrzecionem. Jest grubości bardzo cienkich nici lnianych, oczywiście nie aż tak cienka jak maszynowe ale naprawdę niewiele jej brakuje :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



