Czasem rozmowy z innymi Prządkami uświadamiają mi pewne rzeczy.
Na przykład to, że coś do czego kiedyś tam doszłam może się przydać i innym :) A że niekoniecznie o wszystkich "oczywistościach" pamiętam napisać, to póki mam to w głowie postanowiłam to przedstawić tutaj na blogu :)
Tutaj podziękujcie Dehaef za dzisiejszą pogaduszkę i to co mi uświadomiła mówiąc "no i właśnie takich rzeczy mi brakuje do czytania"
Kwestia o której mówiłyśmy to kolejny "myk" z obróbką surowego runa.
Pisałam już o tym co robimy zwykle po przybyciu do nas wspaniałego wora śmierdzącego, zasyfionego, zapiaszczonego, pełnego siana, kup, rzepów i czego nie tylko. A do tego żółtego od tłuszczopotu i sików.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 16 czerwca 2015
wtorek, 2 września 2014
Runo wrzosówki - przygotowanie
Po pierwsze chciałam się pochwalić że mam nową zabawkę.
Negocjowanie z gręplarnią mnie wykończało psychicznie, a pojawiła się okazja (dzięki Agnes!), więc podliczyłam kasę którą miałam, kasę której nie miałam, wydatki, koszty, ewnetualne profity i dodawszy do tego zszarpane nerwy wyliczyłam że bardziej opłaca mi się otworzyć własną mini gręplarnię. No i po wielu perypetiach wreszcie mam drum carder czyli po naszemu - gręplarkę bębnową :)
Jak widać to stary i nieskomplikowany wół roboczy Loueta, którego jestem n-tą właścicielką (nie mam pojęcia którą, bo przyjechał do mnie z Belgii). Ale to solidna konstrukcja idealna do szarpania się z prymitywnym runem i mam nadzieję że długo posłuży.
Więcej refleksji i złotych myśli o używaniu tej maszynerii skrobnę gdy już przewalę ileś tam kilo wełny i uznam że otrzymuję jakieś miarodajne i powtarzalne efekty.
A na razie skoro jesteśmy przy "runie prymitywnym"....
No bo co to właściwie jest?
Czasem nieco zdziwione osoby dostają wyczesany błam z owcy wrzosówki i z zachwytem stwierdzają "jakie ono milutkie i w ogóle nie gryzie!"
No a potem wrzuca się ten milutki błamik na kołowrotek czy wrzeciono i się okazuje że nie gryzie, ale połyka w całości ;)
Winę za to ponoszą włosy ościste. Bo o ile frakcja puchowa u wrzosówek potrafi mieć naprawdę cienkie włókna (podobno porównywalnej grubości co superfine merino czyli 16mc przy polskim merynosie mającym przeciętnie 28-30mc), to oprócz puchu w runie znajdują się także włosy przejściowe oraz ościste. Owka kiedyś popełniła o tym genialny wpis, więc nie będę się powtarzać tylko chciałam nieco rozszerzyć co te kwestie oznaczają dla nas, praktyków.
Poniżej jest zdjęcie loka z runa owcy wrzosówki. To lok, który ja selekcjonuję jako "ładny".
Wybrałam go do zdjęcia, bo wyraźnie widac tutaj frakcje runa - to jaśniejsze bliżej nasady to puch wymieszany z mniej widocznymi włosami przejściowymi. Natomiast długie, zakręcone, czarne końcówki to włosy ościste. Są one twarde i prawie w ogóle nieelastyczne, co sprawia że gdy spróbujemy cały taki lok skręcić w przędzę, to otrzymamy sztywną, twardą, zupełnie nie sprężynującą nitkę. A końcówki tych ostów będą sterczeć z każdej strony niczym drut kolczasty i sprawiać że noszenie tego na skórze przez przeciętnego człowieka jest niemożliwe. No dobra, świetnie taka wełna nadaje się na skarpety. Rewelacyjnie pobudza krążenie ot co :D
Podobny problem występuje praktycznie u wszystkich ras prymitywnych (choć w oczywiście różnym zakresie), czy będą to cakle, owce górskie, norweskie, czy co tam egzotycznego akurat wymyślimy. Dla mnie prywatną palmę pierszeństwa pełni świniarka, która moim zdaniem powinna mieć tutaj własną kategorię ;)
No dobra, ale w takim razie jak sobie z tym radzili ludzie w średniowieczu (czy też ogólnie w czasach przed rewolucją przemysłową)?
Otóż sposoby są dwa.
Pierwszym jest pozyskanie włosia jeszcze z owcy przez wyczesanie lub wyskubanie. Wykorzystuje się tutaj naturalną tendencję linienia frakcjami - najpierw wychodzi podszerstek podczas gdy rdzeniowe się jeszcze mocno trzymają. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym sposobem, jego praktycznym sensem, historycznymi przekazami odnośnie jego wykorzystania itp bo wątpliwe by ktokolwiek z nas miał teraz okazję to wypróbować na owcy.
Pozostaje nam więc drugi sposób, czyli prządkowa wersja kopciuszkowego wybierania maku z popiołu, czyli ręczne odwłaśnianie :/
Brrrrrr
Generalnie chodzi o to by te długie włosy rdzeniowe oddzielić od reszty.
Widzieliście lok powyżej?
No to ten sam teraz :)
Po prawej wyciągnięte ości, po lewej puch i nieco przejściowych (nie są aż takie grube i gryzące więc nie ma co się z nimi bawić).
Całe osty to właściwie odpad, gdzieś tam czytałam że znaleziono w wykopkach liny wyglądające jakby były robione właśnie z czego takiego. Nic więc nie stoi na przeszkodzie by wykorzystać je do tego typu zastosowań, nadadzą się do tego świetnie.
Natomiast nas interesuje miękka puchowa i przędna frakcja.
Dziś w ramach eksperymentu poświęciłam się i przebrałam trochę tego stuffu. Przed odwłaśnianiem było tego około 70g, po oddzieleniu jakieś 48g.
Poniżej ta góra podrobionej wełny (napuszonej pod drumka).
Duża kupa jak na nędzne 48g, no nie :/
Jeśli dodam iż zajęło mi to trochę ponad pół godziny, to daje do myślenia ile czasu trzeba było poświęcić by nie dać się zjeść wełnie.
Bo 50g to ilości mocno homeopatyczne, a ja wbrew pozorom mam w tej robocie już nieco wprawy. No i byle jaka wełna też się do tego nie nada, a wyłącznie ładne, długie i czyste loki.
No ale ludzie kiedyś mieli więcej czasu, taka prawda.
Z tych 48g które wrzuciłam na drumka (heloł kiedyś to się pomykało na grzebieniach lub gręplach ;P) i po trzech kręceniach wyszedł mi piękny i bardzo równy batt (tak się nazywa taki błamik zdjęty z gręplarki, piszę to dla odróżnienia od dużych przemysłowych gręplarek) o wadze 42g
Czyli kolejne parę gramów straty.
Na ostatnim zdjęciu pod światło, widać że jest przyzwoicie wyczesany.
Wrzuciłam na kołowrotek i wygląda na to że ciągnie się niczym z współczesnej czesanej taśmy. Co pozwala mi postawić tezę, że przygotowana w ten sposób wełna nada się na przędzę osnowową. Nitka z odwłośnionej wrzosówki jest zupełnie inna w dotyku. Jest miękka i zdecydowanie przyjemniejsza, ma lepsze parametry i zupełnie inną elastyczność.
Tylko czy ma w dzisiejszych czasach ekonomiczny sens robienie tego?
Ten mały kawałek kosztował mnie (z już gotową posortowaną i wypraną wełną) dobrą godzinę roboty.
Jak zwykle niezapłacone dupogodziny ;)
Ale jeśli ktoś chce się pobawić, to czemu nie ;)
Mnie do napisania tego posta kopnęłą chęć do poeksperymentowania z gręplarką by stwierdzić czy da radę na niej uzyskać naprawdę dobrą czesankę. I jak widać się da, choć jest to pracochłonne niestety.
A więcej o gręplarce, jej plusach, minusach, mitach, wyobrażeniach i twardej rzeczywistości napiszę jak już będę miała nieco więcej przekręcone przez bęben.
Na razie mogę tylko zacytować Aldonę że "niestety samo się nie robi" :/
Negocjowanie z gręplarnią mnie wykończało psychicznie, a pojawiła się okazja (dzięki Agnes!), więc podliczyłam kasę którą miałam, kasę której nie miałam, wydatki, koszty, ewnetualne profity i dodawszy do tego zszarpane nerwy wyliczyłam że bardziej opłaca mi się otworzyć własną mini gręplarnię. No i po wielu perypetiach wreszcie mam drum carder czyli po naszemu - gręplarkę bębnową :)
Jak widać to stary i nieskomplikowany wół roboczy Loueta, którego jestem n-tą właścicielką (nie mam pojęcia którą, bo przyjechał do mnie z Belgii). Ale to solidna konstrukcja idealna do szarpania się z prymitywnym runem i mam nadzieję że długo posłuży.
Więcej refleksji i złotych myśli o używaniu tej maszynerii skrobnę gdy już przewalę ileś tam kilo wełny i uznam że otrzymuję jakieś miarodajne i powtarzalne efekty.
A na razie skoro jesteśmy przy "runie prymitywnym"....
No bo co to właściwie jest?
Czasem nieco zdziwione osoby dostają wyczesany błam z owcy wrzosówki i z zachwytem stwierdzają "jakie ono milutkie i w ogóle nie gryzie!"
No a potem wrzuca się ten milutki błamik na kołowrotek czy wrzeciono i się okazuje że nie gryzie, ale połyka w całości ;)
Winę za to ponoszą włosy ościste. Bo o ile frakcja puchowa u wrzosówek potrafi mieć naprawdę cienkie włókna (podobno porównywalnej grubości co superfine merino czyli 16mc przy polskim merynosie mającym przeciętnie 28-30mc), to oprócz puchu w runie znajdują się także włosy przejściowe oraz ościste. Owka kiedyś popełniła o tym genialny wpis, więc nie będę się powtarzać tylko chciałam nieco rozszerzyć co te kwestie oznaczają dla nas, praktyków.
Poniżej jest zdjęcie loka z runa owcy wrzosówki. To lok, który ja selekcjonuję jako "ładny".
Wybrałam go do zdjęcia, bo wyraźnie widac tutaj frakcje runa - to jaśniejsze bliżej nasady to puch wymieszany z mniej widocznymi włosami przejściowymi. Natomiast długie, zakręcone, czarne końcówki to włosy ościste. Są one twarde i prawie w ogóle nieelastyczne, co sprawia że gdy spróbujemy cały taki lok skręcić w przędzę, to otrzymamy sztywną, twardą, zupełnie nie sprężynującą nitkę. A końcówki tych ostów będą sterczeć z każdej strony niczym drut kolczasty i sprawiać że noszenie tego na skórze przez przeciętnego człowieka jest niemożliwe. No dobra, świetnie taka wełna nadaje się na skarpety. Rewelacyjnie pobudza krążenie ot co :D
Podobny problem występuje praktycznie u wszystkich ras prymitywnych (choć w oczywiście różnym zakresie), czy będą to cakle, owce górskie, norweskie, czy co tam egzotycznego akurat wymyślimy. Dla mnie prywatną palmę pierszeństwa pełni świniarka, która moim zdaniem powinna mieć tutaj własną kategorię ;)
No dobra, ale w takim razie jak sobie z tym radzili ludzie w średniowieczu (czy też ogólnie w czasach przed rewolucją przemysłową)?
Otóż sposoby są dwa.
Pierwszym jest pozyskanie włosia jeszcze z owcy przez wyczesanie lub wyskubanie. Wykorzystuje się tutaj naturalną tendencję linienia frakcjami - najpierw wychodzi podszerstek podczas gdy rdzeniowe się jeszcze mocno trzymają. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym sposobem, jego praktycznym sensem, historycznymi przekazami odnośnie jego wykorzystania itp bo wątpliwe by ktokolwiek z nas miał teraz okazję to wypróbować na owcy.
Pozostaje nam więc drugi sposób, czyli prządkowa wersja kopciuszkowego wybierania maku z popiołu, czyli ręczne odwłaśnianie :/
Brrrrrr
Generalnie chodzi o to by te długie włosy rdzeniowe oddzielić od reszty.
Widzieliście lok powyżej?
No to ten sam teraz :)
Po prawej wyciągnięte ości, po lewej puch i nieco przejściowych (nie są aż takie grube i gryzące więc nie ma co się z nimi bawić).
Całe osty to właściwie odpad, gdzieś tam czytałam że znaleziono w wykopkach liny wyglądające jakby były robione właśnie z czego takiego. Nic więc nie stoi na przeszkodzie by wykorzystać je do tego typu zastosowań, nadadzą się do tego świetnie.
Natomiast nas interesuje miękka puchowa i przędna frakcja.
Dziś w ramach eksperymentu poświęciłam się i przebrałam trochę tego stuffu. Przed odwłaśnianiem było tego około 70g, po oddzieleniu jakieś 48g.
Poniżej ta góra podrobionej wełny (napuszonej pod drumka).
![]() |
| Nasz "wypchany" Kropek pomaga ;) |
Duża kupa jak na nędzne 48g, no nie :/
Jeśli dodam iż zajęło mi to trochę ponad pół godziny, to daje do myślenia ile czasu trzeba było poświęcić by nie dać się zjeść wełnie.
Bo 50g to ilości mocno homeopatyczne, a ja wbrew pozorom mam w tej robocie już nieco wprawy. No i byle jaka wełna też się do tego nie nada, a wyłącznie ładne, długie i czyste loki.
No ale ludzie kiedyś mieli więcej czasu, taka prawda.
Z tych 48g które wrzuciłam na drumka (heloł kiedyś to się pomykało na grzebieniach lub gręplach ;P) i po trzech kręceniach wyszedł mi piękny i bardzo równy batt (tak się nazywa taki błamik zdjęty z gręplarki, piszę to dla odróżnienia od dużych przemysłowych gręplarek) o wadze 42g
Na ostatnim zdjęciu pod światło, widać że jest przyzwoicie wyczesany.
Wrzuciłam na kołowrotek i wygląda na to że ciągnie się niczym z współczesnej czesanej taśmy. Co pozwala mi postawić tezę, że przygotowana w ten sposób wełna nada się na przędzę osnowową. Nitka z odwłośnionej wrzosówki jest zupełnie inna w dotyku. Jest miękka i zdecydowanie przyjemniejsza, ma lepsze parametry i zupełnie inną elastyczność.
Tylko czy ma w dzisiejszych czasach ekonomiczny sens robienie tego?
Ten mały kawałek kosztował mnie (z już gotową posortowaną i wypraną wełną) dobrą godzinę roboty.
Jak zwykle niezapłacone dupogodziny ;)
Ale jeśli ktoś chce się pobawić, to czemu nie ;)
Mnie do napisania tego posta kopnęłą chęć do poeksperymentowania z gręplarką by stwierdzić czy da radę na niej uzyskać naprawdę dobrą czesankę. I jak widać się da, choć jest to pracochłonne niestety.
A więcej o gręplarce, jej plusach, minusach, mitach, wyobrażeniach i twardej rzeczywistości napiszę jak już będę miała nieco więcej przekręcone przez bęben.
Na razie mogę tylko zacytować Aldonę że "niestety samo się nie robi" :/
piątek, 3 stycznia 2014
Świniarkowe szaleństwo cz.1
Po pierwsze spóźnione życzenia noworoczne - oby 2014 nie był gorszy od poprzednika
A dalej już normalnie :D
Tuż przed świętami zostałam dosłownie zarzucona wełną.
Głownie wełną owcy świniarki, która przybyła w przerażającej ilości 24kg
Oczywiście po przesortowaniu została mi mniej więcej połowa (no odrobinkę więcej), ale nadal jest to dużo.
Świniarka jest bardzo mało znaną i najwyraźniej niedocenianą rasą. A także dosyć rzadką, zdobycie jej runa graniczy z niemożliwością. Ale mnie udało się dokonać niemożliwego i runo nie dosyć że zakupiłam, to jeszcze część kolportowałam dalej, w imię popularyzacji tej ciekawej rasy. Dodam tylko że jest to rasa prymitywna, ale ze względu na jasną barwę wełny świetnie nadaje się do farbowania :) czyli jest alternatywą dla szarych wrzosówek.
Jeśli ktoś byłby zainteresowany wyrobami z tej kolekcjonerskiej owieczki to zapraszam!
A tak wyglądało sortowanie:
Kilka słów o wełnie - świniarka jest rasą prymitywną, co oznacza że jej wełna zawiera pewną ilość włosów ościstych. Ile tych włosów jest to już zależy od konkretnego osobnika - w mojej dostawie trafiły się zarówno ładne owieczki, które miały piękne miękkie runo z niewielką ilością "igieł", jak i włosienica z którą nie bardzo właściwie wiadomo co zrobić. Jacyś chętni na poumartwianie się?! ;)
Jednak z drugiej strony zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona - nawet te sztywniejsze kosmyki są całkiem miękkie i lejące w dotyku. Jakościowo, są znacznie lepsze niż "drutopodobna" wełna z góralskich cakli, z którymi ją porównywałam (a którą z pewnością kojarzycie z "góralskich skarpet"). Oczywiście ostateczny pogląd będę mogła sobie wyrobić dopiero po przerobieniu tej wełenki na przędzę i filc :) Ale zapowiada się nieźle.
Po lewej widać kosmyk z takiej "prymitywniejszej owieczki", po prawej z nieco "lepszej jakościowo". Te sztywne włosy ościste to tzw. KEMP. Zwykle występują głównie od zaplecza owcy ;) ale osobnik, którego miałam w paczce miał praktycznie całe runo tego typu. Oczywiście runa zostały posortowane i te sztywne części pooddzielałam.
Najcenniejsze do przerobu są kawałki takie jak po prawej stronie. Mają mało włosów ościstych, i są dosyć długie - mają po około 20cm długości. To całkiem sporo, a dodatkowo takich ładnych kawałków udało mi się przebrać wystarczająco dużo, by pobawić się w próbę przygotowania prawdziwej nitki osnowowej - czyli czesanej na grzebieniach z wyselekcjonowanych partii runa :) Jest to możliwe tylko dlatego że dostałam runa w całości i można było je podzielić w oparciu o historyczne metody. Opis eksperymentu na pewno pokażę w osobnej notce, podobnie jak próby filcowania i wygląd gotowej przedzy :)
I niniejszym zamierzam docelowo wprowadzić runo z świniarek do mojej stałej oferty, w imię zwiększania poziomu historyczności ;D Już niedługo część wełenki pojedzie do gręplarni i zamierzam zastąpić nią wełnę z czarnogłówki, jako bardziej historyczną.
A na razie to tyle i zabieram się za przerób
A dalej już normalnie :D
Tuż przed świętami zostałam dosłownie zarzucona wełną.
Głownie wełną owcy świniarki, która przybyła w przerażającej ilości 24kg
Oczywiście po przesortowaniu została mi mniej więcej połowa (no odrobinkę więcej), ale nadal jest to dużo.
Świniarka jest bardzo mało znaną i najwyraźniej niedocenianą rasą. A także dosyć rzadką, zdobycie jej runa graniczy z niemożliwością. Ale mnie udało się dokonać niemożliwego i runo nie dosyć że zakupiłam, to jeszcze część kolportowałam dalej, w imię popularyzacji tej ciekawej rasy. Dodam tylko że jest to rasa prymitywna, ale ze względu na jasną barwę wełny świetnie nadaje się do farbowania :) czyli jest alternatywą dla szarych wrzosówek.
Jeśli ktoś byłby zainteresowany wyrobami z tej kolekcjonerskiej owieczki to zapraszam!
| Zdjęcie podlinkowane ze strony http://www.bioroznorodnosc.izoo.krakow.pl/node/27 |
A tak wyglądało sortowanie:
Kilka słów o wełnie - świniarka jest rasą prymitywną, co oznacza że jej wełna zawiera pewną ilość włosów ościstych. Ile tych włosów jest to już zależy od konkretnego osobnika - w mojej dostawie trafiły się zarówno ładne owieczki, które miały piękne miękkie runo z niewielką ilością "igieł", jak i włosienica z którą nie bardzo właściwie wiadomo co zrobić. Jacyś chętni na poumartwianie się?! ;)
Jednak z drugiej strony zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona - nawet te sztywniejsze kosmyki są całkiem miękkie i lejące w dotyku. Jakościowo, są znacznie lepsze niż "drutopodobna" wełna z góralskich cakli, z którymi ją porównywałam (a którą z pewnością kojarzycie z "góralskich skarpet"). Oczywiście ostateczny pogląd będę mogła sobie wyrobić dopiero po przerobieniu tej wełenki na przędzę i filc :) Ale zapowiada się nieźle.
Po lewej widać kosmyk z takiej "prymitywniejszej owieczki", po prawej z nieco "lepszej jakościowo". Te sztywne włosy ościste to tzw. KEMP. Zwykle występują głównie od zaplecza owcy ;) ale osobnik, którego miałam w paczce miał praktycznie całe runo tego typu. Oczywiście runa zostały posortowane i te sztywne części pooddzielałam.
Najcenniejsze do przerobu są kawałki takie jak po prawej stronie. Mają mało włosów ościstych, i są dosyć długie - mają po około 20cm długości. To całkiem sporo, a dodatkowo takich ładnych kawałków udało mi się przebrać wystarczająco dużo, by pobawić się w próbę przygotowania prawdziwej nitki osnowowej - czyli czesanej na grzebieniach z wyselekcjonowanych partii runa :) Jest to możliwe tylko dlatego że dostałam runa w całości i można było je podzielić w oparciu o historyczne metody. Opis eksperymentu na pewno pokażę w osobnej notce, podobnie jak próby filcowania i wygląd gotowej przedzy :)
I niniejszym zamierzam docelowo wprowadzić runo z świniarek do mojej stałej oferty, w imię zwiększania poziomu historyczności ;D Już niedługo część wełenki pojedzie do gręplarni i zamierzam zastąpić nią wełnę z czarnogłówki, jako bardziej historyczną.
A na razie to tyle i zabieram się za przerób
sobota, 2 lutego 2013
Dzieje się!
Ostatnie dni były pełne wrażeń.
Najpierw akcja z nowym kołowrotkiem, a w międzyczasie jeszcze wycieczka do Sklepu Wollknoll, którą odbyłyśmy wraz z Aldoną
"Paczuszka" wielkości kontenera doszła wczoraj (ku naszemu zdziwieniu poczta stanęła na wysokości zadania i dostarczyła paczkę w jeden dzień!)
A tam same skarby.
Stałam się bogatsza o sporo naturalnie kolorowych wełen, mam brązy, szarości a nawet mityczny czarny. Oprócz tego szarpnęłam się na nieco sierści wielbłądzej (z której mam zamiar ufilcować sobie piękną torebkę do paska), mam nieco szarego Gotlanda, przepiękny BFL, białego szetlanda do farbowania, Lincolna oraz owcę Skudde. Ta ostatnia wypatrzona została dopiero na wariata pod koniec uzgadniania zamówienia, i dorzucona w niewielkiej ilości, ale jestem bardzo zadowolona że ją zamówiłam. Bo jest to ciekawa rasa prymitywna, która była rasą lokalną na Mazurach i Kaszubach. A potem po wysiedleniach, jedyne sztuki jakie się ostały, to te które Niemcy zabrali ze sobą. No i teraz nie uświadczysz tej owcy u nas, i trzeba sprowadzać z Niemiec. Więcej o Skudde można poczytać tutaj
Generalnie jest mi przykro że w Polsce praktycznie nie ma szans kupić kolorowych wełen i trzeba takie rzeczy ściągać z zagranicy. Pomijam tu sklepiki, które też zaopatrują się zagranicą - chodzi mi o polskich hodowców owiec i lokalne gręplarnie. Szkoda gadać...
Zdjęć całości moich skarbów nie udało mi się zrobić - nie mieszczą się w obiektywie.
Ale choć się pochwalę tymi pięknymi brązami, które zamierzam przeznaczyć do filcowania :)
Mam teraz klęskę urodzaju i nie wiem od czego właściwie zacząć.
Ale chyba najpierw skończę tą alpakę, którą zaczęłam "rustykalnie" prząść na sweter :)
No i przyszły zamówione barwniki Argus. Jeszcze nie próbowałam ale na pewno zdam relację jak się sprawdzają, bo mogą być ciekawą alternatywą dla "motylków"
Poza tym wrzuciłam nieszczęsny świnkowy róż z koszenili do marzanny i uzyskałam malinową czerwień. Też pokażę jak wyschnie :)
No i to na razie tyle. Nie za dużo ale nie mam ostatnio weny twórczej. Ale na pewno zabiorę się teraz za farbowanie. Bo czekają trzy motki do zafarbowania w liściach brzozy.
A teraz idę dalej podziwiać moje puchate skarby :D
Najpierw akcja z nowym kołowrotkiem, a w międzyczasie jeszcze wycieczka do Sklepu Wollknoll, którą odbyłyśmy wraz z Aldoną
"Paczuszka" wielkości kontenera doszła wczoraj (ku naszemu zdziwieniu poczta stanęła na wysokości zadania i dostarczyła paczkę w jeden dzień!)
A tam same skarby.
Stałam się bogatsza o sporo naturalnie kolorowych wełen, mam brązy, szarości a nawet mityczny czarny. Oprócz tego szarpnęłam się na nieco sierści wielbłądzej (z której mam zamiar ufilcować sobie piękną torebkę do paska), mam nieco szarego Gotlanda, przepiękny BFL, białego szetlanda do farbowania, Lincolna oraz owcę Skudde. Ta ostatnia wypatrzona została dopiero na wariata pod koniec uzgadniania zamówienia, i dorzucona w niewielkiej ilości, ale jestem bardzo zadowolona że ją zamówiłam. Bo jest to ciekawa rasa prymitywna, która była rasą lokalną na Mazurach i Kaszubach. A potem po wysiedleniach, jedyne sztuki jakie się ostały, to te które Niemcy zabrali ze sobą. No i teraz nie uświadczysz tej owcy u nas, i trzeba sprowadzać z Niemiec. Więcej o Skudde można poczytać tutaj
Generalnie jest mi przykro że w Polsce praktycznie nie ma szans kupić kolorowych wełen i trzeba takie rzeczy ściągać z zagranicy. Pomijam tu sklepiki, które też zaopatrują się zagranicą - chodzi mi o polskich hodowców owiec i lokalne gręplarnie. Szkoda gadać...
Zdjęć całości moich skarbów nie udało mi się zrobić - nie mieszczą się w obiektywie.
Ale choć się pochwalę tymi pięknymi brązami, które zamierzam przeznaczyć do filcowania :)
Mam teraz klęskę urodzaju i nie wiem od czego właściwie zacząć.
Ale chyba najpierw skończę tą alpakę, którą zaczęłam "rustykalnie" prząść na sweter :)
No i przyszły zamówione barwniki Argus. Jeszcze nie próbowałam ale na pewno zdam relację jak się sprawdzają, bo mogą być ciekawą alternatywą dla "motylków"
Poza tym wrzuciłam nieszczęsny świnkowy róż z koszenili do marzanny i uzyskałam malinową czerwień. Też pokażę jak wyschnie :)
No i to na razie tyle. Nie za dużo ale nie mam ostatnio weny twórczej. Ale na pewno zabiorę się teraz za farbowanie. Bo czekają trzy motki do zafarbowania w liściach brzozy.
A teraz idę dalej podziwiać moje puchate skarby :D
piątek, 16 listopada 2012
Przemyślenia o czesankach wełnianych - wnerw
Kurca wodna wkurzyłam się troszeczkę.
No bo chciałam sobie kupić trochę lepszej czesanki - hiszpanki 24mic. Coś dla dzieci na czapki i inne pierdółki, po prostu coś mniej gryzącego. No to zamówiłam w necie (nie, nie powiem gdzie) trochę czesanki naturalnej według opisów i zdjęcia, hiszpanki 24mic. I po otwarciu paczki deczko się wnerwiłam, bo czesanka może i faktycznie hiszpańska, ale na pewno nie 24mc tylko co najmniej 28mc. Wygląda bardzo podobnie do polskiej, którą hurtem kupowałam dotąd w Poltopsie (no może nieco jaśniejsza). Nie nie narzekam na jakość wełen z Poltopsu, bo od dawna na nich pracuję i sobię chwalę, ale dzięki temu że od nich kupowałam to mam porównanie i uznałam, że opisywanie trzydziestki jako cieńszej jest chyba trochę nie fair :-/
Na fali furii, polazłam więc do sklepu gdzie akurat czesanki mają, pomacałam co tam było na stanie. A mieli nieopisane skąd pochodzą, jedynie gdzieniegdzie podana grubość włókien. Jakość faktycznie jakaś sensowniejsza niż w necie, ale za to ceny ....
W każdym bądź razie upewniłam się że ta zakupiona przy 24mc nawet nie leżała.
Coś mnie tknęło w tym momencie i odpuściłam sobie wydawanie kasy na kolejne próbki z, mając jakieś dziwne przekonanie, że nie będzie lepiej w innych netowych pasmanteriach i odezwałam się do Poltopsu czy mają hiszpankę 24mic.
Mieli.
Ostatni 4 kilowy kłąb :-/ I nie wiadomo kiedy będą znowu mieli coś sensownego, bo profil produkcji, zarząd, plany produkcyjne itp, itd
Gul mi skoczył.
Zaczęłam się zastanawiać jak bardzo potrzebuję 4 kilo czesanki, ale miła pani handlowiec zaproponowała, że mi go wstępnie zarezerwuje, a tymczasem wyśle próbkę żebym wiedziała w co się pakuję i czy mi jakość odpowiada.
Gdy dostałam tę próbkę to gul mi skoczył po raz kolejny. Bo to co otrzymałam wyglądało jak najlepsze nowozelandzkie i południowoamerykańskie merynosy 21mic z który miałam przelotnie do czynienia (na macanego). Do bezpośredniego porównania (do miziania) dysponowałam tylko nowozelandzkim, ale jakoś nie wyczuwam różnicy przykładając do szyi. Naukowo zbadać mikronów i innych cech nie mam jak, więc pozostało mi przełknąc wrzeszczący zdrowy rozsądek i potwierdzić zamówienie tego ostatniego kłębu. Tak więc zostałam szczęśliwą posiadaczką, czterech kilo pięknego białego (bo to akurat czesanka bielona a nie naturalna), puchu, w dodatku w cenie wyprzedażowej. Wygląda na to że dzieci będą miały nie tylko czapki i szaliczki ale i swetry i inne utensylia. A może też dla siebie coś zrobię :-D
A dla przykładu zdjęcie:
Od lewej lecąc:
- hiszpanka 24mc z Poltospu
- hiszpańska taśma zgrzeblona 27-28mc z Poltopsu (półprodukt "sprzed" czesanki idealny do filcowania)
- hiszpanka (podobno) 24mc z jednego sklepu internetowego
- czesanka polska 28-30mc z Poltopsu
Na zbliżeniu poniżej pośrodku najlepsza czesanka a po lewej, prawej i u góry te gorsze. Podejrzana hiszpanka to ta górna.
Cały powyższy post miał być na początku wredny i absolutnie zjadliwy, ale przeczekałam największy wnerw i machnęłam ręką, bo nie chce mi się tutaj szafować oskarżeniami, bez solidnych dowodów, a tych ani nie mam szans zdobyć, ani mi się chce. Szkoda kasy i zachodu.
Radzę jednak osobom szukającym czesanek, żeby dokładnie się dopytywały i ustalały co właściwie kupują, a zwłaszcza gdy nie można pomacać i przetestować organoleptycznie. Co prawda rada ta zbyt odkrywcza nie jest, ale może powyższe zdjęcia nieco ułatwią, przynajniej z grubsza odróżnienie od siebie różnych jakości.
Zresztą po lekturze forum Craftaldies, to widzę że nie jestem pierwszą osobą, która miała tego typu przygody...
PS: wbrew pozorom Poltops nie płaci mi za reklamę ;-D Ale do tej pory bardzo dobrze mi się od nich kupowało więc mogę tą firmę polecić z czystym sumieniem :-)
No bo chciałam sobie kupić trochę lepszej czesanki - hiszpanki 24mic. Coś dla dzieci na czapki i inne pierdółki, po prostu coś mniej gryzącego. No to zamówiłam w necie (nie, nie powiem gdzie) trochę czesanki naturalnej według opisów i zdjęcia, hiszpanki 24mic. I po otwarciu paczki deczko się wnerwiłam, bo czesanka może i faktycznie hiszpańska, ale na pewno nie 24mc tylko co najmniej 28mc. Wygląda bardzo podobnie do polskiej, którą hurtem kupowałam dotąd w Poltopsie (no może nieco jaśniejsza). Nie nie narzekam na jakość wełen z Poltopsu, bo od dawna na nich pracuję i sobię chwalę, ale dzięki temu że od nich kupowałam to mam porównanie i uznałam, że opisywanie trzydziestki jako cieńszej jest chyba trochę nie fair :-/
Na fali furii, polazłam więc do sklepu gdzie akurat czesanki mają, pomacałam co tam było na stanie. A mieli nieopisane skąd pochodzą, jedynie gdzieniegdzie podana grubość włókien. Jakość faktycznie jakaś sensowniejsza niż w necie, ale za to ceny ....
W każdym bądź razie upewniłam się że ta zakupiona przy 24mc nawet nie leżała.
Coś mnie tknęło w tym momencie i odpuściłam sobie wydawanie kasy na kolejne próbki z, mając jakieś dziwne przekonanie, że nie będzie lepiej w innych netowych pasmanteriach i odezwałam się do Poltopsu czy mają hiszpankę 24mic.
Mieli.
Ostatni 4 kilowy kłąb :-/ I nie wiadomo kiedy będą znowu mieli coś sensownego, bo profil produkcji, zarząd, plany produkcyjne itp, itd
Gul mi skoczył.
Zaczęłam się zastanawiać jak bardzo potrzebuję 4 kilo czesanki, ale miła pani handlowiec zaproponowała, że mi go wstępnie zarezerwuje, a tymczasem wyśle próbkę żebym wiedziała w co się pakuję i czy mi jakość odpowiada.
Gdy dostałam tę próbkę to gul mi skoczył po raz kolejny. Bo to co otrzymałam wyglądało jak najlepsze nowozelandzkie i południowoamerykańskie merynosy 21mic z który miałam przelotnie do czynienia (na macanego). Do bezpośredniego porównania (do miziania) dysponowałam tylko nowozelandzkim, ale jakoś nie wyczuwam różnicy przykładając do szyi. Naukowo zbadać mikronów i innych cech nie mam jak, więc pozostało mi przełknąc wrzeszczący zdrowy rozsądek i potwierdzić zamówienie tego ostatniego kłębu. Tak więc zostałam szczęśliwą posiadaczką, czterech kilo pięknego białego (bo to akurat czesanka bielona a nie naturalna), puchu, w dodatku w cenie wyprzedażowej. Wygląda na to że dzieci będą miały nie tylko czapki i szaliczki ale i swetry i inne utensylia. A może też dla siebie coś zrobię :-D
A dla przykładu zdjęcie:
Od lewej lecąc:
- hiszpanka 24mc z Poltospu
- hiszpańska taśma zgrzeblona 27-28mc z Poltopsu (półprodukt "sprzed" czesanki idealny do filcowania)
- hiszpanka (podobno) 24mc z jednego sklepu internetowego
- czesanka polska 28-30mc z Poltopsu
Na zbliżeniu poniżej pośrodku najlepsza czesanka a po lewej, prawej i u góry te gorsze. Podejrzana hiszpanka to ta górna.
Cały powyższy post miał być na początku wredny i absolutnie zjadliwy, ale przeczekałam największy wnerw i machnęłam ręką, bo nie chce mi się tutaj szafować oskarżeniami, bez solidnych dowodów, a tych ani nie mam szans zdobyć, ani mi się chce. Szkoda kasy i zachodu.
Radzę jednak osobom szukającym czesanek, żeby dokładnie się dopytywały i ustalały co właściwie kupują, a zwłaszcza gdy nie można pomacać i przetestować organoleptycznie. Co prawda rada ta zbyt odkrywcza nie jest, ale może powyższe zdjęcia nieco ułatwią, przynajniej z grubsza odróżnienie od siebie różnych jakości.
Zresztą po lekturze forum Craftaldies, to widzę że nie jestem pierwszą osobą, która miała tego typu przygody...
PS: wbrew pozorom Poltops nie płaci mi za reklamę ;-D Ale do tej pory bardzo dobrze mi się od nich kupowało więc mogę tą firmę polecić z czystym sumieniem :-)
czwartek, 1 marca 2012
Naalbinding
Wreszcie udało mi się opanować w miarę porządnie naalbindingowy ścieg Oslo, no to postanowiłam zrobić coś konkretnego czyli skarpety. Technicznie mam już rozpracowane jak to dociągać i jak se rozpisać żeby wyrobić pięte i iinne takie duperele, ale w połowie pierwszej ze skarpet zorientowałam się że jest to jednak straszliwie włóczkochłonna technika. I że nie starczy mi wełny z zapasów. Bo zapasy wełny "normalnej" czyli nie przędzionej ręcznie, skurczyły się ostatnio , a tej przędzionej trochę mi szkoda na próbki co do których nie jestem pewna czy w ogóle wyjdą. Tym bardziej że zarówno szydełko jak i druty można łatwo spruć i bawić się od początku, ale w przypadku techniki igłowej to ciężko mi jest sobie wyobrazić wydłubywanie tego ścieg po ściegu. W związku z tym postanowiłam odwiedzić nasz wspaniały gdyński jarmark cudów, nazywany potocznie halą targową, w celu uzupełnienia zapasów włóczki. Bo gdzieś po mózgu kołatała mi informacja, iż obecni tam górale z oscypkami i baranimi kapciami, miewają także wełnę z owiec górskich, we w miarę przystępnej cenie. Że coś dostanę to się tak naprawdę nie spodziewałam, ale liczyłam że chociaż uda mi się zamówić, bo w końcu aż tak mi się nie pali. No i spotkała mnie niespodzianka, ponieważ sympatyczny pan od kapci, miał również akurat wełnę :-D Nie jestem detalistką więc ogołociłam go prawie do szczętu kupując ponad kilogram - po połowie szarej i białej i zostawiając jakieś nędzne dwa motki na które po prostu nie starczyło mi kasy. Ale porównanie cen z nieodległą pasmanterią sprawiło, że nie żałowałam, bo za sumę owych 45zł mogłabym kupić co najwyżej 100g i troszkę w tejże pasmanterii. Wiadomo że to zupełnie inna gatunkowo włóczka (bo gryzie jak diabli i przy merynosach to nie stała), ale do rekonstrukcji nadaje się znacznie lepiej niż ta sklepowa i jakoś tak ogólnie bardziej mnie przekonuje. Białą na dodatek zamierzam pofarbować naturalnie i zobaczyć jak to wyjdzie.
Jestem bardzo zadowolona ze zdobyczy :-) choć momentami nachodzi mnie refleksja iż naprawdę jest coś ze mną nie tak, skoro zamiast latać po wyprzedażach w galeriach handlowych, to rajcuje mnie pachnąca lanoliną wełna z hali targowej ;-)
A poniżej fotka mojego łupu.
Teraz trzeba to tylko przewinąć w kłębki... ;-/ brrrrrr
PS: Cieszy mnie odzew na moją rozdawajkę! Zapraszam wszystkich niezdecydowanych :-D
Jestem bardzo zadowolona ze zdobyczy :-) choć momentami nachodzi mnie refleksja iż naprawdę jest coś ze mną nie tak, skoro zamiast latać po wyprzedażach w galeriach handlowych, to rajcuje mnie pachnąca lanoliną wełna z hali targowej ;-)
A poniżej fotka mojego łupu.
Teraz trzeba to tylko przewinąć w kłębki... ;-/ brrrrrr
PS: Cieszy mnie odzew na moją rozdawajkę! Zapraszam wszystkich niezdecydowanych :-D
czwartek, 22 września 2011
Zgrzeblenie, czesanie, gręplowanie, cezowanie, sprzetowanie, cegowanie, gracowanie...
Wszystkie słowa z tytułu odnoszą się do obróbki wełny, po zdjęciu z owcy a jeszcze przed przędzeniem :-/
Pan Jerzy Maik, autor książki pt. Sukiennictwo elbląskie w średniowieczu wymienia te a także i inne określenia na czynności związane z obróbką owczej wełny, choć przyznaje iż do dziś nie wiemy na czym te czynności właściwie polegały.
Stąd mam nie lada problem z definicjami moich eksperymentów. Weźmy na przykład pierwsze trzy określenia - zgrzeblenie, czesanie, gręplowanie. Obecnie używane są zamiennie i mieszane bezustannie, ale mnie osobiście dzwoni iż przynajmniej dwie z nich oznaczały zupełnie różne czynności. Powtarzając za Panem Maikiem, gręplowanie oznaczało obróbkę włókien za pomocą łuku lub witek (rozluźnienie włókien za ich pomocą i wybicie większych zanieczyszczeń), a za Panią Ireną Turnau w "Hand-Felting in Europe and Asia" te same czynności były określane jako zgrzeblenie. Zresztą angielskie "carding" i pochodzące z książki "określenie "carding bow" translatory wywalają mi jako polskie "zgrzeblenie" i "łuk zgrzeblarski".
Pozostaje to w związku z tym w konflikcie z potocznym dzisiejszym określaniem gręplowania jako pracy z wełną na szczotkach. Taka praca to moim zdaniem "czesanie". Czego właściwie się czepiam? Ano tego iż te dwie czynności mają taki sam cel (przygotowanie wełny do dalszej obróbki) ale efekt jest zupełnie inny. Bo wełna wyczesana, ma ładnie, równolegle ułożone pasma, dzięki czemu świetnie się przędzie i wysnuwa. Robi się z niej bardzo równe, cienkie i gładkie przędze. Natomiast wełna zgrzeblona przypomina puch. I to puch z wymieszanymi w różne strony włóknami. Przedzie się gorzej, a nici z niej wychodzą mniej równe i włochate. Do czesania nadaje się głownie wełna o długim włosie, do zgrzeblenia również taka o krótkim i mocno skręconym.
Osobiście cały czas dźwięczą mi gdzieś w mózgu opowieści mojej czy czyjejś babci o różnicach pomiędzy wełną czesankową i zgrzebną. Ta druga była zawsze opisywana jako drugi sort i wybór biedoty. Dziś już się tego chyba tak nie rozróżnia.
No bo czy mam wierzyć specjalistce od włókiennictwa, Pani Turnau, która w książce (po angielsku!) pisze iż proces wytwórczy filcu zakładał zgrzeblenie i nie ma ani słowa o dalszym czesaniu!? A my dziś przecież równo jedziemy na przemysłowych czesankach z taśmy. Czy ktoś w ogóle wyobraża sobie pracę z "puchatą wełną"? Oczywiście nie mówię tu o ludziach filcujących artystycznie, lecz o rekonstruktorach, którzy szumnie krzyczą o nieskażone cywilizacją owce ;-)
Momentami zastanawiam się po co mi właściwie to wkładanie kija w mrowisko (bo jeśli puknę temat na forum to na bank zostanę zjechana od góry do dołu że się nie znam).
Ale mam po prostu frajdę że jakiś eksperyment mi wyszedł i tyle. Więc czemu trochę nie pomącić ;-D
Fotka wykonana na naszej sztandarowej imprezie czyli Stepach Pomorskich 2011. Eksperyment trochę pokrzyżował nam wiatr rozwiewający kłaczki, ale poza tym wyszło lepiej niż się spodziewałam i na pewno będę powtarzać tą zabawę w bardziej sprzyjających warunkach.
Pan Jerzy Maik, autor książki pt. Sukiennictwo elbląskie w średniowieczu wymienia te a także i inne określenia na czynności związane z obróbką owczej wełny, choć przyznaje iż do dziś nie wiemy na czym te czynności właściwie polegały.
Stąd mam nie lada problem z definicjami moich eksperymentów. Weźmy na przykład pierwsze trzy określenia - zgrzeblenie, czesanie, gręplowanie. Obecnie używane są zamiennie i mieszane bezustannie, ale mnie osobiście dzwoni iż przynajmniej dwie z nich oznaczały zupełnie różne czynności. Powtarzając za Panem Maikiem, gręplowanie oznaczało obróbkę włókien za pomocą łuku lub witek (rozluźnienie włókien za ich pomocą i wybicie większych zanieczyszczeń), a za Panią Ireną Turnau w "Hand-Felting in Europe and Asia" te same czynności były określane jako zgrzeblenie. Zresztą angielskie "carding" i pochodzące z książki "określenie "carding bow" translatory wywalają mi jako polskie "zgrzeblenie" i "łuk zgrzeblarski".
Pozostaje to w związku z tym w konflikcie z potocznym dzisiejszym określaniem gręplowania jako pracy z wełną na szczotkach. Taka praca to moim zdaniem "czesanie". Czego właściwie się czepiam? Ano tego iż te dwie czynności mają taki sam cel (przygotowanie wełny do dalszej obróbki) ale efekt jest zupełnie inny. Bo wełna wyczesana, ma ładnie, równolegle ułożone pasma, dzięki czemu świetnie się przędzie i wysnuwa. Robi się z niej bardzo równe, cienkie i gładkie przędze. Natomiast wełna zgrzeblona przypomina puch. I to puch z wymieszanymi w różne strony włóknami. Przedzie się gorzej, a nici z niej wychodzą mniej równe i włochate. Do czesania nadaje się głownie wełna o długim włosie, do zgrzeblenia również taka o krótkim i mocno skręconym.
Osobiście cały czas dźwięczą mi gdzieś w mózgu opowieści mojej czy czyjejś babci o różnicach pomiędzy wełną czesankową i zgrzebną. Ta druga była zawsze opisywana jako drugi sort i wybór biedoty. Dziś już się tego chyba tak nie rozróżnia.
No bo czy mam wierzyć specjalistce od włókiennictwa, Pani Turnau, która w książce (po angielsku!) pisze iż proces wytwórczy filcu zakładał zgrzeblenie i nie ma ani słowa o dalszym czesaniu!? A my dziś przecież równo jedziemy na przemysłowych czesankach z taśmy. Czy ktoś w ogóle wyobraża sobie pracę z "puchatą wełną"? Oczywiście nie mówię tu o ludziach filcujących artystycznie, lecz o rekonstruktorach, którzy szumnie krzyczą o nieskażone cywilizacją owce ;-)
Momentami zastanawiam się po co mi właściwie to wkładanie kija w mrowisko (bo jeśli puknę temat na forum to na bank zostanę zjechana od góry do dołu że się nie znam).
Ale mam po prostu frajdę że jakiś eksperyment mi wyszedł i tyle. Więc czemu trochę nie pomącić ;-D
Fotka wykonana na naszej sztandarowej imprezie czyli Stepach Pomorskich 2011. Eksperyment trochę pokrzyżował nam wiatr rozwiewający kłaczki, ale poza tym wyszło lepiej niż się spodziewałam i na pewno będę powtarzać tą zabawę w bardziej sprzyjających warunkach.
środa, 22 czerwca 2011
Farbienie...
Aaaaaaaa!
Po iluś miesiącach farbienia naturalnego wełny mogę powiedzieć jedynie "wiem że nic nie wiem"!
Teoretycznie mam książkę- biblię Wery Tuszyńskiej, w której jest zawarty ogrom informacji i przepisów. Mało tego - książkę tę przeczytałam i czytam i wertuję wciąż i w kółko. A także mnóstwo internetu, for, blogów i artykułów. Ale to co próbuję robić za każdym razem mnie zaskakuje.
Przykład z dzisiaj - próba zabejcowania wełny żelazem na szaro zaoowocowała ślicznym wybarwieniem rudym. Nie mam pojęcia skąd to się wzięło - jedyne co mi przyszło do głowy to to że tak wygląda kolor rdzy. Czyli bejca mi się utleniła? Wyjąc z rozpaczy poleciałam po rozum do głowy i siatkę pokrzyw do lasu. Wrzuciłam pokrzywy, podgotowalam i wywar momentalnie zmienił kolor na bezdennie czarny. Czyli barwnik z pokrzyw połączył się z bejcą i zaczął wreszcie przyciemniać? Niestety efekt to jedynie lekko prześwitujący pomarańczą brąz. W kolorze kupy...
W ogóle jedyne brązy jakie mi wychodzą to wszelkie odcienie kupy ;-)
Przykład drugi - do tego samego wywaru co dał mi śliczną kupę, wrzuciłam kolejną porcję do farbowania. I co wyszło - SZAROZIELONY ;| I choć jest to kolor, który spodziewałam się uzyskać to i tak nie rozumiem skąd się wzięła marchewka wcześniej?!
Eksperymenty z indygo w ogóle spaliły na panewce. Całe szczęście że zrobiłam tylko pół przepisu bo i tak wszystko poszło do kibla. Znalazłam kolejny przepis który zamiast zastosowania sklarowanego moczu (nie nie doiłam dziecia tylko zastąpiłam równoważną ilością amoniaku), zaleca użycie sody kaustycznej lub jeszcze inny z dymiącym kwasem siarkowym. Chyba jeszcze spróbuję tą sodę ale to już nie w tym miesiącu bo moje ( i rodziny) nerwy zostały mocno nadwerężone przez śmierdzącą moczem kadź w kuchni ;| Ale z drugiej strony to trochę obawiam się wybuchu i wizyty spółdzielni mieszkaniowej z eksmisją za tworzenie zagrożenia chemicznego ;-D
Na razie więc indygo zawieszam...
Jedynie eksperymenty z marzanną mogę uznać za naprawdę udane. No i nieśmiertelne liście brzozy i pokrzywy. Brak indygo niestety pozbawia mnie bardzo szerokiej palety barw - np. żywych zieleni. To co jestem w stanie uzyskać z brzozy i pokrzyw to albo jasne seledyny albo różne oliwki, nie da rady zrobić czystego zielonego bo wszystkie przepisy zakładają bejcowanie w indygo i dobarwianie w żółciach.
Ostatnio po przewałach z błękitami zaczęłam na nowo analizować ikonografię (zwłaszcza XV wieczną) i zachodzę w głowę jakim cudem rugających w polu wieśniaków było stać na tak upierdliwe i drogie w produkcji kolory kadziowe jak niebieski.
O np. tutaj mamy aż dwie wieśniaczki odziane w błękity. Jest to pytanie dla kogoś interesującego się rekonstrukcją czy nie należałoby tych barw po prostu wyrugować i uznać że artystę poniosła fantazja?
Moje prywatne przemyślenia - muszę zmienić sobie spodnie :P
W ramach relaksu (i odpoczynku od wszelkich kadzi farbiarskich) zrobiłam sobie nowe kolczyki i naszyjnik. Niestety (albo stety jak kto woli) jutro wielki come back barwienia. Marzanna już się namacza ;-D
Po iluś miesiącach farbienia naturalnego wełny mogę powiedzieć jedynie "wiem że nic nie wiem"!
Teoretycznie mam książkę- biblię Wery Tuszyńskiej, w której jest zawarty ogrom informacji i przepisów. Mało tego - książkę tę przeczytałam i czytam i wertuję wciąż i w kółko. A także mnóstwo internetu, for, blogów i artykułów. Ale to co próbuję robić za każdym razem mnie zaskakuje.
Przykład z dzisiaj - próba zabejcowania wełny żelazem na szaro zaoowocowała ślicznym wybarwieniem rudym. Nie mam pojęcia skąd to się wzięło - jedyne co mi przyszło do głowy to to że tak wygląda kolor rdzy. Czyli bejca mi się utleniła? Wyjąc z rozpaczy poleciałam po rozum do głowy i siatkę pokrzyw do lasu. Wrzuciłam pokrzywy, podgotowalam i wywar momentalnie zmienił kolor na bezdennie czarny. Czyli barwnik z pokrzyw połączył się z bejcą i zaczął wreszcie przyciemniać? Niestety efekt to jedynie lekko prześwitujący pomarańczą brąz. W kolorze kupy...
W ogóle jedyne brązy jakie mi wychodzą to wszelkie odcienie kupy ;-)
Przykład drugi - do tego samego wywaru co dał mi śliczną kupę, wrzuciłam kolejną porcję do farbowania. I co wyszło - SZAROZIELONY ;| I choć jest to kolor, który spodziewałam się uzyskać to i tak nie rozumiem skąd się wzięła marchewka wcześniej?!
Eksperymenty z indygo w ogóle spaliły na panewce. Całe szczęście że zrobiłam tylko pół przepisu bo i tak wszystko poszło do kibla. Znalazłam kolejny przepis który zamiast zastosowania sklarowanego moczu (nie nie doiłam dziecia tylko zastąpiłam równoważną ilością amoniaku), zaleca użycie sody kaustycznej lub jeszcze inny z dymiącym kwasem siarkowym. Chyba jeszcze spróbuję tą sodę ale to już nie w tym miesiącu bo moje ( i rodziny) nerwy zostały mocno nadwerężone przez śmierdzącą moczem kadź w kuchni ;| Ale z drugiej strony to trochę obawiam się wybuchu i wizyty spółdzielni mieszkaniowej z eksmisją za tworzenie zagrożenia chemicznego ;-D
Na razie więc indygo zawieszam...
Jedynie eksperymenty z marzanną mogę uznać za naprawdę udane. No i nieśmiertelne liście brzozy i pokrzywy. Brak indygo niestety pozbawia mnie bardzo szerokiej palety barw - np. żywych zieleni. To co jestem w stanie uzyskać z brzozy i pokrzyw to albo jasne seledyny albo różne oliwki, nie da rady zrobić czystego zielonego bo wszystkie przepisy zakładają bejcowanie w indygo i dobarwianie w żółciach.
Ostatnio po przewałach z błękitami zaczęłam na nowo analizować ikonografię (zwłaszcza XV wieczną) i zachodzę w głowę jakim cudem rugających w polu wieśniaków było stać na tak upierdliwe i drogie w produkcji kolory kadziowe jak niebieski.
O np. tutaj mamy aż dwie wieśniaczki odziane w błękity. Jest to pytanie dla kogoś interesującego się rekonstrukcją czy nie należałoby tych barw po prostu wyrugować i uznać że artystę poniosła fantazja?
Moje prywatne przemyślenia - muszę zmienić sobie spodnie :P
W ramach relaksu (i odpoczynku od wszelkich kadzi farbiarskich) zrobiłam sobie nowe kolczyki i naszyjnik. Niestety (albo stety jak kto woli) jutro wielki come back barwienia. Marzanna już się namacza ;-D
Subskrybuj:
Posty (Atom)












