Pokazywanie postów oznaczonych etykietą końskie sprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą końskie sprawy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lipca 2013

Cedynia 2013

Powiem krótko - impreza przednia, kto nie był  niech żałuje :D
Galeria poniżej, na zdjęciach siłą rzeczy dużo koni ;)


Rosamarowa galeria Cedynia 2013



I trochę fotek dla tych co im się nie chce przeglądać dwustu zdjęć na picassie ;D














Podziękowania dla Morgiany, która została naszym etatowym fotografem :)

środa, 18 lipca 2012

Świecino 2012

Tym razem nie-rękodzielniczo :-)
Zapraszam na inscenizację Bitwy pod Świecinem. Tym razem okrągła rocznica 550 lat!
Będziemy tam z końmi, najprawdopodobniej od piątku. Stacjonować będziemy w obozie Pocztu przy padokach, dokąd serdecznie zapraszamy na pogawędki, wszystkich zainteresowanych końmi i przyległościami :-)
Co i jak dokładnie widać na plakacie, który pozwoliłam sobie podebrać z oficjalnej strony bitwy, wyłącznie w zbożnych celach promocyjno-informacyjnych ;-)

niedziela, 6 maja 2012

Majówka p.2

Zrobiło się zimno i mokro.
I to po upale pod 28 stopni :-/ Nic tylko się rozchorować.
Ale może i dobrze bo ostatnie dwa dni upłynęły pod znakiem "akcji ogrodzenia". W jej wyniku ponaprawialiśmy i uruchomiliśmy ponad cztery hektary pastwisk pod pastuchem elektrycznym. Rychło w czas, bo sąsiad właśnie sadzi kartofle na przyległym polu.
Od tego łażenia, padam na pysk i w dodatku boli mnie noga w miejscu dawnej kontuzji. Całe szczęście, że najgorsza robota już za nami.


czwartek, 3 maja 2012

Majówka p.1

Jak większość znajomych i ja miałam ambitne plany majówkowe. No bo na stepach pomorskich, straszna kupa roboty: połatać ogrodzenia po zimie, skopać ogródek, zrobić remanent w sprzęcie reko i końskim, przyciąć wierzby, posprzątać stajnię z siodlarnią, zrobić kilka intensywniejszych treningów i tak dalej i tak dalej. Zamierzałam więc ambitnie siedzieć na wiosce ile wlezie :-/
I jak zwykle plany trafił szlag. Bowiem pierwsze trzy dni pięknej pogody zasponsorowały nam rotawirusy :-((( Kto ma dzieci ten wie co to znaczy, ten co nie ma, niech się cieszy :-/
W każdym bądź razie wyruszyłam na stepy z trzydniowym opóźnieniem. W  dodatku nie do końca udało się wyleczyć trolle, ale stwierdziłam, że jeszcze dzień i oszaleję, a sraczki mogę już wykańczać na miejscu bo właściwie co za różnica.
Oczywiście robota w polu, większość nie ruszona, ale przynajmniej nie kisimy się w bloku w te upały.
W pierwszy dzień udało mi się nawet przejechać na spacer z chłopakami. A potem mieliśmy wielką radość przeprawiając dwie świnie wietnamskie ze stajni (w której zimują) do ich letniej rezydencji ;-) w sadzie. Nauganialiśmy się nieźle, zwłaszcza za Oscarkiem, który zamierzał uciec w kartofle sąsiada (tej adrenaliny nie zrozumie nikt kto nie widział na żywo jego blisko dziesięciocentymetrowych kłów), ale w końcu daliśmy radę zapędzić upartą nierogaciznę do zagrodzenia. Teraz wyglądają na zadowolone, choć nadal są chude po zimie i lekko sparszywiałe ;-) Myślę że tydzień, czy dwa na powietrzu sprawi że nabiorą znowu masy. Bernardynka Doxa, też się ucieszyła z towarzystwa i już koedukacyjnie żebrzą o żarcie przy płocie :-D
Miłośnikom zwierząt wyjaśniam - świnia Laura wygląda w tym momencie jak zagłodzona wrona, raczej z powodu wieku i braku ruchu przez zimę, niż z głodu, bo moja mama karmi je bardzo dobrze. Laura ma niestety już 13 lat i zaczyna to być widoczne. Mam nadzieję że teraz trochę się odpasie na świeżej trawie i chrabąszczach majowych pomiędzy karmieniami ;-D
Laura, Doxa i Trollik
Kolejne dni minęły mi też pod znakiem pierdyliona pasków, mydła glicerynowego i smaru do siodeł (no i oczywiście kontynuacją walki ze sraczkami ale to już inna bajka ;-) ). Bo okazało się iż na sporej ilości sprzętu wyrosło coś w rodzaju mchu. Na szczęście tydzień wcześniej przewidziałam potrzebę wyczyszczenia tego szajsu i zamówiłam porządne środki do konserwacji skóry. Tak więc jestem w trakcie dłubania i końca nie widać.
Suszy się

Wietrzy się
Dla niezorientowanych to procedura czyszczenia końskich akcesoriów zaczyna się od rozłożenia na części pierwsze (tysiąc elementów, stwardniałe paski, zardzewiałe sprzączki i bolące od szarpania się z nimi palce :-/ ), potem mycia w wodzie z mydłem, następnie suszenia, by na sam koniec nasmarować specjalnym tłuszczem. No i na koniec trzeba to wszystko jeszcze poskładać z powrotem. O praniu tekstyliów nie wspominam bo to już betka - wyciągamy szlauch, starą franię i jedziemy :-D
Dodatkowo rodzice wyrazili nadzieję, iż zamierzam wreszcie posprzątać kanciapę, gdyż śmieciarze przybywają jutro i dobrze by było żeby to od razu wywieźli. No więc posprzątałam i to, bo następny kurs śmieciary za miesiąc i nie miałam ochoty kisić tego aż tak długo. Wywiozłam dwie taczki - no comments, naprawdę nie mam pojęcia skąd się biorą takie góry śmieci.
W każdym bądź razie mam wrażenie że za chwilę odpadną mi ręce.
A przed nami jeszcze absolutnie nieprzesuwalna akcja pt. naprawa ogrodzeń  8-| No bo dobrze by było już kopytne wygonić na pastwiska, gdyż bez tego zwieją w sławne kartofle sąsiada czyli w SZKODĘ. A sąsiad będzie mi to wypominał kolejne dziesięć lat... A ja wtedy będę miała dwie opcje: zastrzelić siebie albo zamordować sąsiada ;-| Skłaniam się więc ku temu, by owej niezbyt pociągającej sytuacji uniknąć za wszelką cenę.
Idę więc zregenerować siły przed dniem jutrzejszym - zobaczymy co uda się zrobić i pewnie dam upust swojej frustracji w kolejnej notce.
Miłego majowania!

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Nowe projekty

Ostatnio nic nie pisałam.
Co nie oznacza że nic nie robiłam.

I nawet nie wiem kiedy właściwie minął ten miesiąc od ostatniej notki. A że dziś mam chwilkę to postanowiłam choć minimalnie nadrobić zaległości i skrobnąc co nieco. Tym bardziej że sezon tuż tuż a ja nadal w polu.
No więc naalbinding na razie walnęłam w kąt po zrobieniu kolejnej pary skarpet. Zabiorę się a to ponownie jak znajdę kogoś kto mi pokaże na żywo co i jak.  Dla odtrucia za to, zabrałam się radośnie za biżuterię - nic specjalnego, po prostu trochę koralikowych bzdetów, ale raz na jakiś czas  sprawia mi przyjemność poszaleć z kombinerkami.
To co mi zostało z tego szaleństwa jest na fotkach - resztę rozdałam po rodzinie :-D Z noszeniem biżuterii jest ostatnio gorzej niż z robieniem, gdyż małe rączki chętnie sprawdzają czy moje ucho jest na stałe przyczepione do głowy, czy też może da radę je odczepić wraz z kolczykiem. Z utęsknieniem czekam na czasy, gdy nikt nie będzie próbował mi moich błyskotek urwać, zniszczyć, zjeść lub sprawdzić grawitację zrzucając z balkonu ;-)


Poza tym miałam jakiś czas temu chandrę co objawiło się próbą poprawienia sobie humoru zakupami. Zamówiłam więc trochę drobiazgów do rękodzieła, które strasznie mi się podoba (ale nie próbowałam wcześniej właśnie z braku surowców), czyli  o sutaszową biżuterię. Sutasz jest strasznie kiczowaty (choć wolę określenie barokowy ;-) ), ale nie przeszkadza mi to podziwiać jak kunsztownie wykonane są niektóre drobiazgi. Osobiście plułam sobie w brodę, gdy jedna dalsza ciotka pozbywając się nagromadzonych przez lata utensyliów do szycia (stałam się wtedy bogatsza o mnóstwo koronek i nici jedwabne), zapytała czy nie chcę przypadkiem także sznurków do sutaszu. Nie miałam pojęcia co to właściwie jest i dopiero parę dni później sprawdziłam w internecie, a jak już zdążyłam szczękę pozbierać z podłogi, to było za późno by zmienić zdanie. Żałuję do dziś i solennie obiecuję sobie następnym razem brać wszystko co dają i potem dopiero zastanawiać się co dalej ;-)
Tymczasem zakupiłam trochę sznurków i zrobiłam dwa drobiazgi. Wyszły oczywiście krzywo i niezbyt profesjonalnie, ale myślę że za jakiś czas dojdę do wprawy i opanuję te ślizgające się i rozpełzające we wszystkie strony tasiemki.

Miałam więc już w planach kolejne projekty i koncepcje biżuteryjne, ale jak to zwykle bywa, rzeczywistość zweryfikowała moje plany.

Jeszcze na początku zeszłego tygodnia byłam przekonana że z robótek rekonstrukcyjnych potrzebne mi są wyłącznie drobiazgi typu pary skarpet czy jakichś lnianych ręczniczków na Grunwald. No bo planowaliśmy pojechać tam jako na jedyny właściwie wyjazd w tym sezonie i popiknikować sobie radośnie z dzieciakami, podotleniać się i pospotykać ze znajomymi. Ale w międzyczasie wyszło iż jesteśmy jednak zaproszeni na Świecino (nie mam pojęcia dlaczego). I to jako grupa konna. O inscenizacji bitwy pod Świecinem można sobie więcej poczytać w powyższym linku. Ja dodam tylko iż bitwa odbyła się A.D.1462 i inscenizacja jest dosyć ściśle wydatowana na tenże okres. W ogóle mój stosunek do tej inscenizacji jest mocno ambiwalentny z różnych powodów. Otóż w zeszłym roku również zostaliśmy zaproszeni do uczesnictwa i zrobienia pokazu konnego, co było w sumie naszym debiutem na tak sporej imprezie, lecz propozycja ta wyskoczyła znienacka i nie było szans by się do niej przygotować na poważnie sprzętowo i ubraniowo. W związku z tym wyglądaliśmy dosyć eklektycznie co widać na zdjęciu.
Do zeszłego roku nie spieszyło mi się na tą imprezę, ponieważ zdawałam sobie sprawę z dosyć restrykcyjnego podejścia organizatorów do datowania różnych pierdół i generalnie nie chciałam się wpychać na siłę, tym bardziej że "późna piętnastka" mi nie leży i raczej nie będzie moim priorytetowym okresem. W zeszłym roku skapitulowałam bo stwierdziliśmy że raz kozie śmierć i potraktujemy to jako okazję do sprawdzenia koni"w ogniu bitwy" ;-) ,ale w tym sezonie byłam skłonna sobie odpuścić. Zostałam jednak skłoniona do ponownej kapitulacji argumentem: "no przecież to jedyna okazja żeby się pokazać i pojeździć sobie na bitwie, no i Fiolce to sprawi frajdę" (Fiolka to dla niezorientowanych moja najukochańsza kobyłka, która urodziła się parę wieków za późno by zostać koniem bojowym i nic jej nie sprawia takiej radości jak tratowanie piechoty ;-D )
Prostą implikacją wynikającą z mojej kapitulacji, jest konieczność przygotowania się do tej inscenizacji. I to przygotowania w miarę spójnego a jednocześnie uniwersalnego, by można to wykorzystać nie tylko na tą jedną okazję. Zdecydowałam więc by w miarę tanim kosztem, odtworzyć tekstylnego jeźdźca, dodatkowo jeśli mnie nie pogonią to z atrapą kuszy. Dokładniejsze przygotowania pewnie opiszę w kolejnych postach, gdyż wstępnie zdążyłam wdrożyć już "Projekt Świecino " (to znaczy zamówiłam materiały i załamałam ręce nad stanem sprzętu po zimie), a w tym momencie dodam tylko że czeka mnie szycie co najmniej dwóch lekkich przeszywanic, kapturów pikowanych, wappenrocków i nogawic a także naprawa butów jeździeckich. Prawdopodobnie trzeba będzie do tego dorzucić jakąś bieliznę i różne końskie duperele. Zaznaczam od razu iż odpadają wszelkie elementy uzbrojenia typu hełmy, blachy itp. - po prostu mnie na to nie stać i nie zamierzam się tym zajmować nawet teoretycznie, dopóki nie będę absolutnie pewna że chcę poważniej zająć się odtwarzaniem tego okresu. Nastąpi to najprawdopodobniej na Święty Nigdy, ale nie zamykam tej opcji, gdyż ponoć cuda się zdarzają ;-)


Plusem tego całego zamieszania, jest konieczność wznowienia treningów (nic tak nie motywuje jak ustalony długofalowy cel) i to że mój skrzypiący po ciąży kręgosłup, został postawiony na przysłowiowe nogi piątkową przejażdżką. W sobotę pogoda złośliwie przeszkodziła mi w dalszym samomaltretowaniu i ponieważ lało cały dzień, to jedyną formą wyżycia się było samotne tete a tete z taczką, widłami i kupą gnoju w stajni. Dla poprawienia sobie humoru skopałam też pryzmę i uratowałam wciągniętego przez jakiegoś gnojowego potwora ;-) kalosza.
A teraz siedzę, gapię się w sufit i zastanawiam nad ogromem czekającej mnie pracy, a w tle pralka próbuje z łomotem sprzączek, doprać czapraki i popręgi po zimie.
I jak zwykle mam poczucie że się porywam z motyką na słońce...

A na zakończenie tej przydługiej wyżalni wstawiam fotkę z cyklu "Mały Mongoł" ;-D
A moja mama zaczęła coś przebąkiwać o konieczności kupienia kucyka dla dzieci...