Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barwienie naturalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barwienie naturalne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2015

Sukces! Wyszło mi barwienie urzetem (Isatis tinctoria)

Od wiosny trzęsłam się i plątałam nad sporą ilością najpierw nasionek, potem siewek i w końcu sadzonek urzetu barwierskiego. Z jednej strony wielkie nadzieje, z drugiej poczucie że raczej nie wyjdzie, bo jakoś temat barwienia tą rośliną jest u nas trudny.
A dla niezorientowanych jest to podstawowa roślina w naszym klimacie by otrzymać jakieś sensowne niebieskie odcienie. I w dodatku kompletnie wytępiona, moi rodzice aż kręcili głowami jak im w ogródku zasadziłam chwasty i się nad nimi  trzęsłam ;)
No ale bylam zadowolona, że w ogóle udało mi się nasionka wykiełkować i potem pikowane wyrosły już w dorosłe rośliny.
Siewki urzetu tuż przed pikowaniem na wiosnę


czwartek, 17 października 2013

Jesień, Jesień...

I jak zwykle Złota Polska Jesień gwałtownie przedzierzga się w standardową polską jesień :/
Taką szarą i męczącą...

A w garze ostatki farbowanek - próbowałam choć złapać ten piękny zestaw kolorów.
I nawet mi się udało, choć na zdjęciach w ogóle tego nie widać.
Nie umiem zrobić zdjęć, nie umiem ich wykadrować, nie umiem pobawić się ustawieniami kolorów, nie umiem....
Już czuję jak wielkimi krokami zbliża się jesienna deprecha :(
A z włóczki chyba zrobię duży dywanik na pamiątkę tej ładnej i miłej jesieni...



poniedziałek, 7 października 2013

Farbowanie (I)ronią - ciąg dalszy ;)

"...W przeciwieństwie do krasnoluda Modo sierżant Colon znał znaczenie słowa \"ironia\". Uważał, że to owoc podobny do aronii..." Terry Prathett, Kosiarz
 

Do kompletu brakuje jedynie fioleciku, który powędrował w siną dal, zanim wpadłam na pomysł zbiorczego zdjęcia :) 
Podobne efekty można uzyskać z czarnych jagód i czarnego bzu. Czarnych jagód było w tym roku mało i drogie, a i czarny bez u nas obrodził bardzo średnio. Za to "ironii" pełno, do tego tania bo własna, stąd mój wybór :) Efekt widać na zdjęciu powyżej :)

A na krosnach kolejne "dywany" 




Tym razem z przeznaczeniem na wypaśny ciuch.
Ciekawa jestem jak się będą prezentować już skrojone i uszyte :D


wtorek, 24 września 2013

Stepy Pomorskie - after party

I po Stepach...
Impreza dla nas kończąca sezon letni właśnie się skończyła.
Teraz co prawda dla Wayfarersów idą wielkimi krokami, Jesień i Zima, czyli czas Wypraw, ale ja po prawdzie nigdzie się jeszcze w tym sezonie zimowym, nie wybieram więc FIN.
Ale długie wieczory bardzo sprzyjają wszelkim robótkom ręcznym, więc nie zamierzam zapadać w sen zimowy - krosna i kołowrotek czekają, zamówiłam nowe wełenki, będzie się działo!

A tymczasem parę fotek ze Stepów Pomorskich 2013

Tutaj wrzucam głównie zdjęcia warsztatowe, zainteresowanych bardziej odsyłam do galerii:

Morgiany
i
Krzysztofa Rynka Rynkiewicza

Tropicieli mroku informuję, że pewnie coś znajdą i to sporo. Ale proszę o nieuzewnętrznianie się - impreza jest z założenia dosyć luźna, przyjeżdżają na nią ludzie którzy chcą się zrelaksować i nauczyć czegoś nowego. A ja nie zamierzam psuć sobie zabawy pierdołami, a na brak zaangażowania i entuzjazmu u uczestników, nie mogłam narzekać :D
Zrobiliśmy w sumie sporo, były i koniki (w wersji okrojonej- spacerowej), radosne nicnierobienie, plecenie sznurków, gotowanie, śpiewy (dzięki Rynki, Asia i Nulek), malowanie temperami jajecznymi, barwienie naturalne, przędzenie i niekwestionowany król wszystkiego czyli warsztat tkacki :) Osnuwałyśmy trzykrotnie, to znaczy ja pokazywałam i potem dziewczyny dalej same dzielnie walczyły i każda utkała sobie kawałek tkaninki. Taki akurat na torbę lub poduszkę. A ponieważ wszystkie zdecydowały się od razu na diamencik, to będą bardzo ładne torby i poduszeczki :)
Wrzecionkami i kołowrotkami też trochę kręciłyśmy, ale generalnie Viktoria przyćmiła wszystko, była to chyba jedna z niewielu imprez na których można było się pobawić na poważnie krosnami poziomymi. I mam nadzieję że bakcyl został przekazany dalej :D





Aronia w żelaznym garnku

 
Foto: Krzysztof Rynek Rynkiewicz

Diament był niekwestionowanym hitem imprezy ;)
 Foto: Krzysztof Rynek Rynkiewicz

Foto: Krzysztof Rynek Rynkiewicz

Brzoza jesienna na tkaninie, nawet dużych plam nie było. Tylko to miała być zieleń a nie kolejny odcień kupy...
 Foto: Krzysztof Rynek Rynkiewicz

Zupa z brzozy

Musicie mi uwierzyć na słowo, że to JEST OLIWKOWY.



Panorama nicnierobienia


Mam dziwne wrażenie, że herb na tej tarczy przejdzie do legendy...

I dumne malarki



Fajnie wyszło, jeszcze tak ludnej imprezy nie mieliśmy :D
Był nawet kram z tkaninami bo zawitali do nas Bartosze ze Swarańcza i można było sobie zrobić zakupy. Ja stałam się bogatsza o mnóóóóstwo przędz - będzie co robić :D
A teraz zabieram się za przerabianie tej OLIWKOWEJ przędzy na tkaninę :D

PS: zdjęcia są wymieszane, część ukradłam Morgianie, częśc Rynkowi i mam nadzieję że mnie nie ubiją  ;) Jak co to pododaję copyrighta, ale teraz już mi się nie chce tego wklepywać ;|


wtorek, 3 września 2013

Idzie zima...

A z nią kompletny brak wszelkiego farbiarskiego zielska.
No więc w tym roku poszłam po rozum do głowy i po zielsko na pole ;)
Skrzynka wrotyczu już ususzona, suszą się liście brzozy i aronia małymi partiami.
Aronię dodatkowo zrobiłam też na świeżo - baniak wina, a to co nie weszło to do gara i barwimy :D Aronia jest podobno zamiennikiem czarnych jagód (hamerykańskim ale zbraku laku i kit dobry). Jagód w tym roku, jak na lekarstwo i drogie, a poza tym aż żal pośladki ściska marnować je do barwienia wełny. Natomiast aronii mam w tym roku nadpodaż (matula aż płacze że się pomarnuje) więc z czystym sumieniem trochę zużyłam na eksperyment barwierski
Wyszło tak:
W rzeczywistości kolor wyszedł bardziej atramentowy niż fioletowy, ale to już ogólny problem z odwzorowywaniem barw na monitorach. Pośrodku jako baza kawałek standardowego niebieskiego jeansu, ale też mi go przekłamało. Próbowałam jakoś przerobić w programie graficznym, ale nie wyszło, więc wrzucam jak leci.

Wełna to 200g dosyć białej (nie kremowej) owcy Skudde (ta uprzędziona) i jako druga kąpiel - taśma zgrzeblona z Poltopsu. Z wywaru spokojnie bym jeszcze wyciągnęła co najmniej jedną kąpiel, ale nie chciało mi się i nie potrzebowałam wypłowiałych szarawych, które jak mi mówi doświadczenie, wychodzą z takich ostatków.
Aronii było  około 1kg, podgrzewałam dosyć długo, starając się nie dopuścić do wrzenia, bo te barwniki bardzo łatwo psują się gdy temperatura będzie zbyt wysoka. Aronię starannie rozgniatałam, a gdy już uznałam że wystarczy, wyłowiłam ją sitkiem. Do wywaru wsypałam łyżeczkę sody oczyszczonej  (dla uzyskania zasadowego roztworu) i łyżeczkę ałunu.
Teraz krótka dygresja  o barwieniu i utrwalaniu - ph roztworu ma spory wpływ na barwę jaką osiągniemy. Z barwników antocyjanowych przy kwasowym ph wyjdą kolory bardziej bordowo-czerwonawe. W zasadowym bardziej niebieskie i szarawe. Więc przy barwieniu wełny (która lubi kwas) w roztworze zasadowym dobrze jest ją przygotować. Ja robię to mocząc ją przez godzinkę w letniej wodzie z mydłem lub płynem do naczyń. Chodzi o to by otworzyć łuski włosa, by barwnik miał gdzie wniknąć. I teraz kolejny problem - nie należy kąpieli zasadowej utrwalać octem bo zepsujemy sobie kolor. Najlepiej po prostu cierpliwie poczekać aż wełna ostygnie, lub nawet wyschnie bez płukania, łuski się zamkną samoistnie i będzie ją można spokojnie wyprać w zimnej wodzie. Dlatego cierpliwość zalecana ;) Koniec dygresji ;P
W przyszłym tygodniu znowu zerwę trochę aronii i zrobię dla porównania kąpiel kwasową. Sama jestem ciekawa jak wyjdzie.
A oprócz aronii w tym momencie jest jeszcze sezon na czarny bez - też podobne właściwości więc polecam poeksperymentować :)

Poniżej jeszcze zaległe utkańce - chyba nie miały jeszcze okazji się tu prezentować

Kram na Oblężeniu Słupska - jedyne sensowne zdjęcie zielono-białego utkańca jakie znalazłam.

Zielono-biały utkaniec - wrotycz i naturalnie biała wełna góralska, splot diament w różnych konfiguracjach
Zielono biały utkaniec przeznaczony jest na torby :) Powinny wyjść dwie, tylko muszę jeszcze utkać paski. Podoba mi się efekt zmian kolorów w kratkę :)

Szal Burzowe Niebo

A powyższy szalik, chyba też nie był prezentowany.
Zrobiony jest na bawełnianej osnowie, splotem 2/1, z jakiejś mieszanki wełny z plastikiem, którą za bezcen (jeszcze z metkami) kupiłam w lumpeksie. Ale wyszedł piękny, ma ładne przejścia kolorystyczne, i znalazł już swój nowy dom u Klaryssy
Mam nadzieję że będzie się dobrze nosił :D

A za oknem zimno i wieje, jesień przyszła w jedną noc. Już nawet liście lecą z drzew.
I już tradycyjnie nic  mi się nie chce.
Zmuszam się do jakichś bardziej konstruktywnych działań, bo siedzenie i gapienie się w monitor to nic dobrego. Nawet serowarnię uruchomiłam i przetestowałam nowe przepisy :) Ale i tak mam jakieś dziwne poczucie, że siedzę i nic nie robię.
To chociaż pójdę zrobić obiad ;)

czwartek, 27 grudnia 2012

Jeszcze o kolorach...

Parę rzeczy się złożyło na to, że wyciągnęłam moje garnki i odczynniki i zabrałam się za barwienie marzanną. Jednym z powodów był projekt abażuru do lampy, który planuję z tej wełny zrobić (o tym napiszę więcej jak już powstanie i będzie się czym pochwalić), a drugi to przywiezienie dwóch baniaczków wody, z filtra odwróconej osmozy, które napełniłam u mojej babci. Potrzebna mi była ta woda głównie do eksperymentu z koszenilą - wcześniej w tym poście opisywałam różnicę jaka była między wełnami farbowanymi w kranówce i wodzie demineralizowanej. Na wodę demineralizowaną można pójść z torbami  - okazuje się jednak w dużym skrócie, że woda z filtra daje radę, a babcia posiadająca ów filtr jest na wagę złota ;-D
Wynik farbowania koszenilą był zadowalający, ale że został mi jeszcze drugi pełny baniak, to postanowiłam spróbować także z marzanną.
Kłopot jest taki, że we wszystkich książkach i receprturach, czerwień z marzanny jest opisywana jednym słowem - "makowa". W moim przypadku oznacza to zwykle oczojebny pomarańcz, lub jego coraz jaśniejsze wersje aż do łososiowego. I ciężko klientom zamawiającym jakieś fanty wyjaśnić, że to co oni rozumieją mówiąc "czerwony" , nie jest tym co ja jestem w stanie osiągnąć a pomocą barwienia naturalnego. A jestem w stanie zaproponować albo żarówiastą "amarantową" czerwień z koszenili, albo właśnie "makowy"  marzanny. Absolutnie czystej czerwieni nie udało mi się uzyskać, a najbardziej zbliżony odcień powstał z połączenia marzanny i koszenili, czyli podwójnego farbowania :-/
Postanowiłam więc zastosować standadowy przepis, tym razem z użyciem  wody filtrowanej, z myślą że może zmieni to, otrzymywane efekty tak jak w przypadku koszenili.Niestety niewiele pomogło -  efekt widać na zdjęciu i niestety ciągle pomarańczowo.
Dodam tylko, że jednoczesnie wrzucałam do kolejnych kąpieli (poza drugą turą gdzie mi się zapomniało), dwa rodzaje czesanek - moją standardową polską 28mc i bieloną hiszpańską 24mc. Bielona wyszła jakby nieco czerwieńsza, a mniej pomarańczowa, ale efekt, choć widoczny to ciągle nie to.
Zrobiłam pięć kąpieli -  jest to rewelacyjny sposób, na stworzenie sobie palety barw, z jednego koloru, które całkowicie do siebie pasują i  współgrają.
Oznaczyłam kolejne kąpiele numerkami, a literkami: P - polską a H hiszpańską czesankę.
Paleta z marzanny barwierskiej 
Za każdym razem zadziwia mnie wydajność tego barwnika - zrobiłam 5 kolejnych kąpieli i całkowita waga wełny wyniosła około 150g. Wyszłaby mi jeszce jedna kąpiel, ale już bardzo jaśniutka. Ilość suszonej marzanny w garze to 15g.
Przepis jest prosty - ważę  marzannę i pakuje do skarpety antygwałty, żeby się nie przylepiały te drobiny, bo potem strasznie ciężko to wytrzepać  z czesanki. Zalewam  zimną wodą i zostawiam na około godzinę (można na dłużej, ale osobiście nie widzę żadnych różnic). Następnie wstawiam na gaz i jakiś czas pozwalam się pogotować, ale raczej nie przekraczam temperatury wrzenia tylko tak na 80 stopni. Jak już uznam na oko, będzie dobrze to dorzucam ałun, kamień winny i ocet (też na oko) a następnie wełnę. Czasem jeśli mam cierpliwość to czekam aż wywar wystygnie, czasem wrzucam od razu - trzeba tylko pamiętać by w przypadku wkładania do gorącego, wełna była już wypłukana w mocno ciepłej wodzie, żeby nie robić zbytnich różnic temperatur, bo się sfilcuje. Gdy wywar z wełną się już pogotuje w tych 80 stopniach i uznam, że osiągnęła apogeum koloru, to wyłączam,  pozwalam ostygnąć i dopiero wtedy wyjmuję odciskam i płuczę w wodzie z octem. Do wywaru wrzucam kolejną partię wełny i na abarot gotujemy dalej. Kolejne gotowania można robić tak długo jak efekt nas zadowala.
Dodam tylko, że próbowałam już różnych opcji by uzyskać czerwień - tworzyłam środowisko alkaliczne, dosypywałam otręby, wrzucałam wełnę suchą, mokrą, bejcowaną i niebejcowaną. I choćbym nie wiem co robiła, zawsze wychodzi pomarańczowy.
Tak więc nie komplikuję już sobie życia i robię po najmniejszej linii oporu, skoro i tak wyjdzie jak zawsze ;-)

Następny w kolejce czeka suszony wrotycz i paleta zieleni jaką można z iego uzyskać. Ciekawa jestem jak sprawdzi się susz, bo dotąd wypróbowałam jedynie świeży chwast.
Ale to już po Nowym Roku.

Aaaa no i na koniec pochwalę się, że wreszcie "hamerykę" odkryłam i po obejrzeniu tysiąca tutoriali, załapałam wreszcie o co chodzi w skręcaniu typu navajo :-D Pierwsza wełna się suszy - wygląda koszmarnie, bo nie potrafię jeszcze opanować płynnego przekładania i dociągania, a i mój Gwidon nie ułatwia mi pracy (pracuje szarpnięciami i nie można go porządnie wyregulować). Ale o co chodzi już wiem i dalej będzie z górki ;-)

wtorek, 23 października 2012

Farbowanki


Wszyscy wrzucają jakieś ładne fotki farbowanek to i ja wrzucę :-) 
To ostatnie kłębki wełny barwionej kolejno w: 
- koszenili (jasno liliowa) 
- orzechach włoskich (brąz - jupii wreszcie coś co nie jest kolorem kupy ;-) )
- marzannie (makowo-czerwony - nie mam pojęcia dlaczego nie wychodzi mi z marzanny taka porządna prawdziwa czerwień, o której słyszałam że powinna...) 

Poza tym trochę robię tego, trochę tamtego.
Ulepiłam dwa nowe naczynia z gliny i wreszcie wyczesałam szarą wrzosówkę. Przesortowałam i wyprałam także czarną wrzosówkę - teraz po wysuszeniu czeka mnie czesanie ;-|
Dobrym pomysłem okazało się wyjęcie co drugiego gwoździa z czesaka - jednak były za gęsto i teraz jest lepiej.

A Jesienne Wyzwanie Prząśniczki wyszło mi jak zwykle na abarot ;-) Specjalnie uprzędłam prawie 200g "autystycznego" singla i pofarbowałam metodą "entropii totalnej" ;-)
Wyszło tak:
Niestety po wrzuceniu na druty i zrobieniu kawałka przestał mi się ten plan podobać.
Jakoś to po prostu nie wyglądało jak należy:

Stwierdziłam też, że przecież właściwie nie lubię takich grubych szalisk, na swojej szyi, preferuję cienkie jedwabne lub ażurowe. No więc postanowiłam twórczo podejść do sprawy i pomyślałam że nie będę robić czegoś, czego i tak nie będę nosić, więc zrobiłam tadaaam - getry.
To przecież prawie że otulacze - co za różnica, że na nogi a nie na szyję ;-D
Zdjęcię nie wrzucam bo się wstydzę. To była moja pierwsza praca na drutach i w dodatku robiłam je jak skarpety, na pięciu drutach, więc wyszły brzydkie i krzywe. Ale są cieplutkie i używam je jak mi się zrobi zimno w stopy :-)

A na kołowrotku ostatnio kolejna partia wełenki - tym razem zamierzam ufarbować w kampeszu a jeszcze kolejną w liściach brzozy, których trochę mam ususzonych :)
I powoli przymierzam się żeby sobie zamówić na próbę jakieś fajne wełenki typu BFL czy alpaki. Chyba dojrzałam żeby spróbować czegoś nowego :-D



środa, 19 września 2012

Takie różne...

Stepy i po Stepach :-)
Miałam napisać posta wprowadzającego, a potem relację, ale najpierw nie miałam czasu, a teraz mi się nie chce. No bo w sumie kogo to interesowało ten był.
Warsztatowo impreza bardzo udana.
Konie się napracowały, wikingersi twardo wypalali redukcyjnie ceramikę ;-) w dole ziemnym, a mnie wyszło barwienie indygiem :-D
No bo najpierw gul mi skoczył że Plastusi wyszło a mnie nie i to już z od ponad roku się biedziłam. No atym razem zgodzę się skwapliwie, iż nie należy prób przeprowadzać w zamkniętych pomieszczeniach. Działa tam chyba jakieś złe feng-shui bo nie wychodzi, a w dodatku grozi wybuchem i eksmisją z mieszkania ;-) Co prawda powiadają że od smrodu jeszcze nikt nie umarł, ale ja po farbowaniu indygo już w te ludowe "mondrości" ;-) nie wierzę.



Niesamowity widok gdy z żarówiasto zielonego wywaru, wyciąga się coś co w miarę spływania wody, gwałtownie robi się niebieskie :-D
Wprawdzie końcówkę spierniczyłam koncertowo - chyba za długo trzymałam w roztworze lub za mocno się podgrzało w ognisku i wywar nagle zmienił barwę na ciemnoszarą. Tak samo zrobiły zresztą wrzucone do niego wełny i to co chwilę przedtem miało śliczny turkusowy kolorek, nagle stało się myszato szare. Nie załamałam się jednak - najważniejsze że cokolwiek wyszło i kolejnym razem będę wiedziała że trzeba lepiej pilnować. A oprócz tego zamierzam wykorzystać kuchenkę gazową zamiast ogniska, bo łatwiej będzie zapanować nad temperaturą.
A tak wygląda efekt końcowy. Kusi mnie żeby wrzucić to jeszcze raz do indygo i sprawdzić co wyjdzie. No ale to nieprędko, gdyż zimno nie sprzyja eksperymentowaniu na dworze :-/

A tutaj niewielka galeria zdjęć z imprezy Stepy Pomorskie 2012
Niewiele bo po prostu nie miałam czau latać z aparatem.

Jako ciekawostkę wrzucam zdjęcie malutkiego gościa, a było ich właściwie dwóch. Jeden niestety chyba stracił ogonek, zaznaczam że nie przeze mnie. Był wczesny chłodny ranek i dlatego udało mi się pstryknąć ładne zdjęcia zanim wypuściłam ich bezpiecznie w krzaki :-)


czwartek, 19 lipca 2012

Koszenila - wyniki eksperymentów

No to mam parę przemyśleń odnośnie barwienia koszenilą.
z lewej - koszenila barwiona w zwykłej wodzie
z prawej - w wodzie demineralizowanej
Dla wszystkich niedowiarków - tak to co na zdjęciu to jak najbardziej barwa naturalna ;-|
I tak mnie też zęby rozbolały od patrzenia (w realu jest jeszcze intensywniejsza niż mi wyszło na zdjęciu:-/ )

A odnośnie uzyskania tego cuda...
Po pierwsze - musi być wybitnie miękka woda, deszczówka, destylowana lub demineralizowana, bo inaczej kolory wychodzą blade jak ten po lewej na pierwszym zdjęciu. Na zwykłej zaprawie ałunowej i wodzie demineralizowanej z marketu wyszedł mi wsciekły i żarówiasty amarant, a na kranówie (identyczne ilości barwnika i wełny), wychodzi wyblakłe i nie łapie koloru. Pani Tuszyńska pisze że barwnik jest wrażliwy na żelazo i  faktycznie ma rację, choć nie spodziewałam się że mam aż tak zażelazioną kranówkę (nasza woda jest raczej dobra i miękka, farbuję na niej i piję prosto z kranu od lat, a jednak przy koszenili nie dała rady).

Po drugie - należy namoczyć trochę wczesniej. To znaczy procedura jest taka że mielimy robale, zalewamy wodą i odstawiamy na parę godzin. Barwnik robi się wtedy wydajniejszy i lepiej łapie.

Po trzecie - to bardzo wydajny barwnik. Wściekły amarant to około 120g czesanki, które zostało pofarbowane w 5 litrach wody demineralizowanej, 5g koszenili i po łyżeczce ałunu i kamienia winnego. Wełnę wkładałam suchą, ale podobno jak się wrzuci mokrą bejcowaną to jeszcze ciekawsze efekty wychodzą. Aha i dodam że wyszła z tego jeszcze jedna kąpiel - efekt nie aż tak gryzący w oczy, ale ciemniejszy niż na wodzie zwykłej.

Po czwarte - mam trochę pomysłów na mieszanie kolorów - koszenila dobrze zmielona to właściwie proszek, więc nie powinno być problemów z mieszaniem jej z innymi barwnikami.
Ciekawy wyszedł efekt z marzanną (drugi kłębek od lewej w górnym rzędzie) - prawdziwa czysta czerwień *niestety na zdjęciu tego nie widać zbyt dobrze). Następnym razem zamierzam się pobawić z fioletami :-)

paleta barw z marzanny i koszenili

Te mieszanki zresztą, to ciekawostka - po prostu miałam kilka bladych kłębków barwionych w koszenili, które z czystej ciekawości wrzuciłam do kąpieli z marzanną. Marzanna także daje piękne i czyste wybarwienia (ale bardziej pomarańczowe - dwie próbki w dolnym rzędzie po srodku), a w połaczeniu wyszły z tego różne fazy czerwieni (bladzizny po brzegach z prawej strony).

Z efektów jestem bardzo zadowolona. Nachodzi mnie też wybitna chętka żeby sobie sprawić jakiś ciuch farbowany na taki oczojebny kolor, tylko po to żeby móc się wykłócać na imprezach ;-D W koncu to natural, a zarówno koszenila jak i czerwce zawierają ten sam barwnik, więc efekty powinny być porównywalne ;-) No ale to temat na dłuższy post, który mam w planach jak tylko najdzie mnie wena.

Cały zestaw zamierzam sprząść, ale oczywiście zajmie mi to pewnie nieco czasu, jako że mam inne rzeczy w kolejce do warsztatu.
No i na razie zaczęłam wprowadzać w życie plan - zabieram się za barwienie tkanin :-D
I to nie zwykłych próbek a normalnych dużych płacht, z których zamierzam poszyć ciuchy.
Ponieważ potrzebne jest do tego miejsce i duży gar to poważniejsze próby zamierzam przeprowadzić dopiero na Stepach Pomorskich we wrześniu, ale jakieś wprawki na pewno porobię wczesniej. Jak coś wyjdzie to się pochwalę bo surowa tkanina  wełniana do farbowania już zamówiona :-D
Po głowie chodzi mi też pomysł żeby przygotować starym sposobem płachty lnu do barwienia - to znaczy wyłożyć je na jakiś czas na powietrze i deszcz, żeby wyblakły i zmiękły. Len takowy posiadam więc chyba spróbuję to przygotować wcześniej, zanim obudzę się że wrzesień tuż tuż :-/

piątek, 29 czerwca 2012

Kampesz, campeche wood, logwood, blauholz...

Zakochałam się w kampeszu :-D
Szczerze powiedziawszy to zamówiłam go niejako na doczepkę do koszenili i w pewnym momencie się zastanawiałam się, czy się nie wycofać, ale teraz bardzo się cieszę że jednak wzięłam ten barwnik.
Nazwy tego ustrojstwa są różne - przykładowe w temacie. Generalnie jest to pochodzące z Ameryki Południowej drewno. Jak na "niebieskie drewno" przystało, wiórki są czerwone ;-D
Po przewertowaniu internetu względem receprtur (polecam zwłaszcza nieśmiertelne Wild Colours), zdecydowałam się pierwszą próbę zrobić na ałunie z niewielkim dodatkiem kamienia winnego. Polecano dawać około 50g  drewna na 100g wełny, ale mi się sypnęło niecałe 60g. Wyszedł z tego mały kubeczek. Zapakowałam w antygwałtkę i zalałam wodą a roztwór przybrał śliczny szkarłatny kolor. Zmełłam w ustach parę brzydkich słów i nastawiłam na gaz. Stwierdziłam że może przynajmniej zrobi się jakaś ładna czerwień. Jakie było moje zdumienie, gdy po wrzuceniu odczynników, kąpiel zaczęła stopniowo ciemnieć, aż osiągnęła kolor atramentu. Pod światło miała barwę jak gencjana. Pogotowałam z godzinę i zostawiłam do ostygnięcia. Potem wrzuciłam wełnę (około 100g),  wcześniej wymoczoną w ałunie i kamieniu winnym. To co wyszło widać na zdjęciu (pierwsze od prawej) - ładny dosyć ciemny i nasycony fiolet.


Kąpiel była nadal ciemna więc zdecydowałam że jadę dalej. Po wystygnięciu machnęłam ręką na czesankę i wrzuciłam 130g motek, własnoręcznie przędzionego doubla, który i tak chciałam pofarbować na jakiś tam kolor i stwierdziłam że jasny fiolet (który teoretycznie powinien wyjść z drugiej kąpieli), będzie ładny na czapkę albo rękawiczki. Po wyjęciu ze zdumieniem odkryłam dosyć ciemny atramentowy granat. Fioletowy poblask prawie zniknął, a pozostała niebieskość 8-D


Podrapałam się w głowę i wrzuciłam (oczywiście po wystygnięciu) kolejną 100g partię czesanki. Zadowoliłby mnie jasny szaro-atramentowy, ale wyszedł kolejny atrament, choć nieco jaśniejszy niż poprzedni.

Kąpiel wyczerpała się dopiero gdzieś po szóstym razie. A raczej wyczerpała się moja cierpliwość bo ostatnia (szósta) setka wełny wyszła już po prostu jasnoszara. Przypuszczam że jeszcze by co nieco wyciągnął, ale już mi się nie chciało. Od mniej więcej czwartego razu wychodziło bardziej szaro niż granatowo.
Na fotce widać kolejne barwienia kolejno od prawej do lewej (brak ostatniego, który jeszcze się moczy a nie chciało mi się czekać aż wyschnie)

Jedynym minusem tego barwnika jaki zauważyłam, jest to iż pochodzi zza morza i jest kompletnie niehistoryczny na czasokres w Europie jaki mnie interesuje. Ale i tak zamierzam go używać (choć z zastrzeżeniami żeby nie było że oszukuję), zamiast indygowca (który mi kompletnie nie wychodzi) i urzetu (którego nigdzie nie można dostać, albo kosztuje horrendalne pieniądze).
Podobno bywa też różnie z jego światłotrwałością - czas pokaże.
Niemniej jednak jest chyba sensowną alternatywą w tworzeniu palety barw. Straszliwie mi brakowało tych wszystkich niebieskości. A po głowie już chodzą mi pomysłý jak by tu pobawić się mieszaniem z koszenilą lub żółciami i uzyskać zupełnie nowe kolory :-D

O koszenili zresztą też  niedługo
PS: Fotki na moim monitorze wyszły nieco jaśniejsze niż w rzeczywistości, no ale to normalny problem przy oddawaniu kolorów via fotografie :-/

środa, 13 czerwca 2012

Paczka!

Wróciłam do domu a tam czekała już na mnie paczka z zamówionymi skarbami. Zaszalałam sobie na dzień dziecka i zakupiłam koszenilę i kampesz (niebieskie drewno) :-D
W związku z tym niedługo pierwsze eksperymenty, których wynikami na pewno się podzielę :-D
No i oczywiście zamierzam wprowadzić do kolorówki naturalnej, barwy które wychodzą z tych barwników.
Oj będzie się działo....

środa, 30 maja 2012

Farbowanie naturalne - liście brzozy

Powoli otwiera się znowu sezon na farbowanie naturalne. Inauguracja to oczywiście liście brzozy :-)
Ale plany barwierskie w tym roku mam nieco bardziej ambitne, bo chcę po raz kolejny nastawić indygo. Z powodów zapachowo-toksycznych muszę to robić na balkonie, albo najlepiej w ogóle gdzieś daleko od cywilizacji. Zobaczymy czy tym razem przełamię złą passę.
Natomiast liście brzozy jak zwykle idą mi znakomicie. Każdy kto się zajmuje barwieniem naturalnym, ma chyba jakieś swoje ulubione barwniki, takie które mu wychodzą i jest w stanie z nimi cuda zdziałać. Dla mnie są to właśnie liście brzozy. Farbowanie nimi idzie mi lekko i zadziwiająco powtarzalnie, to znaczy zwykle wiem co wyjmę z kotła i nie ma niespodzianek.
Wczoraj barwiłam na zamówienie czapkę na żywą oliwkę, a że nie lubię marnować wywaru barwiącego to po wyjęciu czapki wrzuciłam do kotła jeszcze 200g czesanki wełnianej. Na zdjęciu doskonale widać różnice w barwie. Czapka wyszła dosyć nasycona, natomiast wełna bardziej przygaszona i szarawa. Wbrew pozorom nie zależy to od siły wywaru tylko od kolejności dodanych odczynników.
Jest bowiem tak iż jeśli do wywaru z liści brzozy, wrzuci się ałun i siarczan miedzi i do tego włoży materiał to po wyjęciu na chwilę wystarczy dorzucić ciupkę żelaza i wrzucić materiał, a wyjdzie ładny żywy kolor. Jeśli natomiast wrzuci się wszystkie odczynniki na raz to wychodzą barwy przygaszone, szarozielone. I tak właśnie było z tą wełną, bo wrzuciłam ją do wywaru już pełnego. Jeśli więc chce się uzyskać żywsze kolory to trzeba niestety zrobić tzw. kąpiel rozwijaną. Więcej na ten temat można sobie poczytać w niezastąpionej Tuszyńskiej :-)
Dodam tylko iż te zasady można stosować także do innych barwników - ciekawe efekty daje również marzanna. Dlatego warto poeksperymentować z różnymi kombinacjami :-)
Teraz będę musiała marzannę zamówić bo mi się skończyła niestety - wtedy wrzucę zestaw barw jaki mi się z niej udało uzyskać i może kilka receprtur.

Aha i moja rada jest taka by sobie zapisywać co i w jakiej kolejności się wrzuca, bo potem chcemy wrócić do jakiejś barwy a tu klops. Ja muszę sobie wreszcie zrobić porządny segregator bo mój notes pęka w szwach :-/ Idę się więc zastosować do własnej rady :-D

niedziela, 12 lutego 2012

Stycznowie wyzwanie - zrobione

Wełną uprzędziona, ufarbowana :-) i wreszcie wyschła do zdjęcia.
Mój pierwszy w życiu double udał się całkiem fajnie, a przynajmniej ja jestem zadowolona. Mam teraz około 200g włóczki w kolorze rudobrązowym. Przy okazji wreszcie wyszedł mi ładny brąz zamiast kolejnego koloru kupy. Farbowałam w marzannie najpierw przy użyciu ałunu i siarczanu żelaza, by po mniej więcej godzinie wyjąć na chwilę przędzę i dodać przyciemniającego żelaza. Żelazo ogólnie radzę dodawać gdy nie ma nic w kotle gdyż ma brzydki zwyczaj robić szarawe plamy jeśli wsypie się je na barwiony surowiec.
No i teraz wypadałoby zabrać się za drugą część wyzwania, ale niestety wcięło mi szydełko, a zimny pot mnie oblewa na myśl że będę musiała się mojej mamie tłumaczyć że kolejne jej zgubiłam :-/ Na drutach nie umiem niestety robić, a naalbinding, pomimo wielu podjętych wcześniej prób nauczenia się, przerasta mnie całkowicie. Tak więc na razie wełenka wisi sobie i czeka na lepsze czasy, dopóki nie wybiorę się do pasmanterii po nowe szydełko.
A na kolejnym poście wrzucę moje pierwsze Candy. Bedzie skromne ale i tak zapraszam bo może komuś się spodoba :-)

czwartek, 1 grudnia 2011

!!!

ŁAAAAAAAAAAAA!!!
Wreszcie po bliżej nieokreślonej ilości prób farbowania, użyciu wielkiej ilości odczynników chemicznych i groźbie eksmisji za wydzielanie straszliwych smrodów ;-) , udało mi się uzyskać jakiś efekt z użyciem INDYGOWCA!
Ile mnie to nerwów, mąk i mieszania śmierdzących wywarów kosztowało to tylko ja wiem :-/
I definitywnie stwierdzam że jeśli przeciętny chłop w średniowieczu miał przechodzić przez to samo, to na pewno nie marnował czasu i energii na wątpliwe efekty farbowania na niebiesko. Bo pomimo że coś tam mi wreszcie wyszło to efekt jest na razie bardziej turkusowo-zielonawy niż błękitny, a trudność przy dozowaniu składników, przygotowywaniu roztworu, jego toksyczność i  ogólna niestabilność sprawia że jest to najbardziej upierdliwa rzecz jaką potrafię sobie wyobrazić.
Daleka jestem w tym momencie jeszcze od wprowadzenia do mojej oferty, wyrobów barwionych na niebiesko i jeśli kiedyś się to stanie to będzie to oferta wyłącznie dla bardzo bogatych i namolnych klientów ;-) którzy nie dadzą się zbyć moim zrzędzeniem ;-)
Niemniej jedna wreszcie wyjęłam z roztworu coś co przypomina zafarbowaną wełnę a nie kawał wiekowej szmaty do podłogi czy rozwleczone wołowe flaki ;-D
Fotki wstawię później jak uda mi się uruchomić aparat.
No i z ciężkim sercem zabieram się do planowania kolejnych prób...
Mam nadzieję że jednak mnie nie eksmitują ;-)

niedziela, 31 lipca 2011

Wszystkie odcienie kupy... ;-D

Moje eksperymenty barwierskie nadal trwają.
Co ciekawe to próby wychodzą mi często zgoła inaczej niż innym osobom prezentującym swe barwienia na różnych blogach. Ponadto niektóre rośliny mnie "lubią" a inne nie. To znaczy że liście brzozy we wszystkich konfiguracjach wychodzą mi pięknie a kora dębu prawie w ogóle :-/ Sporo sobie obiecywałam po zielonych orzechach włoskich a jak zwykle wyszła kupa. W ogóle odcienie kupy wychodzą mi wspaniale. Bardzo żywe i pięknie brązowe ale nadal są odcieniami kupy i ogólnie nie mieszczą się w pojmowaniu koloru określanego jako "brązowy" przez moich klientów. Bo wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do czystych chemicznych barw,  które można sobie pięknie mieszać i wybierać. A w barwieniu naturalnym zawsze pozostaje element zaskoczenia - czy czapka którą wyjmę z kolejnej kąpieli nie będzie miała nacieków i przebarwień? Czy złapie równo? I czy roślina zebrana w miejskim parku będzie barwić podobnie jak ta ze wsi?
Ale wytłumacz to ludziom którzy pokazują mi palcem - zobacz da się. A ja oczywiście że się da, ale jak ma się 20 lat doświadczenia, ogródek barwierski po babci i dostęp do importowanych roślin. Bo ja opieram się na najprostszych i rosnących u nas. W dodatku wszystko to jest mocno sezonowe i jak mi na ten przykład jagody nie obrodziły to ładny kawałek palety barw mi diabli wzięli. Ale co zrobić. Teraz czekam na bez czarny i lilaki z niego osiągalne. A także mam zaplanowaną wyprawę po orzechy do ciotki.
Indygo nadal leży i kwiczy, o urzecie nie wspomnę bo nawet nie raczył zakiełkować.
A jeśli robię coś na zlecenie to staram się przedstawiać do wyboru wyłącznie te barwy które potrafię w MIARĘ powtórzyć. Choć i tak nigdy nie będą idealnie takie same.
Na fotce 48 godzinny solar z orzechów włoskich. Dwa kawałki czesanki i szpulka nici. Kawałek czesanki w prawym górnym rogu jest z owcy wrzosówkopodobnej (byłam ciekawa jak złapie bo jest koloru szarego), a większy po lewej z białej czesanki 30mc.  O dziwo złapało nawet w miarę równo.
No i dzięki temu eksperymentowi mam nowy odcień kupy... ;-)

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Przędze barwione naturalnie

Na poniższych zdjęciach chciałam przedstawić próbki wełen barwionych naturalnie. Te kolory są w miarę powtarzalne (dodaję że w miarę gdyż specyfika barwienia naturalnego jest taka iż nigdy nie da się zrobić identycznego odcienia). Oczywiście będę uzupełniać paletę o kolejne barwy - także pochodzące z różnych sezonowych roślinek.

Nici - od góry surowa, cebula, marzanna, liście brzozy.

Grubsze wełny do naalbindingu lub krajek.
1 motek nici to około 40mb

Wełna gruba do naalbindingu jest w motkach po około 100 gram - ciężko mi to przeliczyć na długość nici ale przeciętnie wychodzi około 120mb.

Uwaga: To jest ręczna, rzemieślnicza robota, nie przemysłówka więc wełny mogą mieć niewielkie nierówności i zmiany struktury a także lekkie przebarwienia i niedobarwienia!