Parę rzeczy się złożyło na to, że wyciągnęłam moje garnki i odczynniki i zabrałam się za barwienie marzanną. Jednym z powodów był projekt abażuru do lampy, który planuję z tej wełny zrobić (o tym napiszę więcej jak już powstanie i będzie się czym pochwalić), a drugi to przywiezienie dwóch baniaczków wody, z filtra odwróconej osmozy, które napełniłam u mojej babci. Potrzebna mi była ta woda głównie do eksperymentu z koszenilą - wcześniej w
tym poście opisywałam różnicę jaka była między wełnami farbowanymi w kranówce i wodzie demineralizowanej. Na wodę demineralizowaną można pójść z torbami - okazuje się jednak w dużym skrócie, że woda z filtra daje radę, a babcia posiadająca ów filtr jest na wagę złota ;-D
Wynik farbowania koszenilą był zadowalający, ale że został mi jeszcze drugi pełny baniak, to postanowiłam spróbować także z marzanną.
Kłopot jest taki, że we wszystkich książkach i receprturach, czerwień z marzanny jest opisywana jednym słowem - "makowa". W moim przypadku oznacza to zwykle oczojebny pomarańcz, lub jego coraz jaśniejsze wersje aż do łososiowego. I ciężko klientom zamawiającym jakieś fanty wyjaśnić, że to co oni rozumieją mówiąc "czerwony" , nie jest tym co ja jestem w stanie osiągnąć a pomocą barwienia naturalnego. A jestem w stanie zaproponować albo żarówiastą "amarantową" czerwień z koszenili, albo właśnie "makowy" marzanny. Absolutnie czystej czerwieni nie udało mi się uzyskać, a najbardziej zbliżony odcień powstał z połączenia marzanny i koszenili, czyli podwójnego farbowania :-/
Postanowiłam więc zastosować standadowy przepis, tym razem z użyciem wody filtrowanej, z myślą że może zmieni to, otrzymywane efekty tak jak w przypadku koszenili.Niestety niewiele pomogło - efekt widać na zdjęciu i niestety ciągle pomarańczowo.
Dodam tylko, że jednoczesnie wrzucałam do kolejnych kąpieli (poza drugą turą gdzie mi się zapomniało), dwa rodzaje czesanek - moją standardową polską 28mc i bieloną hiszpańską 24mc. Bielona wyszła jakby nieco czerwieńsza, a mniej pomarańczowa, ale efekt, choć widoczny to ciągle nie to.
Zrobiłam pięć kąpieli - jest to rewelacyjny sposób, na stworzenie sobie palety barw, z jednego koloru, które całkowicie do siebie pasują i współgrają.
Oznaczyłam kolejne kąpiele numerkami, a literkami: P - polską a H hiszpańską czesankę.
 |
| Paleta z marzanny barwierskiej |
Za każdym razem zadziwia mnie wydajność tego barwnika - zrobiłam 5 kolejnych kąpieli i całkowita waga wełny wyniosła około 150g. Wyszłaby mi jeszce jedna kąpiel, ale już bardzo jaśniutka. Ilość suszonej marzanny w garze to 15g.
Przepis jest prosty - ważę marzannę i pakuje do skarpety antygwałty, żeby się nie przylepiały te drobiny, bo potem strasznie ciężko to wytrzepać z czesanki. Zalewam zimną wodą i zostawiam na około godzinę (można na dłużej, ale osobiście nie widzę żadnych różnic). Następnie wstawiam na gaz i jakiś czas pozwalam się pogotować, ale raczej nie przekraczam temperatury wrzenia tylko tak na 80 stopni. Jak już uznam na oko, będzie dobrze to dorzucam ałun, kamień winny i ocet (też na oko) a następnie wełnę. Czasem jeśli mam cierpliwość to czekam aż wywar wystygnie, czasem wrzucam od razu - trzeba tylko pamiętać by w przypadku wkładania do gorącego, wełna była już wypłukana w mocno ciepłej wodzie, żeby nie robić zbytnich różnic temperatur, bo się sfilcuje. Gdy wywar z wełną się już pogotuje w tych 80 stopniach i uznam, że osiągnęła apogeum koloru, to wyłączam, pozwalam ostygnąć i dopiero wtedy wyjmuję odciskam i płuczę w wodzie z octem. Do wywaru wrzucam kolejną partię wełny i na abarot gotujemy dalej. Kolejne gotowania można robić tak długo jak efekt nas zadowala.
Dodam tylko, że próbowałam już różnych opcji by uzyskać czerwień - tworzyłam środowisko alkaliczne, dosypywałam otręby, wrzucałam wełnę suchą, mokrą, bejcowaną i niebejcowaną. I choćbym nie wiem co robiła, zawsze wychodzi pomarańczowy.
Tak więc nie komplikuję już sobie życia i robię po najmniejszej linii oporu, skoro i tak wyjdzie jak zawsze ;-)
Następny w kolejce czeka suszony wrotycz i paleta zieleni jaką można z iego uzyskać. Ciekawa jestem jak sprawdzi się susz, bo dotąd wypróbowałam jedynie świeży chwast.
Ale to już po Nowym Roku.
Aaaa no i na koniec pochwalę się, że wreszcie "hamerykę" odkryłam i po obejrzeniu tysiąca tutoriali, załapałam wreszcie o co chodzi w skręcaniu typu navajo :-D Pierwsza wełna się suszy - wygląda koszmarnie, bo nie potrafię jeszcze opanować płynnego przekładania i dociągania, a i mój Gwidon nie ułatwia mi pracy (pracuje szarpnięciami i nie można go porządnie wyregulować). Ale o co chodzi już wiem i dalej będzie z górki ;-)