Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obróbka wełny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obróbka wełny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lipca 2016

Tutorial video cz.1

Dziewczyny z Klubu Przadki na fb zatwierdziły, że ujdzie, więc i tutaj umieszczam linka do  pierwszego polskiego tutka o przedzeniu.
Jako, ze to wczesna wersja beta, zdaje sobie sprawę z niedociągnięć i niedoróbek,  ale jak to mówią,  pierwsze koty za płoty.  I ponieważ jest zainteresowanie w temacie, to będę próbować dalej.

sobota, 2 lipca 2016

Technikalia - pranie wełny do przędzenia

Pogoda sprzyja, więc pogoniona przez moją własną Rodzicielkę, poszłam na strych by zrobić "porządek" w wielkich worach wełny, których sterta tam leżała od niewiadomojakiego ;) czasu.

Jak się okazało było tam mnóstwo worków niewiadomego pochodzenia, innych pełnych śmierdzącego syfu i moli, oraz nieco takich które uznałam za zdatne do przerobienia.

wtorek, 16 czerwca 2015

Obróbka runa - ciąg dalszy po wypraniu

Czasem rozmowy z innymi Prządkami uświadamiają mi pewne rzeczy.
Na przykład to, że coś do czego kiedyś tam doszłam może się przydać i innym :) A że niekoniecznie o wszystkich "oczywistościach" pamiętam napisać, to póki mam to w głowie postanowiłam to przedstawić tutaj na blogu :)
Tutaj podziękujcie  Dehaef za dzisiejszą pogaduszkę i to co mi uświadomiła mówiąc  "no i właśnie takich rzeczy mi brakuje do czytania"

Kwestia o której mówiłyśmy to kolejny "myk" z obróbką surowego runa.
Pisałam już o tym co robimy zwykle po przybyciu do nas wspaniałego wora śmierdzącego, zasyfionego, zapiaszczonego, pełnego siana, kup, rzepów i czego nie tylko. A do tego żółtego od tłuszczopotu i sików.


wtorek, 2 września 2014

Runo wrzosówki - przygotowanie

Po pierwsze chciałam się pochwalić że mam nową zabawkę.
Negocjowanie z gręplarnią mnie wykończało psychicznie, a pojawiła się okazja (dzięki Agnes!), więc podliczyłam kasę którą miałam, kasę której nie miałam, wydatki, koszty, ewnetualne profity i dodawszy do tego zszarpane nerwy wyliczyłam że bardziej opłaca mi się otworzyć własną mini gręplarnię. No i po wielu perypetiach wreszcie mam drum carder czyli po naszemu - gręplarkę bębnową :)



Jak widać to stary i nieskomplikowany wół  roboczy Loueta, którego jestem n-tą właścicielką (nie mam pojęcia którą, bo przyjechał do mnie z Belgii). Ale to solidna konstrukcja idealna do szarpania się z prymitywnym runem i mam nadzieję że długo posłuży.
Więcej refleksji i złotych myśli o używaniu tej maszynerii skrobnę gdy już przewalę ileś tam kilo wełny i uznam że otrzymuję jakieś miarodajne i powtarzalne efekty.
A na razie skoro jesteśmy przy "runie prymitywnym"....

No bo co to właściwie jest?
Czasem  nieco zdziwione osoby  dostają wyczesany błam z owcy wrzosówki i z zachwytem stwierdzają "jakie ono milutkie i w ogóle nie gryzie!"
No a potem wrzuca się ten milutki błamik na kołowrotek  czy wrzeciono i się okazuje że nie gryzie, ale połyka w całości ;)
Winę za to ponoszą włosy ościste. Bo o ile frakcja puchowa u wrzosówek potrafi mieć naprawdę cienkie włókna (podobno porównywalnej grubości co superfine merino czyli 16mc przy polskim merynosie mającym  przeciętnie 28-30mc), to oprócz puchu w runie znajdują się także włosy przejściowe oraz ościste. Owka kiedyś popełniła o tym  genialny wpis, więc nie będę się powtarzać tylko chciałam nieco rozszerzyć co te kwestie oznaczają dla nas, praktyków.
Poniżej jest zdjęcie loka z runa owcy wrzosówki. To  lok, który ja selekcjonuję jako "ładny".


Wybrałam go do zdjęcia, bo wyraźnie widac tutaj frakcje runa - to jaśniejsze bliżej nasady to puch wymieszany z mniej widocznymi włosami przejściowymi. Natomiast długie, zakręcone, czarne końcówki to włosy ościste. Są  one twarde i prawie w ogóle nieelastyczne, co sprawia że gdy spróbujemy cały taki lok skręcić  w przędzę, to otrzymamy sztywną, twardą, zupełnie nie sprężynującą nitkę. A końcówki tych ostów będą sterczeć z każdej strony niczym drut kolczasty i sprawiać że noszenie tego na skórze przez przeciętnego  człowieka jest niemożliwe. No dobra, świetnie taka wełna nadaje  się na skarpety. Rewelacyjnie pobudza krążenie ot co :D
Podobny problem występuje praktycznie u wszystkich ras prymitywnych (choć w oczywiście różnym zakresie), czy będą to cakle, owce górskie, norweskie, czy co tam egzotycznego akurat wymyślimy. Dla mnie prywatną palmę pierszeństwa pełni świniarka, która moim zdaniem powinna mieć tutaj własną kategorię ;)
No dobra, ale w takim razie jak sobie z tym radzili ludzie w średniowieczu (czy też ogólnie w czasach przed rewolucją  przemysłową)?
Otóż sposoby są dwa.
Pierwszym  jest pozyskanie włosia jeszcze z owcy przez wyczesanie lub wyskubanie. Wykorzystuje się tutaj naturalną tendencję linienia frakcjami - najpierw  wychodzi podszerstek podczas gdy rdzeniowe się jeszcze mocno trzymają. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym sposobem, jego praktycznym sensem, historycznymi przekazami odnośnie jego wykorzystania itp  bo wątpliwe by ktokolwiek z nas miał teraz okazję to wypróbować na owcy.
Pozostaje nam więc drugi sposób, czyli prządkowa wersja kopciuszkowego wybierania maku z popiołu, czyli ręczne odwłaśnianie :/

Brrrrrr

Generalnie chodzi o to by te  długie włosy rdzeniowe oddzielić od reszty.
Widzieliście lok powyżej?
No to ten sam teraz :)


Po prawej wyciągnięte ości, po lewej puch  i nieco przejściowych (nie są aż takie grube i gryzące więc nie ma co się z nimi bawić).
Całe osty to właściwie odpad, gdzieś tam czytałam że znaleziono w  wykopkach liny wyglądające jakby były robione właśnie z czego takiego. Nic więc nie stoi na przeszkodzie by wykorzystać je do tego typu zastosowań, nadadzą się do tego świetnie.
Natomiast nas interesuje miękka puchowa i przędna frakcja.
Dziś w ramach eksperymentu poświęciłam się i przebrałam trochę tego stuffu. Przed odwłaśnianiem było tego  około 70g, po oddzieleniu jakieś 48g.
Poniżej ta góra podrobionej wełny (napuszonej pod drumka).

Nasz "wypchany" Kropek pomaga ;)

Duża kupa jak na nędzne 48g, no  nie :/
Jeśli  dodam iż zajęło mi to trochę ponad pół godziny, to daje do myślenia ile czasu trzeba było poświęcić  by nie dać się zjeść wełnie.
Bo 50g to ilości mocno homeopatyczne, a ja wbrew  pozorom mam w tej robocie już nieco wprawy. No i byle jaka wełna też się do tego nie nada, a wyłącznie ładne, długie  i czyste loki.
No ale ludzie kiedyś mieli  więcej czasu, taka prawda.

Z tych 48g które wrzuciłam na drumka (heloł kiedyś to się pomykało na grzebieniach lub gręplach ;P)  i po trzech kręceniach wyszedł mi piękny i bardzo równy batt (tak się nazywa taki błamik zdjęty z gręplarki, piszę to dla odróżnienia od dużych przemysłowych gręplarek) o wadze 42g


Czyli kolejne parę gramów straty.





Na ostatnim zdjęciu pod światło, widać że jest przyzwoicie wyczesany.
Wrzuciłam na kołowrotek i wygląda na to że ciągnie się niczym z współczesnej czesanej taśmy. Co pozwala mi postawić tezę, że przygotowana  w ten sposób  wełna nada się na przędzę osnowową. Nitka z odwłośnionej wrzosówki jest zupełnie inna w dotyku. Jest miękka i zdecydowanie przyjemniejsza, ma lepsze parametry i zupełnie inną elastyczność.
Tylko czy ma  w dzisiejszych czasach ekonomiczny sens robienie tego?
Ten mały kawałek kosztował mnie (z  już gotową posortowaną i wypraną wełną) dobrą  godzinę roboty.
Jak zwykle niezapłacone dupogodziny ;)
Ale jeśli ktoś chce się pobawić, to czemu nie ;)
Mnie do napisania tego posta kopnęłą chęć do poeksperymentowania z gręplarką by stwierdzić czy da radę na niej uzyskać naprawdę dobrą czesankę. I jak widać się da, choć jest to pracochłonne niestety.

A więcej o gręplarce, jej plusach, minusach, mitach, wyobrażeniach i twardej rzeczywistości napiszę jak już będę miała  nieco więcej przekręcone przez bęben. 
Na razie mogę tylko zacytować Aldonę że "niestety samo się nie robi" :/

poniedziałek, 19 maja 2014

Przędzenie w lanolinie - na brudno

Raz na jakiś czas, ktoś się mnie pyta o przędzenie na brudno, więc chciałam pokazać jak to  wygląda w praktyce :)
No więc polega to na przędzeniu wełny bez prania i czesania, brudnej w tłuszczopocie, jedynie lekko rozciąga się kłaczki w palcach. Lanolina sprawia że podczas przędzenia, wełenka ma jakby lekki poślizg, nitka lekko się skleja i lepiej  trzyma w kupie. Włóczkę pierze się wtedy już po uprzędzeniu (lub zdublowaniu). Dla osób przyzwyczajonych  do dzisiejszego sposobu - czyli przędzenia na sucho z taśmy,  przejście na brudne przędzenie bywa  nieprzyjemne, zwłaszcza  że lanolina oblepia też łapki, a nie wszyscy lubią uczucie tłustych rąk. Mnie osobiście  przędzenie na brudno pasuje bardziej, ale to już kwestia osobistych preferencji. Jeśli ktoś miał  babcię prządkę, to mógł usłyszeć właśnie tego typu historię  przędzenia i kategoryczne stwierdzenie, że "prało się po przędzeniu a nie przed". I tak faktycznie robiono ale...

Niestety nie każdą wełnę da się tak uprząść i uzyskać dobrą równą nitkę. Przede wszystkim wełna taka musi być w miarę dobrej jakości i czysta.  O to w Polsce niełatwo, dlatego właśnie wełnę należy bardzo dokładnie posortować, a do przędzenia z ręki bierze się najlepsze partie. Coś takiego jak na pierwszym zdjęciu - widać tam Jakuby białe i czarne osobno :) Są to bardzo ładne, równe i czyste loki. Takich loków po odsortowaniu  pięciu run, udało mi się uzbierać około 700g zaledwie, a pamiętajcie, że oznacza to około 6kg runa już posortowanego ale NIEPRANEGO.


Owca Jakuba - tak wyglądają loki zdatne do bezpośredniego przerobu

Warto więc dokładnie przeglądać błamy które mamy, właśnie pod kątem takich najlepszych z najlepszych części, bo jest ich malutko :) Na drugiej fotce widać białą część kubusia, całość takich loczków jaką wygrzebałam z tej partii - czekają na swoją kolej, bo pracę zaczęłam od czarnych :)


Jakieś 300g kubusia w jasnym  kolorze
Na  kolejnej fotce dla porównania jak wygląda nieco gorszy sort wełny po praniu - nie musi być on dużo gorszy, wystarczy że kosmyki są mniej wyrównane, runo jest brudniejsze czy mocniej skotłowane. Takie runo przeznaczam do prania i na grępel :) Po zgręplowaniu  będzie bardzo dobre, ale siłą  rzeczy jest z nim wtedy więcej roboty. Aha i należy  bez litości  wywalać wszelkie krócizny i podstrzyżyny. Nie żal ich bo bardzo utrudniają potem pracę, gdyż gręplarka  słabo je wyczesuje i robią się od nich gluty w nitce :/








Trochę  gorszy sort już po wypraniu

No  i na koniec mój urobek - trzy motki kubusia (jeden jeszcze na szpulkach więc się nie załapał do zdjęć), przędzionego na brudno.


In progress

100g - 200m zdublowanej nitki



Motki po około 100g i 200m dubla,  choć trzeba pamiętać iż przy praniu jakieś 20% wagi spłynie w kanał ;) Aha i poniższa włóczka jest nieprana, gdyż przeznaczyłam ją na warsztat tkacki - nie trzeba wtedy się bawić w klejenie osnowy, wypiorę całość dopiero po utkaniu :)
I tak to wygląda  w telegraficznym skrócie ;D


środa, 19 lutego 2014

Operacja "Grępel"

Operacja "Grępel" zakończona pełnym sukcesem :D
Wełna  pojechała kurierem, wróciła pocztą, wszystko w przeciągu tygodnia.
Wyczesana bardzo ładnie, choć właścicielka gręplarni lojalnie przekazała mi przez telefon, że "to się nie trzyma w kupie, jak powinno na kołdrę". Kołdry z tego robić nie będę, więc lata  mi to kalafiorem. Chyba po prostu  struktura wełny prymitywnej nie pozawala zrobić z tego jednorodnego błamiku. Pal diabli, do przedzenia czy filcowania i tak to porozrywam.
Ale poza tym sięęęęęęęęęęęę cieszęęęęęęęęęęęęę!

z lewej: świniarka, z prawej: wrzosówka

Jestem bogatsza o duży wór zgręplowanej świniarki i mniejszy wrzosówki :D
Szlak przetarty, pranie się opłaciło, teraz tylko wypatruję wiosennych strzyży!

środa, 5 lutego 2014

Zimowy marazm kontra mocno niezimowe zajęcia, czyli pranie runa w warunkach "blokowych"

Nic mi się nie chce
Niby coś tam dłubię, trochę przędę, trochę tkam, ale poza tym mam gigantycznego lenia. Ciągłe zasmarkanie Trolli też nie wyzwala kreatywności - po tygodniu spędzonym na 38m2 z dwoma gorączkującymi, smarkającymi i kaszlakami, mam dosyć i przemyśliwuję emigrację gdzieś daleko stąd. Biegun północny widzi mi się najbardziej. Ostatecznie Nowa Zelandia też ujdzie ;) Tym bardziej że wreszcie udało nam się znaleźć w zeszłym tygodniu cztery godziny, żeby pójść do kina na "Hobbita". Co tam będę dużo gadać, kocham te klimaty  i koniecznie chcę takiego smoka. Najlepiej w komplecie z górą skarbów  ;D Nie musi być aż tak imponująca jak w filmie ;)

W domu niestety takiej nie mam, a przydałaby się.

Miałam za to do niedawna górę brudnej śmierdzącej wełny.
Z wrzosówek i świniarek.
Obecnie jest to już, w przytłaczającej większości, góra wypranej wełny z wrzosówek i świniarek.
 Jeszcze trochę mi zostało, ale to kropelka w tej góóóórze :D
Samo pranie tak dużych ilości wełny w wannie w małym mieszkanku w bloku, to doświadczenie graniczne.
Ale samo pranie to mały pikuś, gdy sobie uświadomimy, że potem to jeszcze trzeba wysuszyć.
No więc mam teraz cały łańcuch górski, pięknie porozkładanej suszącej się wełny.
A także dwa zachwycone tą górą wełną koty.
Mam nadzieję, że do jutra przeschnie i będę mogła to wszystko spakować i wysłać do gręplarni.
Zapytacie pewnie, po co w ogóle bawię się w to zakichane pranie i wysyłki na drugi koniec kraju do zgręplowania, gdy przecież spokojnie mogę prząść tłustą wełnę.

Powodów jest  kilka. Otóż wełna ta ma być przeznaczona głównie do filcowania  i jako taka musiałaby zostać wyprana i odtłuszczona przed pracą. A czy płuczę 200g na czapkę czy cały 1kg to już mi nie robi różnicy, wolę zrobić nieco więcej naraz. Poza tym jak pisałam to mam strasznego lenia. I nie chce mi się tych gór wełny czesać na ręcznych czesakach. Jeszcze gdyby była to wizja czesania 100 czy 200 gramów  to może, ale jak na razie mam po wypraniu jakieś 6kg wełny do zgręplowania. To jest naprawdę bardzo dużo. A trzeci powód jest taki, że chcę po prostu przetestować tego typu ścieżkę postępowania. Czyli sprawdzić jak mi się to zamknie finansowo i czy w ogóle opłaca się bawić w te wysyłki. Kalkulacje na sucho mówią, że zaoszczędzę sporo czasu i operacja się opłaci, ale to jak zwykle trzeba wypróbować w praktyce.

A  tak to wygląda:

Świniarka

Wrzosówka
Przy obu to jest chyba drugie płukanie.
Nikt kto tego nie widział na żywo, nie potrafi sobie wyobrazić tego syfu co leci z brudnej wełny.
To zupełnie normalne zjawisko i nie należy się nim przejmować ;D

Procedura jest taka, że zwykle  biorę partię wełny, około 1kg naraz, wrzucam do wanny, ustawiam wajchę prysznica tak żebym była w stanie kilkakrotnie polewać  wodą o zbliżonej temperaturze, zatykam korkiem, pryskam odrobinę płynu do mycia naczyń i nalewam wody. Woda wbrew pozorom, może być dosyć ciepła. Nawet gorąca woda nie szkodzi wełnie, szkodzi jej natomiast ugniatanie oraz nagłe zmiany temperatury. Czyli jak zaczynamy z gorącą wodą to się jej trzymajmy a wszystko będzie ok :) Jak wody jest już sporo, tak żeby dało się bełtać ręką, wełna była przykryta i w miarę luźno sobie pływała to zakręcam wodę i zostawiam na jakiś czas żeby se namokła.  Można ją lekko ręką mieszać, ale bez ugniatania! Jak uznam że starczy i nie mogę patrzeć już na ten syf, to odsuwam trochę wełnę od odpływu, wyjmuję korek i wrzucam takie sitko, żeby nam kłaki nie spłynęły i nie zatkały rur. A zatykają cudownie jak się im na to pozwoli :/ Jak syf spłynie to operację z nalewaniem wody powtarzam tak długo, aż czystość wypłukiwanej wody będzie mnie zadowalać. Doświadczenie mi mówi, że trzykrotne płukanie to minimum. Generalnie chodzi żeby usunąć tłuszczopot i lanolinę. Dlatego tym razem używałam ciepłej wody oraz detergentu. Jeśli natomiast chcemy przepłukać bardzo brudną wełnę, ale jednocześnie zostawić na niej choć część lanoliny (przydatne przy przędzeniu), to pierzemy ją jak wyżej, ale BEZ DETERGENTU oraz przy użyciu ZIMNEJ WODY. Lanolina to tłuszcz, więc masowo spływa dopiero w 38 stopniach Celsjusza.  Ale ponieważ ja chciałam wełnę odtłuścić do gręplowania (gręplarnie wymagają czystej wełny!) to prałam w ciepłej.
No i teraz jak już spuścimy w rury ostatnie płukanie, to ja biorę sobie miskę, stawiam w wannie  do góry dnem i delikatnie przekładam kolejne kawałki wełny, i kładę je na wierzchu tej miski. Wełna przez chwilkę obcieka do wanny a ja nie mam zasyfionej całej łazienki. Przy okazji lekko rozciągam pasma. I teraz krok, którego wszyscy się boją. Czyli wirowanie w pralce. Otóż gdybym czekała bez odwirowania, aż mi to wyschnie, to albo najpierw by zgniło, albo czekałabym do końca świata. Tak więc technika górą, dzielę ten 1kg na dwie partie i po  kolei wrzucam najpierw do  woreczka do prania firan, a potem do pralki. Delikatnie rozkładam w bębnie, żeby nie zbiło się w kulę. Teraz program wirowania i  na płachtę. Taka wełna odwirowana, jest z reguły nieco zbita i lekko wilgotna więc musi doschnąć sobie spokojnie, ale zajmuje to z reguły około jeden dzień a nie pół roku :/ Aha i jako płachty używam starej  poszewki na kołdrę, kupionej w lumpie za czypindziesiant ;)
Wchłania wodę spływającą z wełny i nie jest mi jej zbytnio szkoda


Póki wełna jest lekko wilgotna, to można ją doskonale porozciągać z glutów. Na pierwszym  planie jest taka wyjęta z pralki, a z tyłu taka z poprzedniego  wirowania, już porozciągana. Rozwleczenie jej sprawia dodatkowo, że szybciej schnie bo w takich zamkniętych gulach wilgoć będzie się trzymać wieki.
Teraz tylko pilnuję, żeby mi jej koty oraz Trolle nie rozwlekły po całym mieszkaniu i raz na jakiś czas przerzucam i mieszam, żeby powietrze dochodziło. Schnie  wtedy szybciutko i można ją potem spokojnie zapakować w woreczek  (najlepiej tekstylny czyli starą poszewkę czy worek lniany). Do wysyłki zapakuję w folię, ale ponieważ  będzie już sucha i wysyłam kurierem (nie wiem czemu ale wychodzi taniej niż na poczcie) to jeden dzień w plastiku jej nie zaszkodzi.

I teraz trzymajcie kciuki, żeby gręplarnia nie odesłała mi wsadu do poduszek zamiast zgręplowanych błamów.
Bo się chyba pochlastam z rozpaczy ;|

I na do widzenia oczywiście Samotna Góra :)



Ja pierniczę, co za film!
Czemu ja w ogóle zajęłam się rekonstrukcją zamiast jeździć na cosplaye i konwenty fantasy?!

wtorek, 3 grudnia 2013

Czesaki do wełny

No to po wielkich ceregielach, zastanawianiu się i kalkulacjach, zdecydowałam się na zakup płytek/obić zgrzeblnych w firmie Grawi i zmajstrowałam sobie z nich porządne duże czesaki.
Płytki wyglądają tak:


Potem wizyta w ciastoramie ;) po dwa kawałki sklejki, u rodziców dysponujących piłą i zszywaczem do drewna, uśmiech do taty żeby te poryrane brzegi trochę przeszlifował i voila mamy czesadła do wełny!

Wyszły tak:




Działają na razie całkiem sensownie, choć do tej pory czesałam tylko na próbę trochę wrzosówki. I takiej wypranej i w tłuszczu! Bo te czesaki  mają dosyć grube i mocne zęby, zamówiłam takie celowo do zabawy z tłustą i prymitywną wełną. Kupne czesadłą, jak im się przyjrzałam, raczej byłyby zbyt delikatne (nie mówiąc już o cenie). Trochę roladek widać w koszyku, choć jeszcze muszę dojść do wprawy :)

Ale zadowolona jestem, bo używałam do tej pory takich małych kocich sczotek i można się było zaczesać na śmierć ;)
Jakby co to polecam jeśli ktoś szuka alternatywy dla zakupów z zagranicy :)

poniedziałek, 16 lipca 2012

Zgrzeblenie

Jak wspomniałam w poprzednim poście, Kacpra dopadło zapalenie oskrzeli więc bitwę Grunwaldzką obejrzeliśmy sobie już w suchych pieleszach domowych via internet. Opiekowanie się chorym dzieckiem polega przeważnie na pocieszaniu go jak mu źle, aplikowaniu lekarstw, zabawianiu i karmieniu. Ale ponieważ chore dziecko sporo śpi, to także na siedzeniu z nim solidarnie w domu. No więc siedzę sobie i od tego siedzenia zaswędziały mnie ręce, więc zabrałam się za zaległe robótki. Dłubię więc jakieś sznurki, przędę czesankę ufarbowaną koszenilą, uprałam dwie partie wrzosówki (nareszcie) i zabrałam się za zgrzebła. No i przypomniałam sobie że właściwie nie chwaliłam się jeszcze na blogu moimi nowymi zgrzebełkami.
A wyglądają tak:

Nie śmiejcie się proszę - ja nie stolarz i mam dwie lewe ręce więc wyszły krzywe, ale swoje zadanie spełniają.  Co prawda myślałam że ręce mi odpadną od wiertarki, ułamały mi się dwa wiertła, podczas wiercenia tych 160 dziurek, ale jestem zadowolona.
Generalnie zrobiłam niepotrzebnie dwa, bo okazuje się że całkiem dobrze pracuje się na jednym. No i działają znacznie szybciej i sprawniej niż moje małe kocie czesaczki, które zwędziłam mamie i na których obrabianie wełny trwało całe wieki ;-)
Na ten moment udało mi się bardzo sprawnie wyzgrzeblić (bo efektu nie nazwałabym "wyczesanym" ;-D ) całą czarną wrzosówkę i siateczkę z cakli. Cakle na zdjęciu, wrzosówka spakowana i nie chciało mi się jej wyciągać do zdjęcia.


Metoda użycia jest prosta. Trzymamy sobie zgrzebło w łapce (lub w wersji lux przyśrubowujemy do stołu) i drugą ręką trzymającą garść wełny przeciągamy przez gwoździe. Część czesanki zostaje nam na zgrzeble, więc powtarzamy aż zahaczy się wszystko. Jak już nic nie zostanie nam w ręku, to w zależności od tego czy efekt nas zadowala czy nie, albo zdejmujemy i powtarzamy procedurę, albo zdejmujemy i odkładamy do koszyka oznaczonego "wyczesane" ;-)
I tak do upadłego
Ale całkiem fajnie idzie.

I na deserek fotka z prania szarej wrzosówki. Wełna śliczna, ale nawet na mnie zrobiło wrażenie to co z niej spłynęło. Teraz się suszy i po wyschnięciu także idzie na zgrzebła :-D
Płukana była trzy razy w letniej wodzie bez środków piorących. Ale cakle od górala wyglądały jeszcze gorzej - żałuję że wtedy nie wpadłam na to by uwiecznić to błoto na zdjęciu.

W następnym odcinku może wreszcie zbiorę się żeby opisać moje przemyślenia odnośnie barwienia koszenilą :-)