Zaczęło się od paniki mojej Teściówki, gdy zobaczyła jak Troll Większy wyciąga jej pieczołowicie schowane w szafce szydełkowe aniołki, sztuk dwa. Powód do paniki dla mnie kompletnie niezrozumiały - takich pierdół w moim własnym domu rodzinnym zawsze było na pęczki, i nikt się nimi specjalnie nie przejmował. Nawet w zeszłym roku mama z ciotką, obwiesiły tymi "janiołami" ;-) pół ogrodu. Ot taka fantazja.
Przypatrzywszy się im, wpadł mi jednak do głowy pomysł, żeby też się takowych naumieć robić. Nici mam mnóstwo, tylko trochę techniki potrzeba no i zrozumieć jak się te fikuśne, dziurki i wachlarzyki robi, bo do tej pory moje zdolności szydełkowania kończyły się na słupkach, półsłupkach i małych słupkach.
Nastawiona więc bojowo udałam się do Mistrzyni Szydełka - "mama pokaż mi jak się właściwie te anioły robi, bo ja bym chciała sobie dekorację na święta zrobić. A takie pierdoły idealne, bo można w razie co wyprać i się nie tłuką jak bombki i w razie jakby Trolle dopadły to też nie szkoda..."
-"... jak się robi? A prosto, tu półsłupek, tu potrójny tam widełki, potem zbierasz i mocujesz...."
- " toć ja nie mam pojęcia co to ten potrójny? A widełki?"
- " no jak nie wiesz?! Przecież to takie proste!"
- "aha jasne, jakbym wiedziała to bym ci głowy nie zawracała"
I na szczęście dla mnie mama poszła na górę i znalazła, jakiegoś przeoczonego biedaka z zeszłorocznej kolekcji (którą ciotka już zdążyła wyrzucić, bo stwierdziła, że brudne i jej się nie chce prać i krochmalić).
Pokazuje mi więc te wszystkie sznureczki, wachlarzyki, ćwierćsłupki, mocowania, a ja patrząc na plątaninę nitek widzę coraz więcej. No to wzięłam szydełko w rękę i do boju. Plotę uważnie, nawet szybko mi idzie, no i coś tam wychodzi. Jak już doszłam do połowy, to cała dumna i blada pokazuję efekt Mistrzyni, która się łapie za głowę i stwierdza że nie ma pojęcia, jak ja to wszystko zrobiłam. No jak to jak, ze wzoru przecie. Na to ona, że na pewno nie ze wzoru bo inaczej wygląda i faktycznie jak przyglądam się zmiętemu zeszłoroczniakowi, to mój jakoś inaczej wychodzi. Na moją zbolałą i zniechęconą minę, mama pociesza mnie jednak - ty się nie przejmuj, przecież ładny jest, kto to powiedział że to dokładnie jak na wzorze ma być ;-D No to nieco pocieszona, dokańczam próbkę, a w domu zabieram się już do poważniejszego dziergania. I tak mi nieliczne wolne chwile mijają na szydełkowaniu. Może nawet podaruję jakiegoś Teściówce, żeby miała do kolekcji :-D
A efekt (na razie niewielki):
Na fali szydełkomanii, zrobiłam też "coś co miało być kotem pacynką" i jest absolutnym dowodem na mój brak zdolności artystycznych. Wyszedł okropny i z przykrością stwierdzam, że to co widzą oczy duszy, tego moje ręce jednak nie potrafią zrobić. Zresztą oceńcie sami :-/
Teraz zabieram się za szydełkowe"płatki śniegu" do uzupełnienia dekoracji. To mi jednak lepiej idzie.
A na koniec zgaduj zgadula.
Ile kotów widzisz na obrazku? Tym razem prawdziwych ;>
Oświadczam iż odczas robienia zdjęcia żaden kot nie ucierpial ;-D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szydełko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szydełko. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 26 listopada 2012
czwartek, 23 lutego 2012
Wyzwanie i naalbindingowe rozterki ;-)
Uprzędłszy włóczkę podczas styczniowego Wyzwania Prząśniczki, zabrałam się do drugiego etapu, którym miało być zrobienie mitenek z tejże wełny. Żal mi było takiej "koszernej" historycznie wełny na współczesne cuda więc postanowiłam, po raz enty zresztą, nauczyć się wreszcie naalbindingu. Zadanie udało mi się wykonać połowicznie, ponieważ po przestudiowaniu szeregu tutoriali, załapałam wreszcie o co chodzi w najprostszym ściegu czyli tzw. Oslo stitch, to nie potrafię jednak w tym momencie na tyle zapanować nad robótką by zrobić coś w miarę regularnego. Zresztą widać to na zdjęciu z próbkami poniżej.
Trudno mi jest, z jakiegoś powodu, zapanować nad tendencją ściągania robóŧki i ściegów do granic możliwości i wychodzi mi raczej coś w rodzaju wełnianej kolczugi niż lekko poddającej się dzianiny. Ale mam nadzieję że w końcu nabiorę wprawy i uda mi się wreszcie wyczuć naciągi.
Ale na razie zrezygnowałam z mitenek naalbindingowych i skoro przyszła wiosna to (przeczytawszy najpierw że są znaleziska szydełek i prawdopodobieństwo występowania tego typu dzianin jest na terenach Polski spore), zrobiłam z wyzwaniowej wełenki parę mitenek dla siebie i z drugiej, przędzionej wcześniej, drugą parę dla mojej połówki co by mu łapki zimno nie było:-)
Oba na szydełku, niezbyt skomplikowanie bo wyłącznie słupkami i półsłupkami. Szydełko idzie mi znacznie sprawniej i szybciej niż igła, chociaż nauczyłam się tego stosunkowo niedawno. I jestem z siebie ogromnie dumna, ponieważ mając w domu stado kobiet które potrafiły na drutach i szydełku, cuda zrobić, ja zawsze byłam "tą z dwoma lewymi rękami i jedną dodatkowo drewnianą" ;-) Poczucie że wreszcie z grubsza załapałam o co chodzi jest bardzo przyjemne. I nawet zaczynam nieśmiało planować że poproszę moją mamę, żeby pokazała mi o co chodzi w robieniu na drutach :-D A co mi tam może też załapię i będę potrafiła sobie zrobić jakieś ładne rzeczy.
I jeszcze podczas robienia to przyszła mi do głowy jedna rzecz. Otóż nie wiem jak jest przy robieniu na drutach, ale w przypadku i szydełka i igły to znacznie łatwiej jest mi się ogarnąć z robótką podczas robienia singla niż włóczek skręcanych z kilku nitek. Mniej mi się to po prostu plącze i łatwiej znaleźć właściwe dziurki do wbicia :-) Ciekawa jestem czy w miarę nabierania wprawy też będę zauważać taką różnicę.
Trudno mi jest, z jakiegoś powodu, zapanować nad tendencją ściągania robóŧki i ściegów do granic możliwości i wychodzi mi raczej coś w rodzaju wełnianej kolczugi niż lekko poddającej się dzianiny. Ale mam nadzieję że w końcu nabiorę wprawy i uda mi się wreszcie wyczuć naciągi.
Ale na razie zrezygnowałam z mitenek naalbindingowych i skoro przyszła wiosna to (przeczytawszy najpierw że są znaleziska szydełek i prawdopodobieństwo występowania tego typu dzianin jest na terenach Polski spore), zrobiłam z wyzwaniowej wełenki parę mitenek dla siebie i z drugiej, przędzionej wcześniej, drugą parę dla mojej połówki co by mu łapki zimno nie było:-)
Oba na szydełku, niezbyt skomplikowanie bo wyłącznie słupkami i półsłupkami. Szydełko idzie mi znacznie sprawniej i szybciej niż igła, chociaż nauczyłam się tego stosunkowo niedawno. I jestem z siebie ogromnie dumna, ponieważ mając w domu stado kobiet które potrafiły na drutach i szydełku, cuda zrobić, ja zawsze byłam "tą z dwoma lewymi rękami i jedną dodatkowo drewnianą" ;-) Poczucie że wreszcie z grubsza załapałam o co chodzi jest bardzo przyjemne. I nawet zaczynam nieśmiało planować że poproszę moją mamę, żeby pokazała mi o co chodzi w robieniu na drutach :-D A co mi tam może też załapię i będę potrafiła sobie zrobić jakieś ładne rzeczy.
I jeszcze podczas robienia to przyszła mi do głowy jedna rzecz. Otóż nie wiem jak jest przy robieniu na drutach, ale w przypadku i szydełka i igły to znacznie łatwiej jest mi się ogarnąć z robótką podczas robienia singla niż włóczek skręcanych z kilku nitek. Mniej mi się to po prostu plącze i łatwiej znaleźć właściwe dziurki do wbicia :-) Ciekawa jestem czy w miarę nabierania wprawy też będę zauważać taką różnicę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
