Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naalbinding. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naalbinding. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 stycznia 2013

Rękawiczki naalbindingowe, pięciopalczaste

Dawno, dawno temu gdy dopiero zaczynałam swoją zabawę z ryry, miałam okazję uczestniczyć w małym pokaziku naalbindingu. Jako że była to dla mnie wtedy czarna magia, to gdy pojawiła się informacja, że "naalbindingiem nie da się zrobić pięciopalczastych rękawiczek", pokiwałam głową i poszłam dalej. A ostatnio gdy zaczęłam się "trochę na tym znać" to zastanowiło mnie dlaczego niby nie można. Teorię taką da się sfalsyfikować tylko w jeden sposób.
I oto tadaaaaam


 Ścieg Mammen
Wełna: 100% góralska, naturalna szara

To pierwsza para więc mają sporo niedoskonałości, ale dzięki temu już wiem jak uniknąć błędów.

Zaznaczam, że nie jest to rekonstrukcja, a wyłącznie moja fantazja na ten temat oraz test możliwości technicznych.  Nic nie wiem na temat czy wikingowie nosili pięciopalczaste rękawiczki. Ale są bardzo ciepłe i zaskakująco wygodne, więc używam ich zamiast standardowych kupnych.
Niedługo druga para na zamówienie Nieuczesanego, tym razem będzie ścieg Dalby

piątek, 11 stycznia 2013

Pończochy

Tadaaam!
Wymęczone od ponad trzech miesięcy. Właściwie to już nie pamiętam kiedy je zaczęłam, ale nie miały szczęścia do roboty. Z reguły robiłam parę oczek i coś (albo ktoś) mnie odrywało. Kopa dostałam dopiero gdy Morgiana, radosnym tonem oznajmiła mi że właśnie zrobiła sobie jedną nogawiczkę (i to większą i grubszą niż moje), a zaraz bierze się za drugą. Zajęło jej to PÓŁ DNIA! Jakby mnie kto w tyłek kopnął, no bo przecie ja tyyyyle czasu te nieszczęsne nogawice robiłam i końca nie było widać. Nie było wyjścia i by choć resztki honoru uratować, siadłam i skończyłam. W przeciwieństwie do Morgiany zajęło mi to kilka dni a nie pół, ale przynajmniej zrobione  i przepisane z listy "in progress" na listę "forget" ;-) Oczywiście wyszły nie takie jakie miały wyjść. Ale to chyba po prostu ja mam jakieś nogi niewymiarowe, grube i wogle :-/ W sumie jakby się zastanowić to nic dziwnego - 20 lat w siodle zobowiązuje, ale czasem nachodzi mnie chandra, gdy pooglądam sobie na blogach, sarnie nóżki dziewczyn w wysokich naalowych pończochach.
No to jeszcze krótko o samych pońcozchach. Są grube i ciężkie. Sięgają jak widać na zdjęciach, aż za kolano. Spokojnie mogę w nich wyruszyć na zimową wyprawę po Syberii. Poszło na nie 250g wełny. Ścieg Mammen (mój ulubiony), wełna góralska w naturalnym szarym kolorze. Zastanawiam się czy ich nie pofarbować, ale to już opcja i nie mam ciśnienia.



Oprócz tego udało mi się pokończyć parę rzeczy, dzięki czemu zwolniłam kolejkę dla spraw do tej pory "niepriorytetowych", które nagle robią się priorytetowe. Na przykład dla jedwabnych tunik połowieckich dla mnie i Nieuczesanego. A także maty dla Lotgara (ciężko mi to zrobić technicznie w mieszkaniu w bloku) i stuffu na przyszłoroczne kramowanie.
Dla relaksu wrzuciłam na Gwidona, melanż z grzebieni (100g, też leżał i nabierał wartości urzędowej chyba z rok) i wreszcie odważyłam się ruszyć hiszpańskiego merynosa 24mc z Poltospu. Melanż jaki jest widać na zdjęciu. Nie pamiętam co mi przyświecało, gdy go fabrykowałam i nie mam pojęcia co z nim dalej począć. Skręcić w dubla? A może navajo? Na razie leży i czeka.
Natomiast merynosa potraktowałam jako eksperyment i postanowiłam sprawdzić jak cienką nitkę jestem w stanie zrobić. Na ten moment wyszło mi że absolutne maximum to około 500m w 100g. Tyle jestem w stanie wyciągnąć na Gwidonie, który wybitnie nie ułatwia mi roboty - szarpie, pracuje nierówno, grzeje pedał, i ciężko na nim uzyskać płynność pracy. Generalnie masakra, dlatego dwa małe motki (w sumie 50g) są sprzędzione cieniej, natomiast druga 50g jest już nieco grubsza i ma niezbyt inspirujące 165m/50g  Żal mi było po prostu czesanki na takie "niestabilne" cienizny.


Moja dusza krzyczy teraz - KOŁOWROTKA!!!
Mam nadzieję, że już niedługo...


piątek, 27 kwietnia 2012

Naalbinding - refleksje

Dłubałam i dłubałam już od tygodnia.
Pewnie by mi to szybciej poszło, ale ciągle coś mi przerywało robotę.
Ale udało mi się wydłubać naalbindingową czapeczkę. Tym razem, korzystając z pomocy tej strony , wreszcie rozpracowałam co robiłam źle poprzednio.
Stronka jest w ogóle rewelacyjna, są na niej zdjęcia ściegów, schematy, filmiki,  a nawet instruktaże dla leworęcznych, a wszystko okraszone sporą dawką teorii, opisów i technik :-) Szczerze polecam, mnie bardzo pomogła. Dzięki niej umiem już kilka ściegów, czyli na ten moment podstawowy Oslo, Korgen, Mammen i York (Yorvik). Jeśli czas pozwoli, zabiorę się sukcesywnie za kolejne, szczególnie Asle mi się podoba :-)
Generalnie większość z ściegów różni się od siebie drobnymi pierdołami, typu łapanie za dwie pętelki zamiast za jedną, więc często wystarczy po prostu dobrze opanować jedną z technik i wprowadzać modyfikacje.
A na zdjęciach czapeczka zrobiona ściegiem Mammen
Ścieg Mammen, wełna maszynowa, podhalańska

Mammen ogólny pokrój

Mammen zbliżenie

in progress ;-)

No i parę refleksji.
Zaznaczam że piszę z pozycji osoby całkowicie początkującej. Ale wydaje mi się że albo mam baaardzo gruby kciuk ;-) albo naalbinding przeznaczony jest do użytku z możliwie grubą wełną. Bowiem oczka wychodzą wielkości tego tkwiącego na naszym kciuku - jest to uniwersalna miarka według której robi się robótka. Poza tym zarówno na polecanej przeze mnie stronce, jak i różnych stronach osób zajmujących się tą techniką, umieszczane są zdjęcia robione bardzo grubą włóczką. I z tych próbek które udało mi się wykonać większość wyglądała jak mocno dziurawa pajęczyna, a nie jak coś co można uznać za zdatne do użytku.
Dla przykładu dwie próbki ściegu Yorvik. Szara to ta sama wełna, z której robiłam czapkę, natomiast biała to jakaś resztka, nie pamiętam co i skąd, ale to najgrubsza wełna jaką znalazłam w moich zbiorach.
Próbki York (Yorvik)
Jak widać pomimo robienia na jedno kopyto to ta z cieńszej włóczki, jest zbyt luźna, natomiast ta z grubszej już ujdzie w tłoku (choć nadal jest trochę za rzadko jak dla mnie). Ten sam problem dotyczy ściegu Oslo i Korgen. Mammen jest jedynym który jako tako nadawał się do użycia z tą włóczką a i tak nie wyszedł zbyt gęsty. Mam więc radę dla osób, które zamierzają spróbować naalbindingu - stosujcie grube wełny lub okrawajcie sobie kciuk ;-)
Generalnie moje teorie mają sens, gdy weźmiemy pod uwagę iż naalbinding jest charakterystyczny dla Skandynawii, a tam klimat podpowiada używanie możliwie grubych tkanin i dzianin, dla ochrony przed chłodem :-) Ale to takie moje luźne dywagacje.
Z innych spostrzeżeń to robiłam nieco za krótkie igły przez co ciężko mi przeciągnąć wszystkie oczka jednym ruchem, a także za chiny nie potrafię dołączyć nitki inaczej niż dowiązując ją. 
Niemniej jednak jest postęp i uznaję że moje eksperymenty są udane i rokują na przyszłość. A może nawet wprowadzę wyroby igłowe do mojego kramiku rekonstruktorskiego :-D

wtorek, 6 marca 2012

Naalbinding - ciąg dalszy

Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską... ;-)
No i nie wyszło mi coś. Bo popełniwszy parę skarpet, zechciałam skonfrontować moje "dzieło" z innymi, które można sobie obejrzeć w sieci. No i oczywiście jak zwykle nie wiem co robię źle, bo nie dosyć że mój ścieg (wydawało mi się że to Oslo) wygląda zupełnie inaczej niż powinien, to na dodatek dokładne przestudiowanie tutoriali, sprawiło iż zgłupiałam do reszty. Bo pełno jest na tubie różnistych filmików, podczas których pokazywane są ściegi (przeważnie nic nie widać jak dokładnie ma ta nić iść ;-) ), w których wykonawcy fikuśnie zawijają sobie nić na palcu i przekładają w jakiś niepojęty dla mnie sposób 8| A moja technika jest jakaś taka łopatologiczna. Czyli znów się okazało iż jednak muszę znaleźć kogoś kto mi to po prostu pokaże na żywo, bo inaczej  nie da rady :/
Na szczęście skarpety wyszły w miarę ok. To znaczy nawet równe i możliwe do użytku. A legendarne wyrabianie pięty, jest w moim przypadku banalne i nie sprawiło mi najmniejszego problemu. Tylko jak się mnie jakiś specjalista zapyta co to za ścieg, to mogę co najwyżej zatrzepotać rzęsami z zakłopotania ;-)

czwartek, 1 marca 2012

Naalbinding

Wreszcie udało mi się opanować w miarę porządnie naalbindingowy ścieg Oslo, no to postanowiłam zrobić coś konkretnego czyli skarpety. Technicznie mam już rozpracowane jak to dociągać i jak se rozpisać żeby wyrobić pięte i iinne takie duperele, ale w połowie pierwszej ze skarpet zorientowałam się że jest to jednak straszliwie włóczkochłonna technika. I że nie starczy mi wełny z zapasów. Bo zapasy wełny "normalnej" czyli nie przędzionej ręcznie, skurczyły się ostatnio , a tej przędzionej trochę mi szkoda na próbki co do  których nie jestem pewna czy w ogóle wyjdą. Tym bardziej że zarówno szydełko jak i druty można łatwo spruć i bawić się od początku, ale w przypadku techniki igłowej to ciężko mi jest sobie wyobrazić wydłubywanie tego ścieg po ściegu. W związku z tym postanowiłam odwiedzić nasz wspaniały gdyński jarmark cudów, nazywany potocznie halą targową, w celu uzupełnienia zapasów włóczki. Bo gdzieś po mózgu kołatała mi informacja, iż obecni tam górale z oscypkami i baranimi kapciami, miewają także wełnę z owiec górskich, we w miarę przystępnej cenie. Że coś dostanę to się tak naprawdę nie spodziewałam, ale liczyłam że chociaż uda mi się zamówić, bo w końcu aż tak mi się nie pali. No i spotkała mnie niespodzianka, ponieważ sympatyczny pan od kapci, miał również akurat wełnę :-D Nie jestem detalistką więc ogołociłam go prawie do szczętu kupując ponad kilogram - po połowie szarej i białej i zostawiając jakieś nędzne dwa motki na które po prostu nie starczyło mi kasy. Ale porównanie cen z nieodległą pasmanterią sprawiło, że nie żałowałam, bo za sumę owych 45zł mogłabym kupić co najwyżej 100g i troszkę w tejże pasmanterii. Wiadomo że to zupełnie inna gatunkowo włóczka (bo gryzie jak diabli i przy merynosach to nie stała), ale do rekonstrukcji nadaje się znacznie lepiej niż ta sklepowa i jakoś tak ogólnie bardziej mnie przekonuje. Białą na dodatek zamierzam pofarbować naturalnie i zobaczyć jak to wyjdzie.
Jestem bardzo zadowolona ze zdobyczy :-) choć momentami nachodzi mnie refleksja iż naprawdę jest coś ze mną nie tak, skoro zamiast latać po wyprzedażach w galeriach handlowych, to  rajcuje mnie  pachnąca lanoliną wełna z hali targowej ;-)
A poniżej fotka mojego łupu.
Teraz trzeba to tylko przewinąć w kłębki... ;-/ brrrrrr

PS: Cieszy mnie odzew na moją rozdawajkę! Zapraszam wszystkich niezdecydowanych :-D

czwartek, 23 lutego 2012

Wyzwanie i naalbindingowe rozterki ;-)

Uprzędłszy włóczkę podczas styczniowego Wyzwania Prząśniczki, zabrałam się do drugiego etapu, którym miało być zrobienie mitenek z tejże wełny. Żal mi było takiej "koszernej" historycznie wełny na współczesne cuda więc postanowiłam, po raz enty zresztą, nauczyć się wreszcie naalbindingu. Zadanie udało mi się wykonać połowicznie, ponieważ  po przestudiowaniu szeregu tutoriali, załapałam wreszcie o co chodzi w najprostszym ściegu czyli tzw. Oslo stitch, to nie potrafię jednak w tym momencie na tyle zapanować nad robótką by zrobić coś w miarę regularnego. Zresztą widać to na zdjęciu z próbkami poniżej.
Trudno mi jest, z jakiegoś powodu, zapanować nad tendencją ściągania robóŧki i ściegów do granic możliwości i wychodzi mi raczej coś w rodzaju wełnianej kolczugi niż lekko poddającej się dzianiny. Ale mam nadzieję że w końcu nabiorę wprawy i uda mi się wreszcie wyczuć naciągi.
Ale na razie zrezygnowałam z mitenek naalbindingowych i skoro przyszła wiosna to (przeczytawszy najpierw że są znaleziska szydełek i prawdopodobieństwo występowania tego typu dzianin jest na terenach Polski spore), zrobiłam z wyzwaniowej wełenki parę mitenek dla siebie i z drugiej, przędzionej wcześniej, drugą parę dla mojej połówki co by mu łapki zimno nie było:-)


Oba na szydełku, niezbyt skomplikowanie bo wyłącznie słupkami i półsłupkami. Szydełko idzie mi znacznie sprawniej i szybciej niż igła, chociaż nauczyłam się tego stosunkowo niedawno. I jestem z siebie ogromnie dumna, ponieważ mając w domu stado kobiet które potrafiły na drutach i szydełku, cuda zrobić, ja zawsze byłam "tą z dwoma lewymi rękami i jedną dodatkowo drewnianą" ;-) Poczucie że wreszcie z grubsza załapałam o co chodzi jest bardzo przyjemne. I nawet zaczynam nieśmiało planować że poproszę moją mamę, żeby pokazała mi o co chodzi w robieniu na drutach :-D A co mi tam może też załapię i będę potrafiła sobie zrobić jakieś ładne rzeczy.

I jeszcze podczas robienia to przyszła mi do głowy jedna rzecz. Otóż nie wiem jak jest przy robieniu na drutach, ale w przypadku i szydełka i igły to znacznie łatwiej jest mi się ogarnąć z robótką podczas robienia singla niż włóczek skręcanych z kilku nitek. Mniej mi się to po prostu plącze i łatwiej znaleźć właściwe dziurki do wbicia :-)  Ciekawa jestem czy w miarę nabierania wprawy też będę zauważać taką różnicę.