Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eksperymenty farbiarskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eksperymenty farbiarskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2015

Sukces! Wyszło mi barwienie urzetem (Isatis tinctoria)

Od wiosny trzęsłam się i plątałam nad sporą ilością najpierw nasionek, potem siewek i w końcu sadzonek urzetu barwierskiego. Z jednej strony wielkie nadzieje, z drugiej poczucie że raczej nie wyjdzie, bo jakoś temat barwienia tą rośliną jest u nas trudny.
A dla niezorientowanych jest to podstawowa roślina w naszym klimacie by otrzymać jakieś sensowne niebieskie odcienie. I w dodatku kompletnie wytępiona, moi rodzice aż kręcili głowami jak im w ogródku zasadziłam chwasty i się nad nimi  trzęsłam ;)
No ale bylam zadowolona, że w ogóle udało mi się nasionka wykiełkować i potem pikowane wyrosły już w dorosłe rośliny.
Siewki urzetu tuż przed pikowaniem na wiosnę


środa, 13 listopada 2013

Wełna z czarnogłówki

Pozazdrościłam Owce i Finextrze i tym wpisem  chciałabym zainaugurować własny, niewielki cykl poświęcony różnym gatunkom wełny :D Siłą rzeczy będę się skupiać na rasach, które są bezpośrednio dostępne w Polsce (tutaj hodowane lub rodzime), ale raczej z punktu widzenia potencjalnego użytkownika. Bo może kiedyś się komuś przyda :) a i mnie łatwiej będzie do tego wrócić niż do kapownika, który ciągle mi ginie i nigdy nie ma go pod ręką gdy jest  potrzebny ;|

Na początek więc leci to co akurat mam na warsztacie, czyli wełenka z mięsnej owcy czarnogłówki. Tak, mnie ta "mięsność" też nieco zdziwiła i lekko odstręczyła, ale ku mojemu zdziwieniu zakup okazał się strzałem w dziesiątkę.

Sama wełenka, wygląda tak:




FILCOWANIE:
Wełenkę kupiłam bezpośrednio w gręplarni, jest zgręplowana warstwowo - czyli w błamie. Przy okazji, mogę z czystym sumieniem polecić gręplarnię, w której ją zakupiłam.
Poszukiwałam po prostu produktu zastępczego, gdyż mój dotychczasowy dostawca, przestał wełnę o interesujących mnie parametrach produkować i znalazłam się w czarnej dupie, że nie będę miała z czego robić ;). Wcześniej moją bazową wełną, była czesanka z polskich owiec, prawdopodobnie miejscowych merynosów lub ich krzyżówek, ale przestawienie się nie było tak bolesne jak się obawiałam. Moje obawy dotyczyły głównie kwestii filcowania, bo wełna z czarnogłówki jest wełną krzyżówkową. To znaczy, że teoretycznie powinna się filcować znacznie gorzej niż wełny puchowe (merynosowe), choć minimalnie lepiej niż z ras długowełnistych (vide owca pomorska która zostawiła mi traumę, chyba na całe życie;))
Czarnogłówka, muszę powiedzieć, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Wprawdzie łapie ciężej niż moje poprzednie wełny, ale bez problemu daje się formować. Wyroby są sztywniejsze, bardziej trzymają się "w kupie" co zresztą widać na poniższym zdjęciu. Te rogi są naprawdę obszerne i mimo to spokojnie wytrzymają obciążenie welonem :)
Oczywiście nie przekonam do swojego zdania wielbicieli australijskich merynosów, dla których wełna grubsza niż 24mc to włosienica, ale może przyda się osobom, które poszukują nieco sztywniejszego materiału na torby lub kapelusze :)
Ostrzegam także, że potrzeba tutaj nieco ostrzejszego traktowania - czyli wskazana roletka i nie żałować siły. Plus za to ze znacznie mniej się gluci na łączeniach i bez problemu można wszystko  wyrównać w trakcie pracy. A jak już złapie to trzyma :D

Baza do czepca rogatego

PRZĘDZENIE:
 To co nie ma znaczenia, lub ma marginalne przy filcowaniu, może w dużej mierze pokrzyżować plany przędzalnicze.
Ale i tutaj czarnogłówka sprawia się dobrze.
 Trafiła mi się bardzo ładna wyrównana partia, bardzo niewiele włosów typowo rdzeniowych, choć całość jest dosyć sztywna i zwarta. Nie daje się zbyt łatwo ugnieść i nie zbija się w gluty. Jest ładnie zgręplowana, ma bardzo mało "krócizn", ale nieco więcej zanieczyszczeń roślinnych.
Przędzie się rewelacyjnie. Jestem zaledwie po dwu próbkach, ale już mogę powiedzieć, że jest dobra do nauki. Podczas przędzenia, nie mam wrażenia jakbym próbowała łapać kisiel, a które zawsze mnie prześladuje przy cieńszych merynosach i dodatkowo bardzo ładnie wygładza nierówności na nitce a także świetnie się wyciąga z "chmurki".
Poza tym produkt końcowy, czyli przędza nie gryzie aż tak bardzo, jakby się wydawało że powinna, po badaniu "na macanego". Faktycznie jest dosyć szorstka i sztywna, ale brak włosów rdzeniowych sprawia, że nie ma się uczucia "igieł" na skórze. Ja w ogóle jestem gruboskórna i noszenie nawet kłujących wełen nie sprawia mi problemu, ale i delikatniejsza koleżanka potwierdziła, że jest nieźle. Dla wrażliwszych spokojnie nada się na skarpety czy tego typu rzeczy :) 

Czarnogłówka, podwójna nić do naalbindingu. Copyright by Morgiana :)



BARWIENIE:
I na koniec ostatni eksperyment - farbowanie :D
Nie mogłam sobie odmówić próby barwienia więc gdy zostało mi trochę kąpieli  z marzanny to wrzuciłam całkiem ładny kawałek - 180g. Stąd kolorek wyszedł pastelowy, nie szkodzi, też mi się podoba i przyda, a nie o konkretny kolor mi chodziło, lecz o sprawdzenie jak wełna w błamie zniesie gotowanie, mieszanie i tego typu atrakcje. A opinie w necie, iż błamy w ogóle źle znoszą te rzeczy, nie napawały mnie szczególnym optymizmem. I tutaj zostalam pozytywnie zaskoczona. Czarnogłówka zniosła  kąpiel barwierską znacznie lepiej niż moje wcześniejsze czesanki. Nie zbiła się w ogóle, po odcieknięciu miałam wrażenie że spuchła i wróciła do stanu sprzed operacji. Zbitek ani glutów nie zanotowałam. A gotowałam ją dosyć uczciwie, szturchałam i mieszałam w trakcie, uznawszy iż wiedza wymaga ofiar ;) Tych ostatnich nie stwierdzono, błamik na razie zwinęłam i schowałam do czasu aż będę miała się kiedy zabrać za jego sprzędzenie.
Tak wygląda:

Błam z czarnogłówki, barwiony w marzannie barwierskiej, w trzeciej kąpieli


Pozostaje zrobić próbę z farbami chemicznymi w piekarniku albo garze pod przykryciem, ale na razie nie miałam na to czasu. Ale przychodzi mi do głowy, że z takiego błamiku ufarbowanego w multikolor całkiem fajnie może się prząść :) Zwłaszcza jak nie będzie glutów. Ale to się zobaczy jak będę miała chwilę żeby eksperyment przeprowadzić :)



Podsumowując - jak dla mnie fajna wełna, da się sfilcować w formy trójwymiarowe, przędzie się bez większych problemów, nie gryzie jak wściekła :D
Patrząc z rekonstrukcyjnego punktu widzenia -  substytut przyzwoitej jakości surowca. Niestety jest to rasa raczej nowa i ze specyficznym rodzajem runa, ale na razie nic ciekawszego w jasnym kolorze i nadającego się do barwienia nie znalazłam. Jeśli uda mi się coś bardziej poprawnego zdobyć w sensownych ilościach i cenie, to pewnie zamienię. A na razie traktuję ją jako podstawowy surowiec, tym bardziej że jest przyjemna w pracy :)
Malkontentów ;) informuję, iż jestem w trakcie załatwiania kilku innych fajnych i bardziej poprawnych rodzajów wełenek, ale to niestety jest w naszym kraju problematyczne, zajmuje straszliwie dużo czasu a efekt jest niepewny.
Jak coś fajnego uda mi się zlokalizować to z pewnością opiszę w niniejszym cyklu :)

A na deser zdjęcie naszyjnika :D
Pożyczyłam ekspozytor i ta fotka od razu wygląda inaczej, nawet przy całej niedoskonałości mojego warsztatu...





poniedziałek, 7 października 2013

Farbowanie (I)ronią - ciąg dalszy ;)

"...W przeciwieństwie do krasnoluda Modo sierżant Colon znał znaczenie słowa \"ironia\". Uważał, że to owoc podobny do aronii..." Terry Prathett, Kosiarz
 

Do kompletu brakuje jedynie fioleciku, który powędrował w siną dal, zanim wpadłam na pomysł zbiorczego zdjęcia :) 
Podobne efekty można uzyskać z czarnych jagód i czarnego bzu. Czarnych jagód było w tym roku mało i drogie, a i czarny bez u nas obrodził bardzo średnio. Za to "ironii" pełno, do tego tania bo własna, stąd mój wybór :) Efekt widać na zdjęciu powyżej :)

A na krosnach kolejne "dywany" 




Tym razem z przeznaczeniem na wypaśny ciuch.
Ciekawa jestem jak się będą prezentować już skrojone i uszyte :D


wtorek, 3 września 2013

Idzie zima...

A z nią kompletny brak wszelkiego farbiarskiego zielska.
No więc w tym roku poszłam po rozum do głowy i po zielsko na pole ;)
Skrzynka wrotyczu już ususzona, suszą się liście brzozy i aronia małymi partiami.
Aronię dodatkowo zrobiłam też na świeżo - baniak wina, a to co nie weszło to do gara i barwimy :D Aronia jest podobno zamiennikiem czarnych jagód (hamerykańskim ale zbraku laku i kit dobry). Jagód w tym roku, jak na lekarstwo i drogie, a poza tym aż żal pośladki ściska marnować je do barwienia wełny. Natomiast aronii mam w tym roku nadpodaż (matula aż płacze że się pomarnuje) więc z czystym sumieniem trochę zużyłam na eksperyment barwierski
Wyszło tak:
W rzeczywistości kolor wyszedł bardziej atramentowy niż fioletowy, ale to już ogólny problem z odwzorowywaniem barw na monitorach. Pośrodku jako baza kawałek standardowego niebieskiego jeansu, ale też mi go przekłamało. Próbowałam jakoś przerobić w programie graficznym, ale nie wyszło, więc wrzucam jak leci.

Wełna to 200g dosyć białej (nie kremowej) owcy Skudde (ta uprzędziona) i jako druga kąpiel - taśma zgrzeblona z Poltopsu. Z wywaru spokojnie bym jeszcze wyciągnęła co najmniej jedną kąpiel, ale nie chciało mi się i nie potrzebowałam wypłowiałych szarawych, które jak mi mówi doświadczenie, wychodzą z takich ostatków.
Aronii było  około 1kg, podgrzewałam dosyć długo, starając się nie dopuścić do wrzenia, bo te barwniki bardzo łatwo psują się gdy temperatura będzie zbyt wysoka. Aronię starannie rozgniatałam, a gdy już uznałam że wystarczy, wyłowiłam ją sitkiem. Do wywaru wsypałam łyżeczkę sody oczyszczonej  (dla uzyskania zasadowego roztworu) i łyżeczkę ałunu.
Teraz krótka dygresja  o barwieniu i utrwalaniu - ph roztworu ma spory wpływ na barwę jaką osiągniemy. Z barwników antocyjanowych przy kwasowym ph wyjdą kolory bardziej bordowo-czerwonawe. W zasadowym bardziej niebieskie i szarawe. Więc przy barwieniu wełny (która lubi kwas) w roztworze zasadowym dobrze jest ją przygotować. Ja robię to mocząc ją przez godzinkę w letniej wodzie z mydłem lub płynem do naczyń. Chodzi o to by otworzyć łuski włosa, by barwnik miał gdzie wniknąć. I teraz kolejny problem - nie należy kąpieli zasadowej utrwalać octem bo zepsujemy sobie kolor. Najlepiej po prostu cierpliwie poczekać aż wełna ostygnie, lub nawet wyschnie bez płukania, łuski się zamkną samoistnie i będzie ją można spokojnie wyprać w zimnej wodzie. Dlatego cierpliwość zalecana ;) Koniec dygresji ;P
W przyszłym tygodniu znowu zerwę trochę aronii i zrobię dla porównania kąpiel kwasową. Sama jestem ciekawa jak wyjdzie.
A oprócz aronii w tym momencie jest jeszcze sezon na czarny bez - też podobne właściwości więc polecam poeksperymentować :)

Poniżej jeszcze zaległe utkańce - chyba nie miały jeszcze okazji się tu prezentować

Kram na Oblężeniu Słupska - jedyne sensowne zdjęcie zielono-białego utkańca jakie znalazłam.

Zielono-biały utkaniec - wrotycz i naturalnie biała wełna góralska, splot diament w różnych konfiguracjach
Zielono biały utkaniec przeznaczony jest na torby :) Powinny wyjść dwie, tylko muszę jeszcze utkać paski. Podoba mi się efekt zmian kolorów w kratkę :)

Szal Burzowe Niebo

A powyższy szalik, chyba też nie był prezentowany.
Zrobiony jest na bawełnianej osnowie, splotem 2/1, z jakiejś mieszanki wełny z plastikiem, którą za bezcen (jeszcze z metkami) kupiłam w lumpeksie. Ale wyszedł piękny, ma ładne przejścia kolorystyczne, i znalazł już swój nowy dom u Klaryssy
Mam nadzieję że będzie się dobrze nosił :D

A za oknem zimno i wieje, jesień przyszła w jedną noc. Już nawet liście lecą z drzew.
I już tradycyjnie nic  mi się nie chce.
Zmuszam się do jakichś bardziej konstruktywnych działań, bo siedzenie i gapienie się w monitor to nic dobrego. Nawet serowarnię uruchomiłam i przetestowałam nowe przepisy :) Ale i tak mam jakieś dziwne poczucie, że siedzę i nic nie robię.
To chociaż pójdę zrobić obiad ;)

środa, 6 lutego 2013

Tęcza w garnku - Rainbow in the Pot

Podpuszczona przez dziewczyny z klubu prządki na fesjbuku, napięłam muskuły, włączyłam dzieciom gadające pociągi, popatrzyłam groźnie na koty i udałam się do kuchni celem narobienia bałaganu.
Postanowiłam w końcu wypróbować ostatnio zakupione barwniki Argus.
Tak na szybko - lepiej mi szło niż dotychczasowymi motylkami. Ale więcej będę mogła powiedzieć za jakiś czas, gdy będę miała okazję potestować mieszanie barw. Bowiem zakupiłam wyłącznie kolory podstawowe i chcę się wreszcie nauczyć porządnie mieszać odcienie. Na ten moment jest obiecująco.
Na pierwszy ogień poszła standardowa tęcza w garnku :)
A wyglądała tak:
A po wyjęciu (jeszcze mokra) tak:
Uwaga na przyszłość, za mało żółtego, za dużo niebieskiego - muszę pamiętać że kolory rozlewają się zawsze w stronę jaśniejszych. No i ten przeklęty niebieski jest strasznie zaborczy i ekspansywny :/
W związku z tym w drugim farbowaniu (tym razem czesanki), przegięłam w drugą stronę na prawie pół gara żółtego. Wyszło tym razem Gold in the Pot ;)
Ale najpierw ułożyłam w ślimaka:

Potem polałam resztkami z butelek po kubusiach (tych z dziubkiem):
Już po wyjęciu i wysuszeniu wyszło nieźle. Nawet się mocno nie porozlewało, ale widać że robiłam resztkami barwników i poskąpiłam niebieskości - gdzieniegdzie jasniejsze plamy.
W każdym bądź razie, nawet dosyć delikatna czesanka, jaką jest ten merynos, nie sfilcowała się. Nawet nie jest zbyt mocno zbita.
Następnym razem pokombinuję z rozcieńczonymi barwikami by uzyskać bardziej pastelowe kolory.

A tu oba farbowanka razem :) w świetle dziennym i już wysuszone.

A na Bei, tymczasem różne różności - coburger fuchs, niekończąca się alpaka na sweter i BFL (po raz pierwszy). Pokażę następnym razem :D


niedziela, 20 stycznia 2013

Eksperyment barwierski - nowa metoda

Z nudów przekopując internet znalazłam ciekawą metodę barwienia w garze. Na wiele kolorów.
Dosyć dokładny opis ze zdjęciami można znaleźć tu, więc nie będę powielać treści.
Z grubsza powiem tylko, że barwi się w garnku i w wodzie, bez zabawy z folią i zawijaniem. Wrzuca się wypraną wełnę (przędzę albo czesankę albo nawet loki) do gara i polewa z góry barwnikami. Barwniki mieszają się o dziwo głównie na miejcach łączenia tworząc efekt tęczy. Nie wolno  mieszać całości, a jedynie lekko dociskać od góry, żeby barwniki się nie wymieszały.
Autorka używa barwników Ashforda, ale ja nimi nie dysponuję, więc w przypływie weny twórczej użyłam zwykłych motylków. Taka tęcza strasznie mi się podoba, ale niestety zostałam brutalnie przywołana do rzeczywistości, gdy zobaczyłam jakie resztki barwników mi zostały. Stąd zestaw kolorystyczny - barwiłam po prostu tym co miałam pod ręką. Muszę uzupełnić zapas, ale rezygnuję z Ashforda ze względu na jego marną dostępność w Polsce oraz cenę.
A poniżej efekt:

Pomalowane w garnku już podczas studzenia na balkonie



Wełna to hiszpanka 30mc, 100g, skręcona w navajo (bardzo kiepskie bo to moje pierwsze próby). Wyszły całkiem ładne przejścia kolorystyczne i generalnie jestem zadowolona, choć barwniki z motylkiem są dosyć kapryśne.

czwartek, 27 grudnia 2012

Jeszcze o kolorach...

Parę rzeczy się złożyło na to, że wyciągnęłam moje garnki i odczynniki i zabrałam się za barwienie marzanną. Jednym z powodów był projekt abażuru do lampy, który planuję z tej wełny zrobić (o tym napiszę więcej jak już powstanie i będzie się czym pochwalić), a drugi to przywiezienie dwóch baniaczków wody, z filtra odwróconej osmozy, które napełniłam u mojej babci. Potrzebna mi była ta woda głównie do eksperymentu z koszenilą - wcześniej w tym poście opisywałam różnicę jaka była między wełnami farbowanymi w kranówce i wodzie demineralizowanej. Na wodę demineralizowaną można pójść z torbami  - okazuje się jednak w dużym skrócie, że woda z filtra daje radę, a babcia posiadająca ów filtr jest na wagę złota ;-D
Wynik farbowania koszenilą był zadowalający, ale że został mi jeszcze drugi pełny baniak, to postanowiłam spróbować także z marzanną.
Kłopot jest taki, że we wszystkich książkach i receprturach, czerwień z marzanny jest opisywana jednym słowem - "makowa". W moim przypadku oznacza to zwykle oczojebny pomarańcz, lub jego coraz jaśniejsze wersje aż do łososiowego. I ciężko klientom zamawiającym jakieś fanty wyjaśnić, że to co oni rozumieją mówiąc "czerwony" , nie jest tym co ja jestem w stanie osiągnąć a pomocą barwienia naturalnego. A jestem w stanie zaproponować albo żarówiastą "amarantową" czerwień z koszenili, albo właśnie "makowy"  marzanny. Absolutnie czystej czerwieni nie udało mi się uzyskać, a najbardziej zbliżony odcień powstał z połączenia marzanny i koszenili, czyli podwójnego farbowania :-/
Postanowiłam więc zastosować standadowy przepis, tym razem z użyciem  wody filtrowanej, z myślą że może zmieni to, otrzymywane efekty tak jak w przypadku koszenili.Niestety niewiele pomogło -  efekt widać na zdjęciu i niestety ciągle pomarańczowo.
Dodam tylko, że jednoczesnie wrzucałam do kolejnych kąpieli (poza drugą turą gdzie mi się zapomniało), dwa rodzaje czesanek - moją standardową polską 28mc i bieloną hiszpańską 24mc. Bielona wyszła jakby nieco czerwieńsza, a mniej pomarańczowa, ale efekt, choć widoczny to ciągle nie to.
Zrobiłam pięć kąpieli -  jest to rewelacyjny sposób, na stworzenie sobie palety barw, z jednego koloru, które całkowicie do siebie pasują i  współgrają.
Oznaczyłam kolejne kąpiele numerkami, a literkami: P - polską a H hiszpańską czesankę.
Paleta z marzanny barwierskiej 
Za każdym razem zadziwia mnie wydajność tego barwnika - zrobiłam 5 kolejnych kąpieli i całkowita waga wełny wyniosła około 150g. Wyszłaby mi jeszce jedna kąpiel, ale już bardzo jaśniutka. Ilość suszonej marzanny w garze to 15g.
Przepis jest prosty - ważę  marzannę i pakuje do skarpety antygwałty, żeby się nie przylepiały te drobiny, bo potem strasznie ciężko to wytrzepać  z czesanki. Zalewam  zimną wodą i zostawiam na około godzinę (można na dłużej, ale osobiście nie widzę żadnych różnic). Następnie wstawiam na gaz i jakiś czas pozwalam się pogotować, ale raczej nie przekraczam temperatury wrzenia tylko tak na 80 stopni. Jak już uznam na oko, będzie dobrze to dorzucam ałun, kamień winny i ocet (też na oko) a następnie wełnę. Czasem jeśli mam cierpliwość to czekam aż wywar wystygnie, czasem wrzucam od razu - trzeba tylko pamiętać by w przypadku wkładania do gorącego, wełna była już wypłukana w mocno ciepłej wodzie, żeby nie robić zbytnich różnic temperatur, bo się sfilcuje. Gdy wywar z wełną się już pogotuje w tych 80 stopniach i uznam, że osiągnęła apogeum koloru, to wyłączam,  pozwalam ostygnąć i dopiero wtedy wyjmuję odciskam i płuczę w wodzie z octem. Do wywaru wrzucam kolejną partię wełny i na abarot gotujemy dalej. Kolejne gotowania można robić tak długo jak efekt nas zadowala.
Dodam tylko, że próbowałam już różnych opcji by uzyskać czerwień - tworzyłam środowisko alkaliczne, dosypywałam otręby, wrzucałam wełnę suchą, mokrą, bejcowaną i niebejcowaną. I choćbym nie wiem co robiła, zawsze wychodzi pomarańczowy.
Tak więc nie komplikuję już sobie życia i robię po najmniejszej linii oporu, skoro i tak wyjdzie jak zawsze ;-)

Następny w kolejce czeka suszony wrotycz i paleta zieleni jaką można z iego uzyskać. Ciekawa jestem jak sprawdzi się susz, bo dotąd wypróbowałam jedynie świeży chwast.
Ale to już po Nowym Roku.

Aaaa no i na koniec pochwalę się, że wreszcie "hamerykę" odkryłam i po obejrzeniu tysiąca tutoriali, załapałam wreszcie o co chodzi w skręcaniu typu navajo :-D Pierwsza wełna się suszy - wygląda koszmarnie, bo nie potrafię jeszcze opanować płynnego przekładania i dociągania, a i mój Gwidon nie ułatwia mi pracy (pracuje szarpnięciami i nie można go porządnie wyregulować). Ale o co chodzi już wiem i dalej będzie z górki ;-)

wtorek, 23 października 2012

Farbowanki


Wszyscy wrzucają jakieś ładne fotki farbowanek to i ja wrzucę :-) 
To ostatnie kłębki wełny barwionej kolejno w: 
- koszenili (jasno liliowa) 
- orzechach włoskich (brąz - jupii wreszcie coś co nie jest kolorem kupy ;-) )
- marzannie (makowo-czerwony - nie mam pojęcia dlaczego nie wychodzi mi z marzanny taka porządna prawdziwa czerwień, o której słyszałam że powinna...) 

Poza tym trochę robię tego, trochę tamtego.
Ulepiłam dwa nowe naczynia z gliny i wreszcie wyczesałam szarą wrzosówkę. Przesortowałam i wyprałam także czarną wrzosówkę - teraz po wysuszeniu czeka mnie czesanie ;-|
Dobrym pomysłem okazało się wyjęcie co drugiego gwoździa z czesaka - jednak były za gęsto i teraz jest lepiej.

A Jesienne Wyzwanie Prząśniczki wyszło mi jak zwykle na abarot ;-) Specjalnie uprzędłam prawie 200g "autystycznego" singla i pofarbowałam metodą "entropii totalnej" ;-)
Wyszło tak:
Niestety po wrzuceniu na druty i zrobieniu kawałka przestał mi się ten plan podobać.
Jakoś to po prostu nie wyglądało jak należy:

Stwierdziłam też, że przecież właściwie nie lubię takich grubych szalisk, na swojej szyi, preferuję cienkie jedwabne lub ażurowe. No więc postanowiłam twórczo podejść do sprawy i pomyślałam że nie będę robić czegoś, czego i tak nie będę nosić, więc zrobiłam tadaaam - getry.
To przecież prawie że otulacze - co za różnica, że na nogi a nie na szyję ;-D
Zdjęcię nie wrzucam bo się wstydzę. To była moja pierwsza praca na drutach i w dodatku robiłam je jak skarpety, na pięciu drutach, więc wyszły brzydkie i krzywe. Ale są cieplutkie i używam je jak mi się zrobi zimno w stopy :-)

A na kołowrotku ostatnio kolejna partia wełenki - tym razem zamierzam ufarbować w kampeszu a jeszcze kolejną w liściach brzozy, których trochę mam ususzonych :)
I powoli przymierzam się żeby sobie zamówić na próbę jakieś fajne wełenki typu BFL czy alpaki. Chyba dojrzałam żeby spróbować czegoś nowego :-D



środa, 19 września 2012

Takie różne...

Stepy i po Stepach :-)
Miałam napisać posta wprowadzającego, a potem relację, ale najpierw nie miałam czasu, a teraz mi się nie chce. No bo w sumie kogo to interesowało ten był.
Warsztatowo impreza bardzo udana.
Konie się napracowały, wikingersi twardo wypalali redukcyjnie ceramikę ;-) w dole ziemnym, a mnie wyszło barwienie indygiem :-D
No bo najpierw gul mi skoczył że Plastusi wyszło a mnie nie i to już z od ponad roku się biedziłam. No atym razem zgodzę się skwapliwie, iż nie należy prób przeprowadzać w zamkniętych pomieszczeniach. Działa tam chyba jakieś złe feng-shui bo nie wychodzi, a w dodatku grozi wybuchem i eksmisją z mieszkania ;-) Co prawda powiadają że od smrodu jeszcze nikt nie umarł, ale ja po farbowaniu indygo już w te ludowe "mondrości" ;-) nie wierzę.



Niesamowity widok gdy z żarówiasto zielonego wywaru, wyciąga się coś co w miarę spływania wody, gwałtownie robi się niebieskie :-D
Wprawdzie końcówkę spierniczyłam koncertowo - chyba za długo trzymałam w roztworze lub za mocno się podgrzało w ognisku i wywar nagle zmienił barwę na ciemnoszarą. Tak samo zrobiły zresztą wrzucone do niego wełny i to co chwilę przedtem miało śliczny turkusowy kolorek, nagle stało się myszato szare. Nie załamałam się jednak - najważniejsze że cokolwiek wyszło i kolejnym razem będę wiedziała że trzeba lepiej pilnować. A oprócz tego zamierzam wykorzystać kuchenkę gazową zamiast ogniska, bo łatwiej będzie zapanować nad temperaturą.
A tak wygląda efekt końcowy. Kusi mnie żeby wrzucić to jeszcze raz do indygo i sprawdzić co wyjdzie. No ale to nieprędko, gdyż zimno nie sprzyja eksperymentowaniu na dworze :-/

A tutaj niewielka galeria zdjęć z imprezy Stepy Pomorskie 2012
Niewiele bo po prostu nie miałam czau latać z aparatem.

Jako ciekawostkę wrzucam zdjęcie malutkiego gościa, a było ich właściwie dwóch. Jeden niestety chyba stracił ogonek, zaznaczam że nie przeze mnie. Był wczesny chłodny ranek i dlatego udało mi się pstryknąć ładne zdjęcia zanim wypuściłam ich bezpiecznie w krzaki :-)


czwartek, 19 lipca 2012

Koszenila - wyniki eksperymentów

No to mam parę przemyśleń odnośnie barwienia koszenilą.
z lewej - koszenila barwiona w zwykłej wodzie
z prawej - w wodzie demineralizowanej
Dla wszystkich niedowiarków - tak to co na zdjęciu to jak najbardziej barwa naturalna ;-|
I tak mnie też zęby rozbolały od patrzenia (w realu jest jeszcze intensywniejsza niż mi wyszło na zdjęciu:-/ )

A odnośnie uzyskania tego cuda...
Po pierwsze - musi być wybitnie miękka woda, deszczówka, destylowana lub demineralizowana, bo inaczej kolory wychodzą blade jak ten po lewej na pierwszym zdjęciu. Na zwykłej zaprawie ałunowej i wodzie demineralizowanej z marketu wyszedł mi wsciekły i żarówiasty amarant, a na kranówie (identyczne ilości barwnika i wełny), wychodzi wyblakłe i nie łapie koloru. Pani Tuszyńska pisze że barwnik jest wrażliwy na żelazo i  faktycznie ma rację, choć nie spodziewałam się że mam aż tak zażelazioną kranówkę (nasza woda jest raczej dobra i miękka, farbuję na niej i piję prosto z kranu od lat, a jednak przy koszenili nie dała rady).

Po drugie - należy namoczyć trochę wczesniej. To znaczy procedura jest taka że mielimy robale, zalewamy wodą i odstawiamy na parę godzin. Barwnik robi się wtedy wydajniejszy i lepiej łapie.

Po trzecie - to bardzo wydajny barwnik. Wściekły amarant to około 120g czesanki, które zostało pofarbowane w 5 litrach wody demineralizowanej, 5g koszenili i po łyżeczce ałunu i kamienia winnego. Wełnę wkładałam suchą, ale podobno jak się wrzuci mokrą bejcowaną to jeszcze ciekawsze efekty wychodzą. Aha i dodam że wyszła z tego jeszcze jedna kąpiel - efekt nie aż tak gryzący w oczy, ale ciemniejszy niż na wodzie zwykłej.

Po czwarte - mam trochę pomysłów na mieszanie kolorów - koszenila dobrze zmielona to właściwie proszek, więc nie powinno być problemów z mieszaniem jej z innymi barwnikami.
Ciekawy wyszedł efekt z marzanną (drugi kłębek od lewej w górnym rzędzie) - prawdziwa czysta czerwień *niestety na zdjęciu tego nie widać zbyt dobrze). Następnym razem zamierzam się pobawić z fioletami :-)

paleta barw z marzanny i koszenili

Te mieszanki zresztą, to ciekawostka - po prostu miałam kilka bladych kłębków barwionych w koszenili, które z czystej ciekawości wrzuciłam do kąpieli z marzanną. Marzanna także daje piękne i czyste wybarwienia (ale bardziej pomarańczowe - dwie próbki w dolnym rzędzie po srodku), a w połaczeniu wyszły z tego różne fazy czerwieni (bladzizny po brzegach z prawej strony).

Z efektów jestem bardzo zadowolona. Nachodzi mnie też wybitna chętka żeby sobie sprawić jakiś ciuch farbowany na taki oczojebny kolor, tylko po to żeby móc się wykłócać na imprezach ;-D W koncu to natural, a zarówno koszenila jak i czerwce zawierają ten sam barwnik, więc efekty powinny być porównywalne ;-) No ale to temat na dłuższy post, który mam w planach jak tylko najdzie mnie wena.

Cały zestaw zamierzam sprząść, ale oczywiście zajmie mi to pewnie nieco czasu, jako że mam inne rzeczy w kolejce do warsztatu.
No i na razie zaczęłam wprowadzać w życie plan - zabieram się za barwienie tkanin :-D
I to nie zwykłych próbek a normalnych dużych płacht, z których zamierzam poszyć ciuchy.
Ponieważ potrzebne jest do tego miejsce i duży gar to poważniejsze próby zamierzam przeprowadzić dopiero na Stepach Pomorskich we wrześniu, ale jakieś wprawki na pewno porobię wczesniej. Jak coś wyjdzie to się pochwalę bo surowa tkanina  wełniana do farbowania już zamówiona :-D
Po głowie chodzi mi też pomysł żeby przygotować starym sposobem płachty lnu do barwienia - to znaczy wyłożyć je na jakiś czas na powietrze i deszcz, żeby wyblakły i zmiękły. Len takowy posiadam więc chyba spróbuję to przygotować wcześniej, zanim obudzę się że wrzesień tuż tuż :-/

czwartek, 1 grudnia 2011

!!!

ŁAAAAAAAAAAAA!!!
Wreszcie po bliżej nieokreślonej ilości prób farbowania, użyciu wielkiej ilości odczynników chemicznych i groźbie eksmisji za wydzielanie straszliwych smrodów ;-) , udało mi się uzyskać jakiś efekt z użyciem INDYGOWCA!
Ile mnie to nerwów, mąk i mieszania śmierdzących wywarów kosztowało to tylko ja wiem :-/
I definitywnie stwierdzam że jeśli przeciętny chłop w średniowieczu miał przechodzić przez to samo, to na pewno nie marnował czasu i energii na wątpliwe efekty farbowania na niebiesko. Bo pomimo że coś tam mi wreszcie wyszło to efekt jest na razie bardziej turkusowo-zielonawy niż błękitny, a trudność przy dozowaniu składników, przygotowywaniu roztworu, jego toksyczność i  ogólna niestabilność sprawia że jest to najbardziej upierdliwa rzecz jaką potrafię sobie wyobrazić.
Daleka jestem w tym momencie jeszcze od wprowadzenia do mojej oferty, wyrobów barwionych na niebiesko i jeśli kiedyś się to stanie to będzie to oferta wyłącznie dla bardzo bogatych i namolnych klientów ;-) którzy nie dadzą się zbyć moim zrzędzeniem ;-)
Niemniej jedna wreszcie wyjęłam z roztworu coś co przypomina zafarbowaną wełnę a nie kawał wiekowej szmaty do podłogi czy rozwleczone wołowe flaki ;-D
Fotki wstawię później jak uda mi się uruchomić aparat.
No i z ciężkim sercem zabieram się do planowania kolejnych prób...
Mam nadzieję że jednak mnie nie eksmitują ;-)