Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przędzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przędzenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 marca 2016

Chiengora - nowofundland :)

Wbrew pozorom nie jest to żart :)
Jakoś po prostu się utarło, że "wełnę" uzyskaną z PSA nazywa się chiengorą :D
Słówko to bawi mnie nieodmiennie, a ponieważ większość rozmówców  zwykle jest nieźle zdziwiona, iż z szczekaczy można uzyskać coś tak abstrakcyjnego jak włóczka, to często traktuję to jako żart i nawet zaczęłam nazywać niufki mojej mamy, swoimi owieczkami :)


wtorek, 1 marca 2016

"Lis Polarny"

"Polar Fuchs", "Arctic Fox" lub po naszemu "Lis polarny" to nazwa pewnej mieszanki ras owiec, hodowanych na Islandii :)
Nazwa wzięła się od barwy tej wełny - przypomina właśnie kolor futra lisków polarnych. Jest to taki delikatnie szarawy, kolor popiołu, ni to srebrny, ni to beżowawy. Ja osobiście odbieram go jako lekko "brudny", na pewno nie ma wyrazistości ani metalicznego błysku gotlanda. Ale lekki połysk jest, choć bardzo delikatny. 

wtorek, 16 czerwca 2015

Obróbka runa - ciąg dalszy po wypraniu

Czasem rozmowy z innymi Prządkami uświadamiają mi pewne rzeczy.
Na przykład to, że coś do czego kiedyś tam doszłam może się przydać i innym :) A że niekoniecznie o wszystkich "oczywistościach" pamiętam napisać, to póki mam to w głowie postanowiłam to przedstawić tutaj na blogu :)
Tutaj podziękujcie  Dehaef za dzisiejszą pogaduszkę i to co mi uświadomiła mówiąc  "no i właśnie takich rzeczy mi brakuje do czytania"

Kwestia o której mówiłyśmy to kolejny "myk" z obróbką surowego runa.
Pisałam już o tym co robimy zwykle po przybyciu do nas wspaniałego wora śmierdzącego, zasyfionego, zapiaszczonego, pełnego siana, kup, rzepów i czego nie tylko. A do tego żółtego od tłuszczopotu i sików.


niedziela, 22 marca 2015

Trzy odsłony czekolady :D

Jakiś czas temu przygotowałam trzy motki, które nazwałam "czekoladki", pod konkretny projekt dziewiarski :)
Wot chciałam sprawdzić jak moja maszyna dziewiarska "łyknie" taką rustykalną, ręcznie przędzioną włóczkę
No i okazuje się że peerelowska myśl techniczna górą i Moda 23 spokojnie daje radę pracować także i na trudniejszym materiale. Trudniejszym, bo nieco kłaczącym i nierównym, sprzędzionym nie z tasmy czy dobrej jakości battów ale z krotkich upierdliwych włókienek.

Zresztą sami zobaczcie, moteczki wyglądały tak:



środa, 11 marca 2015

Cz.1 - czyli kołowrotek, jak wybrać i zminimalizować ryzyko nabycia dezeli

Słowem wstępu: Ponieważ nie chce mi się po raz pińcetny pisac tego samego odnośnie wyboru kołowrotka kolejnej świeżo zapalonej entuzjastce przędzenia, postanowiłam rozpocząć nowy cykl. Taki typowo użytkowy i popularyzatorski. Zaznaczam iż poniższe opinie są absolutnie subiektywne i jak ktoś ma dobre argumenty przeciwko, to zapraszam do dyskusji w komentarzach. Natomiast jest ten tekst skierowany głównie do poczatkujących, które chciałyby się zająć przedzeniem. I to im ma on ułatwic lawirowanie w tym dosyć obszernym temacie, stąd kilka uproszczeń  i  uogólnień.

Jasne?
No to jedziemy!

poniedziałek, 22 września 2014

Dzień Przędzenia w Miejscach Publicznych - Grodzisko w Sopocie

Jakoś  tak wyszło, że organizujemy Dzień Przędzenia w Miejscach Publicznych w Trójmieście.
Jakoś tak rzuciłam pomysłem, gdy zobaczyłam że Poznań będzie miał silną reprezentację.
No przecie my nie możemy być gorsze ;)
Co prawda oryginalnie Światowy Dzień Przędzenia w Miejscach Publicznych, odbywał się  w tym roku 20 Września, ale nikomu z  nas nie pasowało, więc (znów wzorem Poznania ;)) ustaliłyśmy datę tydzień później. I będzie Lokalny Dzień  Przędzenia ;)
Padło na Grodzisko, bo mniej więcej pośrodku wszystkiego - gdańszczanie się nie obrażą na gdynian i vice versa. Poza tym zostałyśmy tam na parę dni przed planowaną imprezą powitane z otwartymi ramionami (!!!) no i jest tam baza żeby w razie ulewy było się gdzie schować :) A poza tym, czemu nie, fajne miejsce i klimatyczne :)

Zatem zapraszam wszystkie osoby zainteresowane przędzeniem, a także ogólnie włókiennictwem   w sobotę, 27 Września do Grodziska w Sopocie :)

Więcej informacji i ciągły  feed na fejsie

Skrzaty doniosły iż Muzeum zapałało tak wielkim entuzjazmem do naszej inicjatywy, że już się dopytuje czy nie chcemy zrobić tej zabawy wydarzeniem cyklicznym 8)
Ale jak zwykle czas pokaże jak to wyjdzie

Do zobaczenia!

poniedziałek, 19 maja 2014

Przędzenie w lanolinie - na brudno

Raz na jakiś czas, ktoś się mnie pyta o przędzenie na brudno, więc chciałam pokazać jak to  wygląda w praktyce :)
No więc polega to na przędzeniu wełny bez prania i czesania, brudnej w tłuszczopocie, jedynie lekko rozciąga się kłaczki w palcach. Lanolina sprawia że podczas przędzenia, wełenka ma jakby lekki poślizg, nitka lekko się skleja i lepiej  trzyma w kupie. Włóczkę pierze się wtedy już po uprzędzeniu (lub zdublowaniu). Dla osób przyzwyczajonych  do dzisiejszego sposobu - czyli przędzenia na sucho z taśmy,  przejście na brudne przędzenie bywa  nieprzyjemne, zwłaszcza  że lanolina oblepia też łapki, a nie wszyscy lubią uczucie tłustych rąk. Mnie osobiście  przędzenie na brudno pasuje bardziej, ale to już kwestia osobistych preferencji. Jeśli ktoś miał  babcię prządkę, to mógł usłyszeć właśnie tego typu historię  przędzenia i kategoryczne stwierdzenie, że "prało się po przędzeniu a nie przed". I tak faktycznie robiono ale...

Niestety nie każdą wełnę da się tak uprząść i uzyskać dobrą równą nitkę. Przede wszystkim wełna taka musi być w miarę dobrej jakości i czysta.  O to w Polsce niełatwo, dlatego właśnie wełnę należy bardzo dokładnie posortować, a do przędzenia z ręki bierze się najlepsze partie. Coś takiego jak na pierwszym zdjęciu - widać tam Jakuby białe i czarne osobno :) Są to bardzo ładne, równe i czyste loki. Takich loków po odsortowaniu  pięciu run, udało mi się uzbierać około 700g zaledwie, a pamiętajcie, że oznacza to około 6kg runa już posortowanego ale NIEPRANEGO.


Owca Jakuba - tak wyglądają loki zdatne do bezpośredniego przerobu

Warto więc dokładnie przeglądać błamy które mamy, właśnie pod kątem takich najlepszych z najlepszych części, bo jest ich malutko :) Na drugiej fotce widać białą część kubusia, całość takich loczków jaką wygrzebałam z tej partii - czekają na swoją kolej, bo pracę zaczęłam od czarnych :)


Jakieś 300g kubusia w jasnym  kolorze
Na  kolejnej fotce dla porównania jak wygląda nieco gorszy sort wełny po praniu - nie musi być on dużo gorszy, wystarczy że kosmyki są mniej wyrównane, runo jest brudniejsze czy mocniej skotłowane. Takie runo przeznaczam do prania i na grępel :) Po zgręplowaniu  będzie bardzo dobre, ale siłą  rzeczy jest z nim wtedy więcej roboty. Aha i należy  bez litości  wywalać wszelkie krócizny i podstrzyżyny. Nie żal ich bo bardzo utrudniają potem pracę, gdyż gręplarka  słabo je wyczesuje i robią się od nich gluty w nitce :/








Trochę  gorszy sort już po wypraniu

No  i na koniec mój urobek - trzy motki kubusia (jeden jeszcze na szpulkach więc się nie załapał do zdjęć), przędzionego na brudno.


In progress

100g - 200m zdublowanej nitki



Motki po około 100g i 200m dubla,  choć trzeba pamiętać iż przy praniu jakieś 20% wagi spłynie w kanał ;) Aha i poniższa włóczka jest nieprana, gdyż przeznaczyłam ją na warsztat tkacki - nie trzeba wtedy się bawić w klejenie osnowy, wypiorę całość dopiero po utkaniu :)
I tak to wygląda  w telegraficznym skrócie ;D


środa, 15 stycznia 2014

"ЧАРАЎНІЦА" czyli to się nazywa ciężkie zboczenie.

No i kupiłam nowego grata.
Ktoś powinien mnie chyba po łapach zacząć lać.

"ЧАРАЎНІЦА"

"ЧАРАЎНІЦА" 
Dla niezorientowanych to jest to kołowrotek elektryczny, produkcji białoruskiej o wdzięcznej nazwie "ЧАРАЎНІЦА"czyli "Czarodziejka". Prawdziwa sowiecka  myśl techniczna, data produkcji 1987r, funkiel nówka nie śmigana, NIE UŻYTY NIGDY wcześniej, tylko sprawdzili czy silniczek działa.
Białoruska myśl  techniczna w '87 ogarniała nawet takie ulepszenia jak kilka przełożeń, leniwa kaśka oraz wymienne szpulki!

Działa całkiem przyjemnie, niezbyt szybko, ale dla  moich rąk idealnie. Z regulacją poradziłby sobie gramotny szympans i chyba pierwszy raz  udało mi się zdjąć ze szpulki nieprzekręconą przędzę! Sukces prawdziwy!

A jak chodzi to można sobie zobaczyć na filmiku z wytwórni na Witomnie ;)



Mi pasuje bo ma pedałek, który raz wciśnięty pracuje równo  bez zmian tempa, a to oszczędza moją zaśrubowaną kostkę. Szpulki mogłyby być większe (mają około  80g, może ze 100g cienkiego singla bym wcisnęła), ale  że można je wymieniać, to nie ma aż takiej tragedii.

Generalnie polecam, jeśli ktoś szuka niedrogiej alternatywy do nauki przędzenia a nie ma gdzie wstawić dużego grata z kołem. Oczywiście o ile w ogóle się trafi okazja, bo za dużo tych kołowrotków na rynku nie ma. Ale warto się rozglądać i wziąć pod uwagę zamiast rozpadającego się szrota "po babuni". 

I tyle, idę wybiegać Trolla :)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Kołowrotek i wrzeciono czyli jak to z tym kręceniem było

Na pokazach, zwykle przędąc opowiadamy dzieciom bajkę o Śpiącej Królewnie, która ukłuła się wrzecionem :) Standardowy scenariusz jest taki, że do prządki przy kołowrotku podchodzą stada dzieci i dorosłych i wtedy rodzice czują się w obowiązku uświadomić dzieci że właśnie tym urządzeniem ukłuła się Królewna. Upewnia ich w tym jakaś upierdliwa maniera, żeby bajkę tę w różnych wydaniach, ilustrować właśnie rysunkiem dziewczynki przy kołowrotku. A to przecież bzdura, bo jak niby miała się ukłuć drewnianą maszyną jaką jest kołowrotek? Królewna ukłuła się wrzecionem a nie kołowrotkiem. Ale dzisiejsza wiedza powszechna utożsamia te dwa różne urządzenia ze sobą.
Jak to więc było?
Wiem, że większość moich miłych obserwatorów już wie co i jak, ale zacznijmy od początku :)
Sławetne wrzeciono, czyli najprostszy, najbardziej prymitywny ale i najbardziej popularny aż do XIX wieku przyrząd do skręcania włókien (wełny, lnu, konopii, bawełny i czego tam tylko sobie nie wymyślicie), czyli przędzenia, wygląda tak:

Wrzeciono z prząślikiem drewnianym
Moje samoroby z prząślikami glinianymi


Jak widać  skomplikowana konstrukcja ;D składająca się z kijka i obciążnika ;D nazywanego prząślikiem. Prząślik mógł być wykonany z czegokolwiek, drewna, gliny, znajdowano i burszynowe i łupkowe. A w ciężkich czasach można było kartofla czy jabłko nabić na kijek i też się dawało pracować :)

Technik przędzenia jest mnóstwo, nam wystarczy tu wyjaśnienie, że clue wszystkiego jest  wprowadzenie kijka w ruch wirowy i dzięki obciążnikowi (przęślikowi) całość kręci się stabilnie wokół własnej osi i skręca włókna podawane przez prządkę. Ale że trudno to wyjaśnić słowami, a większość ludzi jest jednak wzrokowcami to zapraszam do obejrzenia filmiku z youtube (hasło: "spindle spinning")

Źródło youtube, użytkownik videojugartscraft



Można też odwrotnie (choć ja tego sposobu nie lubię):

 Źródło youtube, użytkownik: WEBS


Przędza uzyskana z tego, w sumie prymitywnego urządzenia, jest bardzo dobrej jakości. Nie ma w tym procesie punktów krytycznych, które mechanicznie mogłyby osłabiać nić, prządka całkowicie panuje nad skrętem nici, wrzeciono jest małe, lekkie, bez problemu można zapakować w kieszeń i iść z nim na ploty ;) do płota albo sąsiadki, a prostota sprawia, że  samemu można sobie takowe zmajstrować w trymiga z byle czego. Same plusy :)
Niestety minusy są także. Po pierwsze z autopsji - boli ręka którą wyciąga się w górę (ta z czesanką), mi wysiadł bark gdy miałam okres, że dużo przędłam. Poza tym jest wolne - średnia wydajność jest bardzo niewielka. Pozwolę sobie podlinkować tabelkę, w którą wraz z innymi prządkami z Klubu Prządki na fejsbuku, wpisywałyśmy wyniki naszych pomiarów wydajności na 1 godzinę przędzenia. Są tam i wrzeciona i bardzo różne kołowrotki i różne techniki , ale daje to pogląd na to ile metrów przędzy była w stanie wyprodukować prządka. Z ekonomicznego punktu widzenia masowe wykorzystanie przędzy wrzecionowej miało sens, gdy właściwie wszystkie kobiety przędły przez cały czas. I robiły to właściwie od dziecka. A także wtedy gdy już, na przykład nie były w stanie wykonywać innych cięższych prac. Ich praca była tania, ponieważ zajmowały się tym ciągle, niejako przy okazji i mimochodem. I stąd były w stanie wyprodukować ilości przędzy ,wystarczające do praktycznego wykorzystania w tkactwie. A ilości tkackie to już są rzędu tysięcy metrów.
Dlatego pracę prządek próbowano przyspieszyć i usprawnić.
Można było to zrobić na przykład stosując inną technikę - poniższa znana jest gdzieniegdzie jako ruska, a gdzie indziej opisuje się ją jako tybetańską, zresztą nieważne. Wymaga nieco innego wrzeciona, o takim bardziej "wrzecionowatym" ;) kształcie, które wygląda tak:
Zdjęcie należy do Pani Eli Reglińskiej z Pracowni na Kaszubach, która zezwoliła mi na jego użycie (za co niniejszym bardzo dziękuję). Niestety moje ruskie wrzeciono chyba amba zżarła i nie mogłam własnego zdjęcia wykorzystać. A zresztą galerię Pani Eli serdecznie polecam - jest tam zatrzęsienie pięknych zdjęć zabytkowych narzędzi przędzalniczych i tkackich :)

A poniżej filmik jak wygląda praca na wrzecionie ruskim  (hasło: "russian spindle"):

Źródło youtube, użytkownik soozagee


Fajnie tej Pani w filmiku idzie, ja niestety nie jestem tak sprawna. Główna różnica pomiędzy przędzeniem grawitacyjnym (drop) a właśnie tym jest taka, że tu się wysnuwa jedną ręką (tą samą, która trzyma czesankę), podczas gdy druga ciągle wprawia w ruch wrzeciono. I nie dowiązuje się do kijka, przez co nawijanie idzie bardziej automatycznie. I sporo szybciej.
Minusy - jest to trudniejsze i wymaga sporo wprawy a także przędza taka jest nieco słabsza i nie tak gładka jak dobrze "dociśnięta" przędza z wrzeciona "rzucanego".
I w tym miejscu dochodzimy do pierwszego kołowrotka :)
Wyobraźcie sobie teraz że takie wrzecionko umieści się poziomo na podpórce i z boku dołoży duże koło, połączy to wszystko zamkniętym sznurkiem i voila! Mamy pierwszy kołowrotek!

Średniowieczne przedstawienia kołowrotków wyglądały mniej więcej tak:



 Powyższe zdjęcia pochodzą z the 'Smithfield Decretals' z British Library


oraz z The Luttrell Psalter


Takie kołowrotki datuje się mniej więcej chyba od XIIw, ale gdzieś tam czytałam że nawet wcześniej bywały. Na pewno na daleeeekim wschodzie, ale to nas w tym momencie aż tak nie interesuje.
Jak się dobrze przyjrzeć to działało to w ten sposób, że koło kręcone jedną ręką przez prządkę, poruszało "wrzeciono" a w drugiej ręce trzymany był zwitek wełny i wysnuwany zupełnie jak podczas przędzenia na wrzecionie ruskim.

Najlepiej widać tradycyjnie na filmiku (hasło "great wheel")

Źródło youtube, użytkownik Tracy Miles



Wszystkim rekonstruktorom, którzy interesują się choć trochę tematem, gdzieś tam przemknęły pewnie informacje, iż kołowrotek był wyklęty, prządki niechętnie "przesiadały" się z wrzeciona na kołowrotki i że jeszcze do XVIII-XIX wieku ZAKAZANE było stosowanie przędzy kołowrotkowej na OSNOWĘ TKANINY. Bo była po prostu za słaba, przecierała się a zawodowa prządka potrafiła wyciągnąć porównywalną  wydajność na wrzecionie, przy znacznie lepszej jakości uzyskiwanej przędzy.
Oczywiście próbowano omijać zakazy i nierzadko oszukiwać, o czym donoszą nam źródła historyczne, ale tak naprawdę to dominacji wrzeciona, kołowrotek mógł zagrozić dopiero jak kompletnie zmieniono konstrukcję. Albowiem kołowrotek "nowoczesny" miał dwa usprawnienia które sprawiły że stał się szybszy i wydajniejszy od wrzeciona, a jednocześnie można uzyskać było przędzę o porównywalnej jakości. Były to napęd nożny i stworzenie zespołu wrzeciona czyli szpulki i skrzydełka.

Wygląda to z grubsza tak:


I teraz trochę niestety muszę namieszać, bo nie chcę kraść zdjęć z internetu, a po prostu nie dysponuję kołowrotkiem z podwójnym napędem jak bozia przykazała w tym XIXw ;) żeby zrobić fotkę. Mój kołowrotek, widoczny na powyższym zdjęciu, ma nieco inną konstrukcję niż kiedyś, bo posiada tylko jedno kółeczko i pojedyńczy sznurek napędu. W oryginale powinny być dwa kółeczka o RÓŻNYCH ŚREDNICACH (jedno dla szpulki i jedno dla skrzydełka), na które założony był JEDEN sznurek, zwinięty w ósemkę i złożony na pół.

 Widać to na filmiku (jakas 20sta sekunda):

Źródło youtube, użytkownik shieladixon



Przez różnice w średnicy kółeczek, duże koło napędza każde z nich z różną prędkością przez co szpulka skręcała nić, a wirujące skrzydełko nawijało ją na szpulkę. Cała tajemnica tkwi właśnie w tych różnych prędkościach obracania się szpulki i skrzydełka. W moim kołowrotku (napęd nazywa się Irish Tension), napędzana jest jedynie szpulka, natomiast skrzydełko jest  hamowane (z prawej strony widać skórkę- hamulec), by stworzyć tą różnicę prędkości. Często można też spotkać nowoczesne kołowrotki z napędem gdzie z kolei koło napędza skrzydełko a szpulka jest hamowana (Scotch Tension) i też to działa bez problemów :) I teraz poprzez dobre wyliczenie średnicy dużego koła i małych kółeczek, można było z dużą dokładnością zautomatyzować i zbalansować skręcanie nici i nawijanie jej na szpulkę. A to że prządka nie musi przerywać pracy by ręcznie nawinąć nić, oszczędza mnóstwo czasu. No i jakościowo przędza jest bardzo dobra, bo prządka ma obie ręce wolne (kręci nóżką) i może pilnować żeby nie było glutów i obiema rączkami pracować nad jakością i gładkością nici :)
Nie myślcie jednak, że kołowrotek całkowicie i bezpowrotnie wyparł wrzeciono. Zrobiła to raczej rewolucja przemysłowa, która stworzyła maszyny i przemysł tekstylny, a oba narzędzia zostały po prostu wypchnięte z użycia powszechnego do chłopskich zagród i biedniejszych gospodarstw domowych. I wszędzie tam, gdzie ciągle opłacało się wykorzystywać ręcznie przędzione nici do tkactwa i innego przerobu, głównie na własne potrzeby. I funkcjonowały jeszcze długo - nawet moja babcia wspomina że jej mama przędła na wrzecionie jeszcze po IIWŚ i mam nawet pamiątkę, bolerko z królików angorskich, które prababcia strzygła, przędła na wrzecionie i wydziergała dla mojej babci :)


Jaki z tego morał dla rekonstruktorów?
Ano taki, że nie ma sensu czepiać się kwestii różnicy pomiędzy jakością przędzy z wrzeciona i współczesnego kołowrotka. Jest przeważnie nierozróżnialna na oko. Różnica owszem, była ale pomiędzy wrzecionem a "great wheel", a tego w Polsce to jeszcze nie widziałam w działaniu, a na pewno nikt go nie stosuje masowo w rekonstrukcji. Wprawdzie konstrukcja współczesnego kołowrotka sprawia że są podczas przędzenia "punkty tarcia", które mogą nieco osłabiać jakość, ale i tak jest to nieporównywalne z przędzą z "great wheel" i łatwo ten problem rozwiązać za pomocą prostych trików typu natłuszczanie lub po prostu dobre przygotowanie włókna. Podstawowa sprawa czyli możliwość uprzędzenia bardzo mocnej i gładkiej nici, zdatnej na osnowę tkacką, jest spełniona całkowicie. A oprócz tego można równocześnie, jedynie zmieniając technikę przędzenia, przygotować także przędze bardziej puchate (lepiej izolujące na wyroby dziane), szybko i sprawnie skręcać z dwóch lub więcej nitek i stosować sporo zaawansowanych technik przędzalniczych :)

I dla mnie (pomijając już nawet współczesne zastosowania) to jest to sensowny kompromis. Bo kopany kołowrotek bardzo oszczędza czas i jest po prostu wygodniejszy w pracy. A ja nie jestem kobietą z średniowiecza, jedną z wielu które zajmowały się przędzeniem niejako zawodowo i gdybym przędła wyłącznie na wrzecionie, to nie miałabym czasu by robić cokolwiek innego.
 I stąd to właśnie kołowrotek nożny jest moim głównym narzędziem pracy :)

Oczywiście w powyższym tekście uprościłam pewne rzeczy, ale proszę o wyrozumiałość - teks jest przeznaczony raczej dla osób początkujących, które chciałyby się dowiedzieć nieco więcej, ale niekoniecznie wgłębiać w temat całkowicie. Dlatego pewne sprawy uprościłam inne pominęłam, może kiedyś pokuszę się o uzupełnienie, ale na razie wystarczy bo znowu wyszedł mi elaborat jak na pracę dyplomową ;)

środa, 13 listopada 2013

Wełna z czarnogłówki

Pozazdrościłam Owce i Finextrze i tym wpisem  chciałabym zainaugurować własny, niewielki cykl poświęcony różnym gatunkom wełny :D Siłą rzeczy będę się skupiać na rasach, które są bezpośrednio dostępne w Polsce (tutaj hodowane lub rodzime), ale raczej z punktu widzenia potencjalnego użytkownika. Bo może kiedyś się komuś przyda :) a i mnie łatwiej będzie do tego wrócić niż do kapownika, który ciągle mi ginie i nigdy nie ma go pod ręką gdy jest  potrzebny ;|

Na początek więc leci to co akurat mam na warsztacie, czyli wełenka z mięsnej owcy czarnogłówki. Tak, mnie ta "mięsność" też nieco zdziwiła i lekko odstręczyła, ale ku mojemu zdziwieniu zakup okazał się strzałem w dziesiątkę.

Sama wełenka, wygląda tak:




FILCOWANIE:
Wełenkę kupiłam bezpośrednio w gręplarni, jest zgręplowana warstwowo - czyli w błamie. Przy okazji, mogę z czystym sumieniem polecić gręplarnię, w której ją zakupiłam.
Poszukiwałam po prostu produktu zastępczego, gdyż mój dotychczasowy dostawca, przestał wełnę o interesujących mnie parametrach produkować i znalazłam się w czarnej dupie, że nie będę miała z czego robić ;). Wcześniej moją bazową wełną, była czesanka z polskich owiec, prawdopodobnie miejscowych merynosów lub ich krzyżówek, ale przestawienie się nie było tak bolesne jak się obawiałam. Moje obawy dotyczyły głównie kwestii filcowania, bo wełna z czarnogłówki jest wełną krzyżówkową. To znaczy, że teoretycznie powinna się filcować znacznie gorzej niż wełny puchowe (merynosowe), choć minimalnie lepiej niż z ras długowełnistych (vide owca pomorska która zostawiła mi traumę, chyba na całe życie;))
Czarnogłówka, muszę powiedzieć, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Wprawdzie łapie ciężej niż moje poprzednie wełny, ale bez problemu daje się formować. Wyroby są sztywniejsze, bardziej trzymają się "w kupie" co zresztą widać na poniższym zdjęciu. Te rogi są naprawdę obszerne i mimo to spokojnie wytrzymają obciążenie welonem :)
Oczywiście nie przekonam do swojego zdania wielbicieli australijskich merynosów, dla których wełna grubsza niż 24mc to włosienica, ale może przyda się osobom, które poszukują nieco sztywniejszego materiału na torby lub kapelusze :)
Ostrzegam także, że potrzeba tutaj nieco ostrzejszego traktowania - czyli wskazana roletka i nie żałować siły. Plus za to ze znacznie mniej się gluci na łączeniach i bez problemu można wszystko  wyrównać w trakcie pracy. A jak już złapie to trzyma :D

Baza do czepca rogatego

PRZĘDZENIE:
 To co nie ma znaczenia, lub ma marginalne przy filcowaniu, może w dużej mierze pokrzyżować plany przędzalnicze.
Ale i tutaj czarnogłówka sprawia się dobrze.
 Trafiła mi się bardzo ładna wyrównana partia, bardzo niewiele włosów typowo rdzeniowych, choć całość jest dosyć sztywna i zwarta. Nie daje się zbyt łatwo ugnieść i nie zbija się w gluty. Jest ładnie zgręplowana, ma bardzo mało "krócizn", ale nieco więcej zanieczyszczeń roślinnych.
Przędzie się rewelacyjnie. Jestem zaledwie po dwu próbkach, ale już mogę powiedzieć, że jest dobra do nauki. Podczas przędzenia, nie mam wrażenia jakbym próbowała łapać kisiel, a które zawsze mnie prześladuje przy cieńszych merynosach i dodatkowo bardzo ładnie wygładza nierówności na nitce a także świetnie się wyciąga z "chmurki".
Poza tym produkt końcowy, czyli przędza nie gryzie aż tak bardzo, jakby się wydawało że powinna, po badaniu "na macanego". Faktycznie jest dosyć szorstka i sztywna, ale brak włosów rdzeniowych sprawia, że nie ma się uczucia "igieł" na skórze. Ja w ogóle jestem gruboskórna i noszenie nawet kłujących wełen nie sprawia mi problemu, ale i delikatniejsza koleżanka potwierdziła, że jest nieźle. Dla wrażliwszych spokojnie nada się na skarpety czy tego typu rzeczy :) 

Czarnogłówka, podwójna nić do naalbindingu. Copyright by Morgiana :)



BARWIENIE:
I na koniec ostatni eksperyment - farbowanie :D
Nie mogłam sobie odmówić próby barwienia więc gdy zostało mi trochę kąpieli  z marzanny to wrzuciłam całkiem ładny kawałek - 180g. Stąd kolorek wyszedł pastelowy, nie szkodzi, też mi się podoba i przyda, a nie o konkretny kolor mi chodziło, lecz o sprawdzenie jak wełna w błamie zniesie gotowanie, mieszanie i tego typu atrakcje. A opinie w necie, iż błamy w ogóle źle znoszą te rzeczy, nie napawały mnie szczególnym optymizmem. I tutaj zostalam pozytywnie zaskoczona. Czarnogłówka zniosła  kąpiel barwierską znacznie lepiej niż moje wcześniejsze czesanki. Nie zbiła się w ogóle, po odcieknięciu miałam wrażenie że spuchła i wróciła do stanu sprzed operacji. Zbitek ani glutów nie zanotowałam. A gotowałam ją dosyć uczciwie, szturchałam i mieszałam w trakcie, uznawszy iż wiedza wymaga ofiar ;) Tych ostatnich nie stwierdzono, błamik na razie zwinęłam i schowałam do czasu aż będę miała się kiedy zabrać za jego sprzędzenie.
Tak wygląda:

Błam z czarnogłówki, barwiony w marzannie barwierskiej, w trzeciej kąpieli


Pozostaje zrobić próbę z farbami chemicznymi w piekarniku albo garze pod przykryciem, ale na razie nie miałam na to czasu. Ale przychodzi mi do głowy, że z takiego błamiku ufarbowanego w multikolor całkiem fajnie może się prząść :) Zwłaszcza jak nie będzie glutów. Ale to się zobaczy jak będę miała chwilę żeby eksperyment przeprowadzić :)



Podsumowując - jak dla mnie fajna wełna, da się sfilcować w formy trójwymiarowe, przędzie się bez większych problemów, nie gryzie jak wściekła :D
Patrząc z rekonstrukcyjnego punktu widzenia -  substytut przyzwoitej jakości surowca. Niestety jest to rasa raczej nowa i ze specyficznym rodzajem runa, ale na razie nic ciekawszego w jasnym kolorze i nadającego się do barwienia nie znalazłam. Jeśli uda mi się coś bardziej poprawnego zdobyć w sensownych ilościach i cenie, to pewnie zamienię. A na razie traktuję ją jako podstawowy surowiec, tym bardziej że jest przyjemna w pracy :)
Malkontentów ;) informuję, iż jestem w trakcie załatwiania kilku innych fajnych i bardziej poprawnych rodzajów wełenek, ale to niestety jest w naszym kraju problematyczne, zajmuje straszliwie dużo czasu a efekt jest niepewny.
Jak coś fajnego uda mi się zlokalizować to z pewnością opiszę w niniejszym cyklu :)

A na deser zdjęcie naszyjnika :D
Pożyczyłam ekspozytor i ta fotka od razu wygląda inaczej, nawet przy całej niedoskonałości mojego warsztatu...





środa, 20 lutego 2013

Kręci się...

Tak naprawdę to nie kręci się, tylko kręciło. Ostatnie dwa tygodnie minęły mi pod znakiem wypróbowania Coburger Fuchstoff, pierwszego razu z BFLem oraz prawie 600 gramów alpaki.

Rustykalnego, prymitywnego Coburgera,  sklęłam do nieprzyzwoitości podczas przędzenia, będąc całkowicie pewną, że go nie lubię i odgrażając się zrobieniem z niego skarpet dla najgorszego wroga. Ale po wypraniu, wymłóceniu i wyschnięciu jestem zaskoczona, bo gotowa włóczka zupełnie się zmieniła. Ma taki miły i lekko gryzący pazurek, ale poza tym jest świetna, puchata, grubiutka i na oko bardzo ciepła. Więc w tym momencie nie potrafię się zdecydować czy lubię lisią owcę czy nie. Jak zmajstruję z niej jakąś dzianinę to  może zdecyduję gdzie to zakwalifikować.
Wygląda to mniej więcej tak:
Coburger 

Potem z absolutnie prymitywnego i niekulturnego liska, przesiadłam się do pierwszej ligi - Blue Faced Leicester. Trochę naczytawszy się wcześniej o tym porsche wśród wełen, człowiek zwykle spodziewa się nie wiadomo czego. No i choć efekt końcowy faktycznie jest cudny, to przędło mi się to "dziwnie". Nie jakoś źle, tylko po prostu inaczej niż wełny, z którymi miałam do czynienia wcześniej. Ale ja w ogóle jestem spaczona miłością do wełenek prymitywnych, więc moje zdanie nie jest wiarygodne ;D

No i w końcu zabrałam się za alpakę na mój planowany sweterek. Miałam tego 600g, po odjęciu nieco odpadów, podstrzyżeń i kawałków łąki to wyszło mi 560g. I już wiem że będzie za mało, bo chciałabym, taki porządny sweterek za tyłek, co by se nery móc ogrzać. Tak więc zamierzam dokupić trochę więcej i doprząść.
Przędłam to dosyć grubo, bo i sweter ma być z tych siermiężnych. Bardzo przyjemnie mi się pracowało - po prostu lubię grube włóczki :) A ta wyszła wybitnie tłúściutka - około 65-70m dwojonej nici w 100g :)
Alpaka 

Alpaka

No a w tym momencie kołowrotek w odstawce, bo został w Trójmieście, podczas gdy my z dzieciakami jesteśmy wyjechani do dziadków na wieś. I to na calutki tydzień. Wzięłam sobie za to inne robótki, bo kiedy moja Bea nie kusi, mam szansę nadrobić inne plany. Ale o tym następnym razem.
A widok z okna mamy tym razem taki

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Docieramy się :)

Tak jak w tytule docieramy się z moją Beą  :-)
Skrzydełko było gotowe już w piątek i od tego dnia, jak tylko mam chwilkę, to siedzę i kręcę.
I nadal jestem zachwycona, co chwila odkrywam jak dobrze zaprojektowana jest to maszynka. Ma mnóstwo smaczków i detali, które dopiero podczas pracy pokazują swoją funkcję. Jeszcze trochę pewnie wełny przejedzie zanim się zupełnie dogadamy, ale jest dobrze :-)

Po początkowych partiach próbnych, wrzuciłam więc 100g merynosa hiszpańskiego 24mc z Poltopsu, ufarbowanego w zestaw który nazwałam "Letni świt"
Drugi w kolejce był zestaw "Cisza przed burzą" , który przehandlowałam  barterem za cudny naszyjnik, z Ritą (to ten drugi) i którego skręciłam we fraktala. Idealny fraktal to nie jest, bo kolory mi się za bardzo rozlały podczas farbowania, ale i tak uważam, że się ładnie poukładały i wymieszały :-)

Oba, jeszcze jako czesanki pokazywałam tutaj

Merynos 24mc, 2ply

Merynos 24mc, fraktal
Obie włóczki są niebiańsko miękkie i puchate. Nie starałam się ich jakoś specjalnie cienko prząść, wręcz przeciwnie przędłam dosyć grubo, gdyż uważam, że ładniej wtedy widać przejścia i mieszanki kolorystyczne. No i gruba, puchata  wełenka lepiej się nadaje na różne czapki i kominy. Przy takich miksach kolorystycznych, raczej stosuje się gładkie ściegi, bo wzorów i tak nie będzie widać. A grube druty i puchatość sprawiają, że w dzianinie chowa się dodatkowa izolująca warstwa powietrza, przez co jest cieplej :-) 
Mam nadzieję że Ricie się spodoba jej burzowy mix i będzie zadowolona :-D

Ostatnie kręcenie to próbka białej alpaki, którą dostałam gratis od Asi Appolinar. Pierwszy raz przędłam alpakę, bo nie chciałam jej wcześniej psuć szarpiącym Gwidonem. I robiło się ją bardzo przyjemnie. Idzie leciutko i miękko. Ale niestety chyba zwiedziona radami na necie, przekręciłam ją za bardzo. Bo po skręceniu w navajo zrobił mi się sznurek. Cóż teraz będę mądrzejsza i postaram się tak mocno nie skręcać :-) Zdjęcia nie mam - suszy się dopiero.


A na koniec jeszcze ostatnia farbowanka. Nosi nazwę "Ziemia i Niebo"
Zrobiłam ją tylko dlatego, by wykorzystać pozostałe barwniki, które mi blokowały butelki. Zamówiłam sobie nowe barwniki, innej firmy i nie chcę ich mieszać z motylkami. Z tych resztek powstał właśnie ten zestaw. Farbowałam metodą "w garze" i wyszło super, kolory wymieszały się umiarkowanie i może z tego wyjść ciekawy fraktal w przyszłości :-)  No i teraz mam namacalny dowód, że i czesanki da się tą metodą farbować . Co znaczy że już nie będę się musiała szarpać z folią. Mi osobiście po prostu bardziej leży ten sposób i tyle :-)

W kolejce czekają już kolejne wełenki :-)
Więc zabieram się do roboty.


wtorek, 22 stycznia 2013

Kołowrotek BEA Classic

A oto obiecane zdjęcia mojego nowego kołowrotka :)
(ostrzegam że zrobienie dobrego zdjęcia niestety przekracza moje zdolności, ale starałam się z grubsza ukazać jak wygląda)









I garść informacji :)
Faktycznie jest to holenderski kołowrotek BEA. Na jednym ze zdjęć widać nalepkę. Niestety nie udało mi się znaleźć żadnych bliższych informacji o tej firmie. Jak ktoś z czytelników dysponuje jakimiś informacjami na ten temat to będę wdzięczna za podzielenie się  :)

Poza tym okazało się że jest duży i ciężki. Stoi bardzo stabilnie i nie ucieka po pokoju, nawet po parkiecie nie jeździ. Koło ma 49cm średnicy i jest zamocowane na łożyskach kulkowych. Wlot wełny ma 1,6cm.
Ma wielkie szpulki - komplet trzech sztuk i leniwą kaśkę z lewej strony.
Pedał wprawił mnie w zachwyt bo jest tak wyważony, że w ogóle nie trzeba ruszać ręką koła by zastartować. I równie płynnie można przejść do kręcenia w stronę przeciwną. Koło ma tak dużą bezwładność, że nie ma problemu samoczynnej zmiany kierunku kręcenia (do czego miał tendencje mój stary kołowrotek).  A z drugiej strony bez problemu jestem w stanie je zatrzymać samym pedałem dosłownie w jedną sekundę.
Jest to dosyć rzadko spotykany tzw. "irish tension" czyli system koła napędzającego szpulkę, z hamulcem na widełki. Sama konstrukcja hamulca poraża prostotą i jednocześnie skutecznością. Dosłownie chwilkę zajęło mi zorientowanie się jak go ustawić. Jestem pod wrażeniem idiotoodporności tego systemu ;-D Poprzedni właściciel nie wiedział chyba z czy to się dokładnie je, ponieważ dostałam go z gałką hamulca zamocowaną odwrotnie (co widać na pierwszych zdjęciach).


Niestety zdążyłam się nim pobawić zaledwie godzinkę, zanim 12 kilo Kacpra nie uwiesiło mi się na skrzydełku i nie poluzowało bolca oraz zwichrowało samego skrzydełka. Tak więc siedzę teraz i płaczę. Skrzydełko jest w robocie, ale mam nadzieję że szybko dostanę nowe i będę mogła poprząść jak człowiek. Mam nauczkę na przyszłość, że nie mogę zostawiać tego na kołowrotku, tylko demontować.

Na tyle na ile zdążyłam sobie popróbować to jest super. System jest prościutki w regulacji - podkręcam hamulec to nawija mocniej a mniej skręca, luzuję hamulec to na odwrót mocniej skręca a wolniej nawija. Próbnie porobiłam i cienką niteczkę i "artystyczne" gluty i łyka mi jak leci a regulacja zajmuje sekundę i można ją robić nawet nie przerywając pracy.
Już mi się marzą różne piękne "yarn arty" pod kątem których sobie przeglądam zagraniczne blogi i youtube :)

Ogólnie podsumowując to jestem zachwycona (pomijając oczywiście ten wypadek), jest bardzo ładny i widać że dosyć sensownie zaprojektowany i spasowany. Wszystko do siebie ładnie pasuje, chodzi cichutko i równo. Teraz tylko wytrzymać te kilka dni zanim znowu nie będę mogła poprząść już trochę konkretniej. Wtedy na pewno napiszę jak to wygląda długodystansowo. A  w kolejce już się ustawiają najróżniejsze wełny...



piątek, 11 stycznia 2013

Pończochy

Tadaaam!
Wymęczone od ponad trzech miesięcy. Właściwie to już nie pamiętam kiedy je zaczęłam, ale nie miały szczęścia do roboty. Z reguły robiłam parę oczek i coś (albo ktoś) mnie odrywało. Kopa dostałam dopiero gdy Morgiana, radosnym tonem oznajmiła mi że właśnie zrobiła sobie jedną nogawiczkę (i to większą i grubszą niż moje), a zaraz bierze się za drugą. Zajęło jej to PÓŁ DNIA! Jakby mnie kto w tyłek kopnął, no bo przecie ja tyyyyle czasu te nieszczęsne nogawice robiłam i końca nie było widać. Nie było wyjścia i by choć resztki honoru uratować, siadłam i skończyłam. W przeciwieństwie do Morgiany zajęło mi to kilka dni a nie pół, ale przynajmniej zrobione  i przepisane z listy "in progress" na listę "forget" ;-) Oczywiście wyszły nie takie jakie miały wyjść. Ale to chyba po prostu ja mam jakieś nogi niewymiarowe, grube i wogle :-/ W sumie jakby się zastanowić to nic dziwnego - 20 lat w siodle zobowiązuje, ale czasem nachodzi mnie chandra, gdy pooglądam sobie na blogach, sarnie nóżki dziewczyn w wysokich naalowych pończochach.
No to jeszcze krótko o samych pońcozchach. Są grube i ciężkie. Sięgają jak widać na zdjęciach, aż za kolano. Spokojnie mogę w nich wyruszyć na zimową wyprawę po Syberii. Poszło na nie 250g wełny. Ścieg Mammen (mój ulubiony), wełna góralska w naturalnym szarym kolorze. Zastanawiam się czy ich nie pofarbować, ale to już opcja i nie mam ciśnienia.



Oprócz tego udało mi się pokończyć parę rzeczy, dzięki czemu zwolniłam kolejkę dla spraw do tej pory "niepriorytetowych", które nagle robią się priorytetowe. Na przykład dla jedwabnych tunik połowieckich dla mnie i Nieuczesanego. A także maty dla Lotgara (ciężko mi to zrobić technicznie w mieszkaniu w bloku) i stuffu na przyszłoroczne kramowanie.
Dla relaksu wrzuciłam na Gwidona, melanż z grzebieni (100g, też leżał i nabierał wartości urzędowej chyba z rok) i wreszcie odważyłam się ruszyć hiszpańskiego merynosa 24mc z Poltospu. Melanż jaki jest widać na zdjęciu. Nie pamiętam co mi przyświecało, gdy go fabrykowałam i nie mam pojęcia co z nim dalej począć. Skręcić w dubla? A może navajo? Na razie leży i czeka.
Natomiast merynosa potraktowałam jako eksperyment i postanowiłam sprawdzić jak cienką nitkę jestem w stanie zrobić. Na ten moment wyszło mi że absolutne maximum to około 500m w 100g. Tyle jestem w stanie wyciągnąć na Gwidonie, który wybitnie nie ułatwia mi roboty - szarpie, pracuje nierówno, grzeje pedał, i ciężko na nim uzyskać płynność pracy. Generalnie masakra, dlatego dwa małe motki (w sumie 50g) są sprzędzione cieniej, natomiast druga 50g jest już nieco grubsza i ma niezbyt inspirujące 165m/50g  Żal mi było po prostu czesanki na takie "niestabilne" cienizny.


Moja dusza krzyczy teraz - KOŁOWROTKA!!!
Mam nadzieję, że już niedługo...


wtorek, 29 maja 2012

Eksperymenty - LEN

Od jakiegoś czasu nic nie pisałam bo robię wyłącznie nudne rzeczy w stylu czapek filcowych i wełen do naalbindingu.
Ale parę dni temu wreszcie przyszła do mnie przesyłka z czymś, czego szukałam już długo. Wreszcie udało mi się znaleźć czesankę lnianą zadowalającej jakości. I to o zgrozo w najbardziej oczywistym miejscu - na allegro.
Wczesniej dostałam dwie próbki dzięki uprzejmości Alicji i sama znalazłam w kilku miejscach, ale to ciągle nie było to czego potrzebowałam. Bo potrzebowałam dobrej jakości czesankę na nici do szycia i haftu. A to czym dysponowałam niestety średnio się nadawało. No ale teraz już mam całkiem ładną. Na zdjęciu poniżej widać wsystkie próbki jakie udało mi się zgromadzić - to białe na wierzchu to właśnie nowość z allegro. Jej jedynym minusem (z punktu widzenia rekonstrukcji) jest o że prawdopodobnie jest wybielana chlorowo. Ale w tym momencie nie przeszkadza mi to aż tak bardzo, tym bardziej że w zagranicznym sklepie znalazłam także czesankę w podobnej na pierwszy rzut oka jakości włókien, ale niewybielaną, więc za jakiś czas pewnie sobie zamówię stamtąd. A ta na razie mi wystarczy.
Próbki czesanki lnianej różnej jakości

Próbki czesanek 

Część z czesanek ze zdjęcia nadaje się co najwyżej na włosy lalek, albo do innych tego typu zastosowań. Najlepsza jest ta ostatnia oraz nieco gorsza próbka którą otrzymałam od Alicji. Całkiem niezłe są nawet pakuły lniane ze sklepu z armaturą sanitarną. Ale przędze niestety wychodzą z nich średnie. Widać to zresztą kolejnej fotce.

To po lewej to pakuły i przędza z nich zrobiona na wrzecionie. Przypomina włochaty sznurek i nie nadaje się raczej do niczego innego jak szycie worków lub "MOŻE" skóry. Ale raczej nie tkanin ubraniowych (no może oprócz włosienic ;-) )
No i kilka słów o technice.
Len przędzie się inaczej niż wełnę. Trudno mi ocenić czy gorzej czy lepiej - po prostu inaczej. Włókna są dużo dłuższe, a przy większej sztywności, nierzadko robią się niechciane kołtuny i węzełki. Biała czesanka jest miękka więc wszystko się całkiem ładnie wyrównuje. W pozostałych już nie jest tak różowo. Na którymś z poprzednich postów na Prząśniczce, wyczytałam że len powinno się prząść na mokro, czyli po prostu mocząc palce w miseczce z wodą. I faktycznie to pomaga - włókna ładniej się wysnuwają i nie są tak "tępe" jak na sucho.
Jak mi wyszło pierwsze przędzenie widać na zdjęciu.
Próbka przędzy z bielonej czesanki lnianej. Po prawej próbka lnu maszynowego dla porównania. 
Grubość przędzy mnie zadowala jak na pierwsze próby. Po prawej dla porównania, maszynowa nić lniana od Łobosa. Oczywiście różnica jest zasadnicza - moja nitka jest pojedyńcza, natomiast maszynowa składa się bodaj z trzech cieńszych, ale myślę że jestem w stanie osiągnąć za jakiś czas przynajmniej podwójną nitkę podobnej grubości. Aha  i już widzę że do pajęczyn, przyda się nowe wrzeciono z lekkim prząślikiem. Zamierzam je sobie przygotować jak będę miała trochę weny i czasu.

No i kolejnym etapem będzie barwienie naturalne próbki - jestem ciekawa jak będzie przyjmować barwnik.


A wkrótce na tapecie jeszcze jedna czesanka, której próbkę zamówiłam razem z lnem :-D - Ramia czyli pokrzywa chińska (według opisu sprzedawcy na allegro) Powiem tylko że na pierwszy rzut oka wygląda zachwycająco.


sobota, 19 maja 2012

Spotkanie Prządek na Grunwaldzie

Moja misja popularyzatorska nakazała mi choć spróbować wykrzesać coś z tej imprezy ;-)
Tak więc zapraszam zainteresowane, które akurat będą w okolicy.
Więcej informacji na fejsbuku i Freha
Tutaj nie będę się rozpisywać jedynie zamieszczam informację :-D

piątek, 18 maja 2012

Eureka bis!

Powinnam po raz kolejny wrzasnąć eureka!
No bo jakiś czas temu udało mi się uruchomić Gwidona - pisałam o tym tutaj 
A trochę wcześniej kupiłam na alledrogo kołowrotek kopany, którego również za nic nie mogłam zmusić do pracy. Opisywałam moje perypetie tutaj  No więc ten drugi stał sobie w kącie niczym wyrzut sumienia i zagracał mi mieszkanie. Najbardziej dobiła mnie w komentarzach Ela, że jest to kołowrotek ozdobny i raczej nie będzie się nadawał do przędzenia. Stał i stał i nabrał chyba wartości urzędowej bo dziś postanowiłam go wywieźć do moich rodziców. Ale oczywiście wywlekłam gada i po raz ostatni postanowiłam spróbować. Działa tu chyba jakieś prawo Murphego, bo jak tylko zapuściłam kółko to zaczęło działać 8-| I niech ktoś mi powie że to jest normalne - nie działało, nie działało, doprowadzało mnie na zmianę do szewskiej pasji i do płaczu i nagle zaczęło? Nie mam zielonego pojęcia co się takiego z nim stało i dlaczego. Ale zaczął skręcać i nawijać na szpulkę.
Na razie nieco przekręca mi nitkę (ale ja generalnie mam z tym problem i myślę że to kwestia wyczucia) i zrobiłam na szybko jedynie nieco grubszej przędzy na próbę nie przejmując się zbytnio węzełkami i zgrubieniami, żeby tylko złapać rytm i go wyczuć.
Chyba się udało :-D
Z wad jakie zaobserwowałam to faktycznie ma malutką szpuleczkę no i kółko jest niewielkie, a więc i przełożenie niezbyt szybkie. Niemniej jednak dam radę go wykorzystać do pracy, z czego się bardzo cieszę bo jest śliczny i działało mi straszliwie na nerwy że nie potrafiłam go używać.
Myślę że da się go wykorzystać szczególnie do przędzenia cienkich wydajnych nici do szycia i haftu, a do grubszych włóczek zostawię "Gwidona" :-)
Ale przynajmniej mam się czym pochwalić
I własnie powstaje w mojej głowie plan by dać do renowacji i dorobienia  brakujących części, zdekopletowany kołowrotek mojej mamy - jak mi tak dobrze idzie to może też da radę go uruchomić :-D

wtorek, 10 kwietnia 2012

"Gwidon"

Właściwie powinnam teraz wyskoczyć z wanny radośnie wrzeszcząc "EUREKA!" i pognać klatką schodową w stroju Ewy ;-) aż na plac zabaw naprzeciw bloku ;-D Ale niestety nie zrobię tego bo po pierwsze w wannach się raczej nie przędzie, a po drugie obawiam się reakcji komitetu blokowego na takie wybryki ;-) (i tak już podpadłam i tylko czekam aż mi przyślą nakaz eksmisji za smrodzenie na balkonie fermentacją indygo).
A powodem mojej wielkiej radości jest to że wreszcie udało mi się rozpracować kołowrotek!
Ale zacznijmy od początku.
Oto jest "Gwidon"



Gwoli ścisłości dodam iż imię swe otrzymał na cześć swego Konstruktora, czyli moja piąta woda po kisielu, świętej pamięci wujka inżyniera, który to zmajstrował go na życzenie swej małżonki, jeszcze w poprzedniej epoce. Kiedy dokładnie to nie mam pojęcia, ale wydaje mi się że maszyneria ta jest sporo starsza ode mnie, a to niezły wyczyn. W moich rękach znalazł się parę lat temu, gdy wspomniana wyżej ciotka robiła porządki i wiedząc o moich dziwacznych zainteresowaniach, zapytała czy bym go nie chciała bo jak nie to go wyrzuci. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia co to właściwie takiego, ale coś mnie chyba oświeciło i zabrałam ustrojstwo do domu, gdzie przeleżał sobie w jakichś kazamatach, dopóki nie przypomniałam sobie o nim wpadając w nałóg przędzenia na wrzecionie. Niestety od jakiegoś półtora roku prób, za chiny ludowe nie udawało mi się go uruchomić, to znaczy sprawić żeby działał. Wprawdzie opanowałam podłączanie do niego pedału od Łucznika (też mi wyczyn ;|), ale prząść się nie dało. No i tak raz na jakiś czas wyciągałam go z nadzieją że "może tym razem zdarzy się cud i mi się uda", ale jak dotąd nic nie wychodziło. Wywiozłam go więc do rodziców z solenną obietnicą iż każę go tacie porąbać i spalić, ale jakoś zapomniałam wypakować, czy też zapakowałam z powrotem - do końca nie pamiętam, ale przez parę tygodni jeździł sobie w samochodzie, aż idąc po jakieś poświąteczne graty znalazłam go na dnie bagażnika i zdecydowałam przytachać do domu. Mając akurat wenę twórczą do majsterkowania (kombinerkowe szaleństwo się kłania), wzięłam gada, nastawiłam sznurki, poprawiłam naciągi, zamocowałam silnik, posmarowałam łożyska i bez większej nadziei na sukces zapuściłam jazdę. Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle wszystko zaczęło się składać do kupy i szalony kołowrotek zaczął zwijać czesankę i nawijać na szpulkę! Gdy już pozbierałam szczękę z podłogi, szybko wyciągnęłam jakąś wybrakowaną czesankę żeby sobie poćwiczyć i efekt tego ćwiczenia widać na poniższym zdjęciu:
Na razie oczywiście wychodzi mi rasowy yarn-art (zwłaszcza na początkowych metrach), ale już widzę że nie zajmie mi dużo czasu opanowanie czesanki i wyciągania na tyle żeby zrobić sensowne przędze.
To co mnie zaskoczyło (oprócz tego że w ogóle działa), to jego szybkość. Ta szpulka to praca którą zrobiłam od 18 do 20:30, w międzyczasie bawiąc i karmiąc dzieci, jedząc obiad, wstawiając pranie, szukając czesanki i wykonując mnóstwo innych czynności. Realnej pracy było może trochę ponad godzinę. Nigdy nie pracowałam na normalnych, kopanych kołowrotkach, więc nie wiem czy to bardzo szybko, ale w porównaniu do wrzeciona to przesiadka z malucha do porshe ;-)
Zdaję sobie sprawę że estetycznie i "klimatycznie"  to samorobny i w dodatku elektryczny kołowrotek nie ma szans z prawdziwymi kołowymi, ale stwierdziłam że "jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma" i bardzo się cieszę że udało mi się go opanować. A teraz jak już wiem z czym to się je, to chyba zacznę odkładać kasę na porządne kółko Kromskich czy Ashforda. Bo baaardzo mi się ta zabawa podoba i chciałabym kontynuować.
A na razie już mi się jarzy pod powiekami wizja powrotu projektu tkackiego :-D No bo niestety od wrzeciona mój kręgosłup wyje (i bark mi się wykrzywia) a tempo nie zachęca do planowania większych projektów. A tak będę mogła w miarę sprawnie zrobić przędzę i może co nieco popróbować. Chyba wreszcie skręcę tą nieszczęsną ramę :-D


EDIT: po przewinięciu wyszło mi około 130m wełny. Czy to dużo czy mało na kołowrotku? Tak z ciekawości pytam bo może ktoś wie :-D