Słowem wstępu: Ponieważ nie chce mi się po raz pińcetny pisac tego samego odnośnie wyboru kołowrotka kolejnej świeżo zapalonej entuzjastce przędzenia, postanowiłam rozpocząć nowy cykl. Taki typowo użytkowy i popularyzatorski. Zaznaczam iż poniższe opinie są absolutnie subiektywne i jak ktoś ma dobre argumenty przeciwko, to zapraszam do dyskusji w komentarzach. Natomiast jest ten tekst skierowany głównie do poczatkujących, które chciałyby się zająć przedzeniem. I to im ma on ułatwic lawirowanie w tym dosyć obszernym temacie, stąd kilka uproszczeń i uogólnień.
Jasne?
No to jedziemy!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kołowrotek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kołowrotek. Pokaż wszystkie posty
środa, 11 marca 2015
środa, 15 stycznia 2014
"ЧАРАЎНІЦА" czyli to się nazywa ciężkie zboczenie.
No i kupiłam nowego grata.
Ktoś powinien mnie chyba po łapach zacząć lać.
Dla niezorientowanych to jest to kołowrotek elektryczny, produkcji białoruskiej o wdzięcznej nazwie "ЧАРАЎНІЦА"czyli "Czarodziejka". Prawdziwa sowiecka myśl techniczna, data produkcji 1987r, funkiel nówka nie śmigana, NIE UŻYTY NIGDY wcześniej, tylko sprawdzili czy silniczek działa.
Białoruska myśl techniczna w '87 ogarniała nawet takie ulepszenia jak kilka przełożeń, leniwa kaśka oraz wymienne szpulki!
Działa całkiem przyjemnie, niezbyt szybko, ale dla moich rąk idealnie. Z regulacją poradziłby sobie gramotny szympans i chyba pierwszy raz udało mi się zdjąć ze szpulki nieprzekręconą przędzę! Sukces prawdziwy!
A jak chodzi to można sobie zobaczyć na filmiku z wytwórni na Witomnie ;)
Mi pasuje bo ma pedałek, który raz wciśnięty pracuje równo bez zmian tempa, a to oszczędza moją zaśrubowaną kostkę. Szpulki mogłyby być większe (mają około 80g, może ze 100g cienkiego singla bym wcisnęła), ale że można je wymieniać, to nie ma aż takiej tragedii.
Generalnie polecam, jeśli ktoś szuka niedrogiej alternatywy do nauki przędzenia a nie ma gdzie wstawić dużego grata z kołem. Oczywiście o ile w ogóle się trafi okazja, bo za dużo tych kołowrotków na rynku nie ma. Ale warto się rozglądać i wziąć pod uwagę zamiast rozpadającego się szrota "po babuni".
I tyle, idę wybiegać Trolla :)
Ktoś powinien mnie chyba po łapach zacząć lać.
![]() |
| "ЧАРАЎНІЦА" |
![]() |
| "ЧАРАЎНІЦА" |
Białoruska myśl techniczna w '87 ogarniała nawet takie ulepszenia jak kilka przełożeń, leniwa kaśka oraz wymienne szpulki!
Działa całkiem przyjemnie, niezbyt szybko, ale dla moich rąk idealnie. Z regulacją poradziłby sobie gramotny szympans i chyba pierwszy raz udało mi się zdjąć ze szpulki nieprzekręconą przędzę! Sukces prawdziwy!
A jak chodzi to można sobie zobaczyć na filmiku z wytwórni na Witomnie ;)
Mi pasuje bo ma pedałek, który raz wciśnięty pracuje równo bez zmian tempa, a to oszczędza moją zaśrubowaną kostkę. Szpulki mogłyby być większe (mają około 80g, może ze 100g cienkiego singla bym wcisnęła), ale że można je wymieniać, to nie ma aż takiej tragedii.
Generalnie polecam, jeśli ktoś szuka niedrogiej alternatywy do nauki przędzenia a nie ma gdzie wstawić dużego grata z kołem. Oczywiście o ile w ogóle się trafi okazja, bo za dużo tych kołowrotków na rynku nie ma. Ale warto się rozglądać i wziąć pod uwagę zamiast rozpadającego się szrota "po babuni".
I tyle, idę wybiegać Trolla :)
wtorek, 22 stycznia 2013
Kołowrotek BEA Classic
A oto obiecane zdjęcia mojego nowego kołowrotka :)
(ostrzegam że zrobienie dobrego zdjęcia niestety przekracza moje zdolności, ale starałam się z grubsza ukazać jak wygląda)
I garść informacji :)
Faktycznie jest to holenderski kołowrotek BEA. Na jednym ze zdjęć widać nalepkę. Niestety nie udało mi się znaleźć żadnych bliższych informacji o tej firmie. Jak ktoś z czytelników dysponuje jakimiś informacjami na ten temat to będę wdzięczna za podzielenie się :)
Poza tym okazało się że jest duży i ciężki. Stoi bardzo stabilnie i nie ucieka po pokoju, nawet po parkiecie nie jeździ. Koło ma 49cm średnicy i jest zamocowane na łożyskach kulkowych. Wlot wełny ma 1,6cm.
Ma wielkie szpulki - komplet trzech sztuk i leniwą kaśkę z lewej strony.
Pedał wprawił mnie w zachwyt bo jest tak wyważony, że w ogóle nie trzeba ruszać ręką koła by zastartować. I równie płynnie można przejść do kręcenia w stronę przeciwną. Koło ma tak dużą bezwładność, że nie ma problemu samoczynnej zmiany kierunku kręcenia (do czego miał tendencje mój stary kołowrotek). A z drugiej strony bez problemu jestem w stanie je zatrzymać samym pedałem dosłownie w jedną sekundę.
Jest to dosyć rzadko spotykany tzw. "irish tension" czyli system koła napędzającego szpulkę, z hamulcem na widełki. Sama konstrukcja hamulca poraża prostotą i jednocześnie skutecznością. Dosłownie chwilkę zajęło mi zorientowanie się jak go ustawić. Jestem pod wrażeniem idiotoodporności tego systemu ;-D Poprzedni właściciel nie wiedział chyba z czy to się dokładnie je, ponieważ dostałam go z gałką hamulca zamocowaną odwrotnie (co widać na pierwszych zdjęciach).
Niestety zdążyłam się nim pobawić zaledwie godzinkę, zanim 12 kilo Kacpra nie uwiesiło mi się na skrzydełku i nie poluzowało bolca oraz zwichrowało samego skrzydełka. Tak więc siedzę teraz i płaczę. Skrzydełko jest w robocie, ale mam nadzieję że szybko dostanę nowe i będę mogła poprząść jak człowiek. Mam nauczkę na przyszłość, że nie mogę zostawiać tego na kołowrotku, tylko demontować.
Na tyle na ile zdążyłam sobie popróbować to jest super. System jest prościutki w regulacji - podkręcam hamulec to nawija mocniej a mniej skręca, luzuję hamulec to na odwrót mocniej skręca a wolniej nawija. Próbnie porobiłam i cienką niteczkę i "artystyczne" gluty i łyka mi jak leci a regulacja zajmuje sekundę i można ją robić nawet nie przerywając pracy.
Już mi się marzą różne piękne "yarn arty" pod kątem których sobie przeglądam zagraniczne blogi i youtube :)
Ogólnie podsumowując to jestem zachwycona (pomijając oczywiście ten wypadek), jest bardzo ładny i widać że dosyć sensownie zaprojektowany i spasowany. Wszystko do siebie ładnie pasuje, chodzi cichutko i równo. Teraz tylko wytrzymać te kilka dni zanim znowu nie będę mogła poprząść już trochę konkretniej. Wtedy na pewno napiszę jak to wygląda długodystansowo. A w kolejce już się ustawiają najróżniejsze wełny...
(ostrzegam że zrobienie dobrego zdjęcia niestety przekracza moje zdolności, ale starałam się z grubsza ukazać jak wygląda)
I garść informacji :)
Faktycznie jest to holenderski kołowrotek BEA. Na jednym ze zdjęć widać nalepkę. Niestety nie udało mi się znaleźć żadnych bliższych informacji o tej firmie. Jak ktoś z czytelników dysponuje jakimiś informacjami na ten temat to będę wdzięczna za podzielenie się :)
Poza tym okazało się że jest duży i ciężki. Stoi bardzo stabilnie i nie ucieka po pokoju, nawet po parkiecie nie jeździ. Koło ma 49cm średnicy i jest zamocowane na łożyskach kulkowych. Wlot wełny ma 1,6cm.
Ma wielkie szpulki - komplet trzech sztuk i leniwą kaśkę z lewej strony.
Pedał wprawił mnie w zachwyt bo jest tak wyważony, że w ogóle nie trzeba ruszać ręką koła by zastartować. I równie płynnie można przejść do kręcenia w stronę przeciwną. Koło ma tak dużą bezwładność, że nie ma problemu samoczynnej zmiany kierunku kręcenia (do czego miał tendencje mój stary kołowrotek). A z drugiej strony bez problemu jestem w stanie je zatrzymać samym pedałem dosłownie w jedną sekundę.
Jest to dosyć rzadko spotykany tzw. "irish tension" czyli system koła napędzającego szpulkę, z hamulcem na widełki. Sama konstrukcja hamulca poraża prostotą i jednocześnie skutecznością. Dosłownie chwilkę zajęło mi zorientowanie się jak go ustawić. Jestem pod wrażeniem idiotoodporności tego systemu ;-D Poprzedni właściciel nie wiedział chyba z czy to się dokładnie je, ponieważ dostałam go z gałką hamulca zamocowaną odwrotnie (co widać na pierwszych zdjęciach).
Niestety zdążyłam się nim pobawić zaledwie godzinkę, zanim 12 kilo Kacpra nie uwiesiło mi się na skrzydełku i nie poluzowało bolca oraz zwichrowało samego skrzydełka. Tak więc siedzę teraz i płaczę. Skrzydełko jest w robocie, ale mam nadzieję że szybko dostanę nowe i będę mogła poprząść jak człowiek. Mam nauczkę na przyszłość, że nie mogę zostawiać tego na kołowrotku, tylko demontować.
Na tyle na ile zdążyłam sobie popróbować to jest super. System jest prościutki w regulacji - podkręcam hamulec to nawija mocniej a mniej skręca, luzuję hamulec to na odwrót mocniej skręca a wolniej nawija. Próbnie porobiłam i cienką niteczkę i "artystyczne" gluty i łyka mi jak leci a regulacja zajmuje sekundę i można ją robić nawet nie przerywając pracy.
Już mi się marzą różne piękne "yarn arty" pod kątem których sobie przeglądam zagraniczne blogi i youtube :)
Ogólnie podsumowując to jestem zachwycona (pomijając oczywiście ten wypadek), jest bardzo ładny i widać że dosyć sensownie zaprojektowany i spasowany. Wszystko do siebie ładnie pasuje, chodzi cichutko i równo. Teraz tylko wytrzymać te kilka dni zanim znowu nie będę mogła poprząść już trochę konkretniej. Wtedy na pewno napiszę jak to wygląda długodystansowo. A w kolejce już się ustawiają najróżniejsze wełny...
piątek, 18 maja 2012
Eureka bis!
Powinnam po raz kolejny wrzasnąć eureka!
No bo jakiś czas temu udało mi się uruchomić Gwidona - pisałam o tym tutaj
A trochę wcześniej kupiłam na alledrogo kołowrotek kopany, którego również za nic nie mogłam zmusić do pracy. Opisywałam moje perypetie tutaj No więc ten drugi stał sobie w kącie niczym wyrzut sumienia i zagracał mi mieszkanie. Najbardziej dobiła mnie w komentarzach Ela, że jest to kołowrotek ozdobny i raczej nie będzie się nadawał do przędzenia. Stał i stał i nabrał chyba wartości urzędowej bo dziś postanowiłam go wywieźć do moich rodziców. Ale oczywiście wywlekłam gada i po raz ostatni postanowiłam spróbować. Działa tu chyba jakieś prawo Murphego, bo jak tylko zapuściłam kółko to zaczęło działać 8-| I niech ktoś mi powie że to jest normalne - nie działało, nie działało, doprowadzało mnie na zmianę do szewskiej pasji i do płaczu i nagle zaczęło? Nie mam zielonego pojęcia co się takiego z nim stało i dlaczego. Ale zaczął skręcać i nawijać na szpulkę.
Na razie nieco przekręca mi nitkę (ale ja generalnie mam z tym problem i myślę że to kwestia wyczucia) i zrobiłam na szybko jedynie nieco grubszej przędzy na próbę nie przejmując się zbytnio węzełkami i zgrubieniami, żeby tylko złapać rytm i go wyczuć.
Chyba się udało :-D
Z wad jakie zaobserwowałam to faktycznie ma malutką szpuleczkę no i kółko jest niewielkie, a więc i przełożenie niezbyt szybkie. Niemniej jednak dam radę go wykorzystać do pracy, z czego się bardzo cieszę bo jest śliczny i działało mi straszliwie na nerwy że nie potrafiłam go używać.
Myślę że da się go wykorzystać szczególnie do przędzenia cienkich wydajnych nici do szycia i haftu, a do grubszych włóczek zostawię "Gwidona" :-)
Ale przynajmniej mam się czym pochwalić
I własnie powstaje w mojej głowie plan by dać do renowacji i dorobienia brakujących części, zdekopletowany kołowrotek mojej mamy - jak mi tak dobrze idzie to może też da radę go uruchomić :-D
No bo jakiś czas temu udało mi się uruchomić Gwidona - pisałam o tym tutaj
A trochę wcześniej kupiłam na alledrogo kołowrotek kopany, którego również za nic nie mogłam zmusić do pracy. Opisywałam moje perypetie tutaj No więc ten drugi stał sobie w kącie niczym wyrzut sumienia i zagracał mi mieszkanie. Najbardziej dobiła mnie w komentarzach Ela, że jest to kołowrotek ozdobny i raczej nie będzie się nadawał do przędzenia. Stał i stał i nabrał chyba wartości urzędowej bo dziś postanowiłam go wywieźć do moich rodziców. Ale oczywiście wywlekłam gada i po raz ostatni postanowiłam spróbować. Działa tu chyba jakieś prawo Murphego, bo jak tylko zapuściłam kółko to zaczęło działać 8-| I niech ktoś mi powie że to jest normalne - nie działało, nie działało, doprowadzało mnie na zmianę do szewskiej pasji i do płaczu i nagle zaczęło? Nie mam zielonego pojęcia co się takiego z nim stało i dlaczego. Ale zaczął skręcać i nawijać na szpulkę.
Na razie nieco przekręca mi nitkę (ale ja generalnie mam z tym problem i myślę że to kwestia wyczucia) i zrobiłam na szybko jedynie nieco grubszej przędzy na próbę nie przejmując się zbytnio węzełkami i zgrubieniami, żeby tylko złapać rytm i go wyczuć.
Chyba się udało :-D
Z wad jakie zaobserwowałam to faktycznie ma malutką szpuleczkę no i kółko jest niewielkie, a więc i przełożenie niezbyt szybkie. Niemniej jednak dam radę go wykorzystać do pracy, z czego się bardzo cieszę bo jest śliczny i działało mi straszliwie na nerwy że nie potrafiłam go używać.
Myślę że da się go wykorzystać szczególnie do przędzenia cienkich wydajnych nici do szycia i haftu, a do grubszych włóczek zostawię "Gwidona" :-)
Ale przynajmniej mam się czym pochwalić
I własnie powstaje w mojej głowie plan by dać do renowacji i dorobienia brakujących części, zdekopletowany kołowrotek mojej mamy - jak mi tak dobrze idzie to może też da radę go uruchomić :-D
czwartek, 19 kwietnia 2012
Kręci się kręci...
Gwidon furkocze aż miło.
Po iluś tam przerobionych szpulkach stwierdzam jednak, że nie jest realnie szybszy niż normalne kopane kołowrotki, a to z powodu iż operowanie pedałem do maszyny i równa ciągła praca jest dosyć trudne. Pedał działa skokowo, grzeje się niemiłosiernie a ja na szybszych obrotach nie jestem w stanie podawać szybko czesanki. Dodatkowo, cały system napędowy przy większych prędkościach staje dęba i spada z mocowania,więc muszę wymyślić jakieś blokadki. Może za jakiś czas dojdę do wprawy i wykorzystam szybkość przełożenia maszyny, ale na razie nie nadążam po prostu. Niemniej jednak w porównaniu do wrzeciona, idzie mi znacznie sprawniej :-)
Na niezastąpionej Prząśniczce znalazłam wpis o kołowrotkach elektrycznych czyli radzieckiej myśli technicznej, ale po przyjrzeniu się zdjęciom stwierdziłam że mój się nieco różni. No bo po pierwsze tamte nie mają chyba pedału a jedynie włącznik. Po drugie podobno pracują cichutko a nie jak lokomotywa ;-) A po trzecie posiadają przełącznik kierunku skrętu, który jest ważny przy skręcaniu wielu nitek. W przypadku silnika z maszyny do szycia, może i istnieje jakiś sposób żeby tam pogrzebać i zmienić kierunek, ale ja nie jestem elektrykiem i prądu boję się bardziej niż diabeł święconej wody, więc problem ten rozwiązałam łopatologicznie. Po prostu zakładam wtedy pasek napędu na "ósemkę", dzięki czemu maszyna kręci w tą samą stronę co zawsze, ale cały system napędowy idzie w drugą :-D Działa to nieźle a zmiana zajmuje 10 sekund.
Dowód widać na zdjęciu - dwa warkocze po lewej to double ukręcone już tą metodą :-) Biały zrobiłam specjalnie grubiej kręcony do naalbindingu (gdyż odkryłam że lepiej się robi igłą jak wełna jest grubsza, bo nie zostają wtedy takie wielkie dziury w dzianinie), a drugi to skręcone dwa różnobarwne single (mam z tego zamiar zrobić sobie jakiś współczesny komplet na szydełku lub ewentualnie odsprzedać jeśli znajdzie się chętny ).
Ogólnie nadal jestem zadowolona z tego że jednak nie porąbałam ;-) tego ustrojstwa bo na razie próby dostrojenia drewnianego kołowrotka spaliły na panewce. Ale wierzę że za jakiś czas po prostu olśni mnie tak jak z Gwidonem i w końcu zaskoczy :-) A na razie bawię się nowymi możliwościami.
Po iluś tam przerobionych szpulkach stwierdzam jednak, że nie jest realnie szybszy niż normalne kopane kołowrotki, a to z powodu iż operowanie pedałem do maszyny i równa ciągła praca jest dosyć trudne. Pedał działa skokowo, grzeje się niemiłosiernie a ja na szybszych obrotach nie jestem w stanie podawać szybko czesanki. Dodatkowo, cały system napędowy przy większych prędkościach staje dęba i spada z mocowania,więc muszę wymyślić jakieś blokadki. Może za jakiś czas dojdę do wprawy i wykorzystam szybkość przełożenia maszyny, ale na razie nie nadążam po prostu. Niemniej jednak w porównaniu do wrzeciona, idzie mi znacznie sprawniej :-)
Na niezastąpionej Prząśniczce znalazłam wpis o kołowrotkach elektrycznych czyli radzieckiej myśli technicznej, ale po przyjrzeniu się zdjęciom stwierdziłam że mój się nieco różni. No bo po pierwsze tamte nie mają chyba pedału a jedynie włącznik. Po drugie podobno pracują cichutko a nie jak lokomotywa ;-) A po trzecie posiadają przełącznik kierunku skrętu, który jest ważny przy skręcaniu wielu nitek. W przypadku silnika z maszyny do szycia, może i istnieje jakiś sposób żeby tam pogrzebać i zmienić kierunek, ale ja nie jestem elektrykiem i prądu boję się bardziej niż diabeł święconej wody, więc problem ten rozwiązałam łopatologicznie. Po prostu zakładam wtedy pasek napędu na "ósemkę", dzięki czemu maszyna kręci w tą samą stronę co zawsze, ale cały system napędowy idzie w drugą :-D Działa to nieźle a zmiana zajmuje 10 sekund.
Dowód widać na zdjęciu - dwa warkocze po lewej to double ukręcone już tą metodą :-) Biały zrobiłam specjalnie grubiej kręcony do naalbindingu (gdyż odkryłam że lepiej się robi igłą jak wełna jest grubsza, bo nie zostają wtedy takie wielkie dziury w dzianinie), a drugi to skręcone dwa różnobarwne single (mam z tego zamiar zrobić sobie jakiś współczesny komplet na szydełku lub ewentualnie odsprzedać jeśli znajdzie się chętny ).
Ogólnie nadal jestem zadowolona z tego że jednak nie porąbałam ;-) tego ustrojstwa bo na razie próby dostrojenia drewnianego kołowrotka spaliły na panewce. Ale wierzę że za jakiś czas po prostu olśni mnie tak jak z Gwidonem i w końcu zaskoczy :-) A na razie bawię się nowymi możliwościami.
wtorek, 10 kwietnia 2012
"Gwidon"
Właściwie powinnam teraz wyskoczyć z wanny radośnie wrzeszcząc "EUREKA!" i pognać klatką schodową w stroju Ewy ;-) aż na plac zabaw naprzeciw bloku ;-D Ale niestety nie zrobię tego bo po pierwsze w wannach się raczej nie przędzie, a po drugie obawiam się reakcji komitetu blokowego na takie wybryki ;-) (i tak już podpadłam i tylko czekam aż mi przyślą nakaz eksmisji za smrodzenie na balkonie fermentacją indygo).
A powodem mojej wielkiej radości jest to że wreszcie udało mi się rozpracować kołowrotek!
Ale zacznijmy od początku.
Oto jest "Gwidon"
Gwoli ścisłości dodam iż imię swe otrzymał na cześć swego Konstruktora, czyli moja piąta woda po kisielu, świętej pamięci wujka inżyniera, który to zmajstrował go na życzenie swej małżonki, jeszcze w poprzedniej epoce. Kiedy dokładnie to nie mam pojęcia, ale wydaje mi się że maszyneria ta jest sporo starsza ode mnie, a to niezły wyczyn. W moich rękach znalazł się parę lat temu, gdy wspomniana wyżej ciotka robiła porządki i wiedząc o moich dziwacznych zainteresowaniach, zapytała czy bym go nie chciała bo jak nie to go wyrzuci. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia co to właściwie takiego, ale coś mnie chyba oświeciło i zabrałam ustrojstwo do domu, gdzie przeleżał sobie w jakichś kazamatach, dopóki nie przypomniałam sobie o nim wpadając w nałóg przędzenia na wrzecionie. Niestety od jakiegoś półtora roku prób, za chiny ludowe nie udawało mi się go uruchomić, to znaczy sprawić żeby działał. Wprawdzie opanowałam podłączanie do niego pedału od Łucznika (też mi wyczyn ;|), ale prząść się nie dało. No i tak raz na jakiś czas wyciągałam go z nadzieją że "może tym razem zdarzy się cud i mi się uda", ale jak dotąd nic nie wychodziło. Wywiozłam go więc do rodziców z solenną obietnicą iż każę go tacie porąbać i spalić, ale jakoś zapomniałam wypakować, czy też zapakowałam z powrotem - do końca nie pamiętam, ale przez parę tygodni jeździł sobie w samochodzie, aż idąc po jakieś poświąteczne graty znalazłam go na dnie bagażnika i zdecydowałam przytachać do domu. Mając akurat wenę twórczą do majsterkowania (kombinerkowe szaleństwo się kłania), wzięłam gada, nastawiłam sznurki, poprawiłam naciągi, zamocowałam silnik, posmarowałam łożyska i bez większej nadziei na sukces zapuściłam jazdę. Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle wszystko zaczęło się składać do kupy i szalony kołowrotek zaczął zwijać czesankę i nawijać na szpulkę! Gdy już pozbierałam szczękę z podłogi, szybko wyciągnęłam jakąś wybrakowaną czesankę żeby sobie poćwiczyć i efekt tego ćwiczenia widać na poniższym zdjęciu:
Na razie oczywiście wychodzi mi rasowy yarn-art (zwłaszcza na początkowych metrach), ale już widzę że nie zajmie mi dużo czasu opanowanie czesanki i wyciągania na tyle żeby zrobić sensowne przędze.
To co mnie zaskoczyło (oprócz tego że w ogóle działa), to jego szybkość. Ta szpulka to praca którą zrobiłam od 18 do 20:30, w międzyczasie bawiąc i karmiąc dzieci, jedząc obiad, wstawiając pranie, szukając czesanki i wykonując mnóstwo innych czynności. Realnej pracy było może trochę ponad godzinę. Nigdy nie pracowałam na normalnych, kopanych kołowrotkach, więc nie wiem czy to bardzo szybko, ale w porównaniu do wrzeciona to przesiadka z malucha do porshe ;-)
Zdaję sobie sprawę że estetycznie i "klimatycznie" to samorobny i w dodatku elektryczny kołowrotek nie ma szans z prawdziwymi kołowymi, ale stwierdziłam że "jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma" i bardzo się cieszę że udało mi się go opanować. A teraz jak już wiem z czym to się je, to chyba zacznę odkładać kasę na porządne kółko Kromskich czy Ashforda. Bo baaardzo mi się ta zabawa podoba i chciałabym kontynuować.
A na razie już mi się jarzy pod powiekami wizja powrotu projektu tkackiego :-D No bo niestety od wrzeciona mój kręgosłup wyje (i bark mi się wykrzywia) a tempo nie zachęca do planowania większych projektów. A tak będę mogła w miarę sprawnie zrobić przędzę i może co nieco popróbować. Chyba wreszcie skręcę tą nieszczęsną ramę :-D
EDIT: po przewinięciu wyszło mi około 130m wełny. Czy to dużo czy mało na kołowrotku? Tak z ciekawości pytam bo może ktoś wie :-D
A powodem mojej wielkiej radości jest to że wreszcie udało mi się rozpracować kołowrotek!
Ale zacznijmy od początku.
Oto jest "Gwidon"
Gwoli ścisłości dodam iż imię swe otrzymał na cześć swego Konstruktora, czyli moja piąta woda po kisielu, świętej pamięci wujka inżyniera, który to zmajstrował go na życzenie swej małżonki, jeszcze w poprzedniej epoce. Kiedy dokładnie to nie mam pojęcia, ale wydaje mi się że maszyneria ta jest sporo starsza ode mnie, a to niezły wyczyn. W moich rękach znalazł się parę lat temu, gdy wspomniana wyżej ciotka robiła porządki i wiedząc o moich dziwacznych zainteresowaniach, zapytała czy bym go nie chciała bo jak nie to go wyrzuci. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia co to właściwie takiego, ale coś mnie chyba oświeciło i zabrałam ustrojstwo do domu, gdzie przeleżał sobie w jakichś kazamatach, dopóki nie przypomniałam sobie o nim wpadając w nałóg przędzenia na wrzecionie. Niestety od jakiegoś półtora roku prób, za chiny ludowe nie udawało mi się go uruchomić, to znaczy sprawić żeby działał. Wprawdzie opanowałam podłączanie do niego pedału od Łucznika (też mi wyczyn ;|), ale prząść się nie dało. No i tak raz na jakiś czas wyciągałam go z nadzieją że "może tym razem zdarzy się cud i mi się uda", ale jak dotąd nic nie wychodziło. Wywiozłam go więc do rodziców z solenną obietnicą iż każę go tacie porąbać i spalić, ale jakoś zapomniałam wypakować, czy też zapakowałam z powrotem - do końca nie pamiętam, ale przez parę tygodni jeździł sobie w samochodzie, aż idąc po jakieś poświąteczne graty znalazłam go na dnie bagażnika i zdecydowałam przytachać do domu. Mając akurat wenę twórczą do majsterkowania (kombinerkowe szaleństwo się kłania), wzięłam gada, nastawiłam sznurki, poprawiłam naciągi, zamocowałam silnik, posmarowałam łożyska i bez większej nadziei na sukces zapuściłam jazdę. Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle wszystko zaczęło się składać do kupy i szalony kołowrotek zaczął zwijać czesankę i nawijać na szpulkę! Gdy już pozbierałam szczękę z podłogi, szybko wyciągnęłam jakąś wybrakowaną czesankę żeby sobie poćwiczyć i efekt tego ćwiczenia widać na poniższym zdjęciu:
Na razie oczywiście wychodzi mi rasowy yarn-art (zwłaszcza na początkowych metrach), ale już widzę że nie zajmie mi dużo czasu opanowanie czesanki i wyciągania na tyle żeby zrobić sensowne przędze.
To co mnie zaskoczyło (oprócz tego że w ogóle działa), to jego szybkość. Ta szpulka to praca którą zrobiłam od 18 do 20:30, w międzyczasie bawiąc i karmiąc dzieci, jedząc obiad, wstawiając pranie, szukając czesanki i wykonując mnóstwo innych czynności. Realnej pracy było może trochę ponad godzinę. Nigdy nie pracowałam na normalnych, kopanych kołowrotkach, więc nie wiem czy to bardzo szybko, ale w porównaniu do wrzeciona to przesiadka z malucha do porshe ;-)
Zdaję sobie sprawę że estetycznie i "klimatycznie" to samorobny i w dodatku elektryczny kołowrotek nie ma szans z prawdziwymi kołowymi, ale stwierdziłam że "jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma" i bardzo się cieszę że udało mi się go opanować. A teraz jak już wiem z czym to się je, to chyba zacznę odkładać kasę na porządne kółko Kromskich czy Ashforda. Bo baaardzo mi się ta zabawa podoba i chciałabym kontynuować.
A na razie już mi się jarzy pod powiekami wizja powrotu projektu tkackiego :-D No bo niestety od wrzeciona mój kręgosłup wyje (i bark mi się wykrzywia) a tempo nie zachęca do planowania większych projektów. A tak będę mogła w miarę sprawnie zrobić przędzę i może co nieco popróbować. Chyba wreszcie skręcę tą nieszczęsną ramę :-D
EDIT: po przewinięciu wyszło mi około 130m wełny. Czy to dużo czy mało na kołowrotku? Tak z ciekawości pytam bo może ktoś wie :-D
czwartek, 9 lutego 2012
Kołowrotek - help help
Ostatnio doszłam do wniosku że jestem już nie lekko a całkiem konkretnie stuknięta.
No bo czy normalna osoba porywa się z motyką na słońce?!
Ja się porwałam i od dziś jestem właścicielką kołowrotka. Szukałam go przez pewien czas na allegro, gdyż chodziło mi o działającą i w miarę gotową do pracy maszynerię a nie kawał zeżartego przez korniki drewna z odpadającymi lub w ogóle brakującymi częściami. Taki udało mi się po pewnym czasie dostać, we w miarę umiarkowanej cenie (w porównaniu z niektórymi destruktami z jakie przyszło mi oglądać). No i dziś przyszedł. Jest faktycznie ładny, cały zrobiony z drewna, oprócz oczywiście kilku metalowych śrubek. Co mnie zdziwiło (widziałam to wcześniej na zdjęciach, ale sprawdziłam w internecie że i tak się w kołowrotkach zdarza) to ma pojedyńczy pas transmisyjny i to podłączony do szpulki a nie tego latadła co w do tej pory znanych mi modelach. No i tu mam klopsa, bo po obejrzeniu kolejnych tutoriali na youtubie (od których zaraz mi mózg wyparuje) to tak ma być, a cytując jedną Panią robiącą na kołowrotku Louet to: "w tym modelu reguluje się nawijanie po prostu napinając lub popuszczając przędzę". Na razie niestety nie mam zielonego pojęcia jak, gdzie i kiedy popuszczać a kiedy napinać i jak to się ma właściwie kręcić. Nie pozostaję więc nic innego niż próbować i w przypadku (zapewne nieodległego) załamania depresyjnego, spakować do auta i wyruszyć po prośbie do jakiegoś specjalisty co mi to łopatologicznie wytłumaczy i uruchomi. Za wszelkie rady na forum też z góry dziękuję - jeśli się trafi takowa, co to mi pomoże to diabelstwo uruchomić, to dobroradcy zapewniam flaszkę mojej najlepszej ryżówki lub samorobnego piwa :-D
A na razie idę sie bawić dalej.
No bo czy normalna osoba porywa się z motyką na słońce?!
Ja się porwałam i od dziś jestem właścicielką kołowrotka. Szukałam go przez pewien czas na allegro, gdyż chodziło mi o działającą i w miarę gotową do pracy maszynerię a nie kawał zeżartego przez korniki drewna z odpadającymi lub w ogóle brakującymi częściami. Taki udało mi się po pewnym czasie dostać, we w miarę umiarkowanej cenie (w porównaniu z niektórymi destruktami z jakie przyszło mi oglądać). No i dziś przyszedł. Jest faktycznie ładny, cały zrobiony z drewna, oprócz oczywiście kilku metalowych śrubek. Co mnie zdziwiło (widziałam to wcześniej na zdjęciach, ale sprawdziłam w internecie że i tak się w kołowrotkach zdarza) to ma pojedyńczy pas transmisyjny i to podłączony do szpulki a nie tego latadła co w do tej pory znanych mi modelach. No i tu mam klopsa, bo po obejrzeniu kolejnych tutoriali na youtubie (od których zaraz mi mózg wyparuje) to tak ma być, a cytując jedną Panią robiącą na kołowrotku Louet to: "w tym modelu reguluje się nawijanie po prostu napinając lub popuszczając przędzę". Na razie niestety nie mam zielonego pojęcia jak, gdzie i kiedy popuszczać a kiedy napinać i jak to się ma właściwie kręcić. Nie pozostaję więc nic innego niż próbować i w przypadku (zapewne nieodległego) załamania depresyjnego, spakować do auta i wyruszyć po prośbie do jakiegoś specjalisty co mi to łopatologicznie wytłumaczy i uruchomi. Za wszelkie rady na forum też z góry dziękuję - jeśli się trafi takowa, co to mi pomoże to diabelstwo uruchomić, to dobroradcy zapewniam flaszkę mojej najlepszej ryżówki lub samorobnego piwa :-D
A na razie idę sie bawić dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

